Odpuść sobie. Są wakacje

Dyżur. Brrr… powiało chłodem?
Zobacz, ile rzeczy dzieje się nadal. Nie załamuj rąk, nie martw się.
Możesz walczyć. Ale ta walka będzie działa się tylko twoim kosztem.
Niczyim więcej.

***
Przeciąg. No ale jak tu nie otwierać okna w czterdziestostopniowym upale. Wszystkie papiery, jakie luzem leżały na biurku teraz wirują, bawiąc się ze mną w chowanego: lądują pod każdą możliwą szafką. Wlatują w najmniejsze szpary. Oczywiście wyjąć ich nie sposób. Trzeba odsuwać meble.

– Iza! – z zamyślenia wytrąca mnie Magda, której charakterystyczny, mocny głos usłyszałabym na końcu świata. Wstaję i zgarniam to, co udało mi się wydobyć spod gęsto uszeregowanych szafek. Przy okazji pierścionek Martyny. Nurkuję znowu, gdy do sali wbiega Magda, rozglądając się jakby nikogo tu nie było.

– Tutaj jestem! – odzywam się, ale większa część mnie schowana jest za szafką. Magda ponawia wołanie, bo najwyraźniej mnie nie widzi. Wstaję z kartkami w ręku z miną na wpół szczęśliwą, a na wpół złą. Wyłącznie na siebie.

– Nie przeszkadzam… ci? – Magda patrzy na mnie spod oka i dziwnie ścisza głos.

– Kurcze, no kartki… pofrunęły. Nieważne. Co tam?

– No nic, pytałam, czy idziesz do domu, może zahaczamy o trochę kalorii?… – moja przyjaciółka proponuje mi lody, przy czym jej mina mówi jednoznacznie: powiedz, że nie, bo wtedy ich nie kupię i nie będę miała powodu, aby znowu iść ostatni przystanek pieszo.

Otrzepuję kolana i nie zwracając większej uwagi na Magdę, schylam się i badam wzrokiem podłogę.

– Pomóc ci? – Magda próbuje zwrócić na siebie moją uwagę, ale nie bardzo wiedząc o co chodzi, zachowuje się bardziej zachowawczo. Macha mi ręką przed oczami, starając się ściągnąć mnie na Ziemię.

– Nie no! Jakieś trzy kartki leżą jeszcze pod pianinem. Jak ja to sama przesunę?…

– Iza, czy ty mnie w ogóle słyszysz?

– Dobra, potem poproszę pana Rafała. Aha, słuchaj, ta sprawa… Pamiętasz? Chodzi o Bartka – wracam na Ziemię i już całkiem przytomnie mobilizuję wszystkie siły.

– Co z nim? – Magda wertuje torebkę, szukając drobnych pieniędzy.

– Robimy coś z tą sprawą?

– Na mnie nie licz. Idę na lody. Pa.

***
– Ok, mam prawo nie kontaktować lub kontaktować gorzej, jestem przemęczona i wysiada mi gardło. Generalnie myślami jestem w łóżku. Potrzebuję się wyspać – Magda tłumaczy wczorajszą ucieczkę i przy okazji swoją niechęć do angażowania się w sprawy zawodowe.

– Rozumiem. Ale mamy problem.

– My? Ooo nie my, nie my, moja droga. Już nie my, ale mamusia Bartusia. Daj sobie spokój. Odpuść. Już wystarczy. Mało się nagimnastykowałaś przez cały rok? Ta kobieta jest nie do ruszenia!

– Magda… mówiłaś, że pociągniemy to razem…

– Ale zmieniłam zdanie. Po dziurki w nosie mam tych sztuczek, tego udawania i spektakli wielkich miłości! Kłamie jak z nut. Iza, nic nie poradzisz, ona ucieka od swojego dziecka. Nie wiem dlaczego, ale odsuwa go od siebie. Zrobiłaś co mogłaś. Daj spokój – Magda nazywa rzeczy po imieniu, zupełnie się nie krępując. Może czasem trzeba je tak właśnie nazwać, aby je sobie uświadomić i przyjąć takimi jakie są naprawdę.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że tylko my jesteśmy świadkami tego, co się dzieje i może powinniśmy, a nawet mamy w obowiązku zareagować na tę sytuację?

– A dostajesz dodatek za użalanie się nad czyimś losem? – Emocje, jakie wiążę z pobytem Bartka w przedszkolu, irytują Magdę. Uważa, że skoro pracujemy w lipcu, jest to już i tak wystarczający argument do tego, aby sobie zwyczajnie odpuścić i przestać interesować się losem zapisanych na dyżur dzieci. Może ma rację? Połowę mojego ciała ogarnia odpowiedzialność, drugą połowę – gęsia skórka. Nie z zimna. Ale z obowiązku przyjęcia roli świadka. Mamy oczy, aby patrzeć. Ale są sytuacje, w których patrzeć nie chcemy. Na przykład na ból. Znamy ból, który jest cielesny. Namacalny. Wyczuwalny. Fizyczny. A o bólu, który nie mieści się w ciele; który nie ma proporcji, nie ma nazwy ani miejsca, głośno się nie mówi. Kamufluje się go. Przyklepuje. Staramy się go nie widzieć, nie czuć, nie dyskutować o nim.

***
Magda całkiem odpuściła. Potrafi to zrobić. Swoje serce ubrała w bikini i niemal czuła, jak fale dotykają koniuszków jej palców. Była podekscytowana wypadem z Markiem na Majorkę. Z dziećmi ganiała po ogrodzie, ze starszakami grała w piłkę i skakała na wyścigi na skakance. Nie chciała martwić się czyjąś historią. Zwłaszcza, że każdy kolejny jej rozdział był smutny. Patrząc na tego chłopca, bolało serce. Można było się odwrócić. Można było. Ale to już się działo. Tak się nie robi, gdy jest się nauczycielką przedszkola. Nie przechodzi się obok, gdy zależy na czymś więcej niż tylko na kolejnych kartkach, które i tak… wpadną w którymś momencie pod meble. Tak się nie robi, gdy chce się zmienić świat.

Magda. Moja przyjaciółka. Daleka od zawodowych problemów. Bliska urlopu. Serce po brzegi wypełniła Markiem i wakacjami. Te dzieci mają rodziców – powtarzała często. Oni wiedzą najlepiej, jak postępować.

Wiedzą?

***
6.15. Uwielbiam letnie poranki. Są ciepłe, ale nie upalne. Leciutki wiatr owiewa mi plecy. Mam jeszcze akademicki kwadrans na ptasi koncert, który fantastycznie budzi do życia zmysły, gdy mam na ranną zmianę. O 6.31 słyszę gwałtownie otwierane drzwi, jakby do szatni wchodził pewny siebie mężczyzna. To mama Bartka, naturalnie przeciąga się i ziewa. Kobieta o męskim sposobie bycia, siada ciężko na ławce, szeroko rozstawiając stopy. Opiera łokcie o kolana i wyciąga telefon w rażąco zielonym pokrowcu. Wybiera numer i chwilę wystukuje nogą rytm, nucąc przy tym jakąś piosenkę. Bartek posłusznie przebiera pantofle, siedzi na podłodze, mimo że ławeczka jest cała wolna. Wiesza na haczyku swoją bluzę, przeciągając ten moment, dopóki mama nie skończy rozmawiać. Potem ona wzrokiem zagania go do sali. On protestuje, zatrzymuje się, bierze mamę za rękę. Pyta:
– Pojedziemy dzisiaj na działkę?

– Nie, synu, przecież z przedszkola wrócisz późno, a wieczorem jest mecz. Dzisiaj grają Polacy, będziemy kibicować!

– A Ania i Kapcer pojadą?

– Idź już. Spieszę się. Pa.

***
– Cześć Bartek. Ubieraj się.

– Mamo, pojedziemy dzisiaj na działkę?

– Mówiłam ci, że dzisiaj idę z Librą do weterynarza. No ubieraj się szybciej, bo Ala jest głodna. Kacper zjadł jej kanapkę na działce. Od rana jest tylko na lodach.

***
– Mamo, pójdziemy na lody?

– Oj Bartek, nie marudź, Alę bolą plecy od słońca, bo cały dzień siedziała w basenie, a Kacpra brzuch, bo przejadł się czereśniami. Mnie boli głowa, a chcę jeszcze zdążyć wyjść z Librą na spacer. Szybciej, szybciej!

– Mamo, mogę pójść z tobą i z Librą na spacer? – Bartek pozostaje wierny jednemu schematowi postępowania. To rytuał. Ściska mamę za udo, ciągnąc ją do sali. A ona uwalnia się całkiem niedelikatnie z objęć syna. I idzie do domu. A on zostaje w przedszkolu.

– Nie synu, muszę odpocząć. To jedyny moment, kiedy mogę od was odpocząć. „Cały” dzień jestem z wami. Zostaniesz z tatusiem, puści ci bajki… Pobawisz się z Alą i Kacperkiem.

***
– Mamo, weźmiesz mnie dzisiaj z Alą i Kapcrem na działkę?

– Nie, przecież ty idziesz do przedszkola. Pospiesz się synu, muszę jeszcze zrobić zakupy. (…) No masz, jeszcze w dodatku telefon. No pospiesz się, kochanie – kobieta poprawia ramiączko od stroju kąpielowego, które dyskretnie wymyka się spod sukienki. Znowu siada ciężko, jest w niej niewiele z kobiecości. Nie widzi swojego syna, nie słyszy go. A ma oczy i uszy. Ma przecież też serce.

– Słucham? O witam cię, Pawle… Mirek mi przekazał, będziecie z dziećmi, ależ nie ma sprawy, zabierzemy dodatkowy zestaw ogrodowy, pomieścimy się, o to się nie martw. Grilla? Możecie zabrać, będą jeszcze dzieciaki sąsiadów, na dwa grille szybciej przygotujemy obiad. Ali i Kacperkowi? No coś ty, nie wygłupiaj się nawet! Nie zawracaj sobie głowy żadnym lego, mają tyle zabawek, że nie wiadomo gdzie to upychać. Absolutnie żadnych słodyczy, robię domowe ciasto z czereśniami. Powiedz Marysi, że nie przyjmuję żadnego tłumaczenia, że jest na diecie! To czereśnie z mojej działki. No dobra, to kończę. O szczegóły dzwoń do Mirka, on jest dzisiaj pod telefonem. Kończy wcześniej pracę, będzie u mechanika, potem jedzie na myjnię i od razu zabiera nas na działkę. Aha, tam jest taki mały sklepik, jakby czegoś nam zabrakło, możemy przy okazji dzieciakom kupić lody. Są pyszne. Będzie fajna pogoda, więc możemy siedzieć do samej piątej. Potem muszę jechać po Bartka do przedszkola. Odwiezie was Mirek. My już nie będziemy wracać, Ala ma lekcję tańca w osiedlowym klubie, Kacper idzie na karate. No to cześć i do zobaczenia. Pozdrów ode mnie Marysię! Niech weźmie strój, mam leżaki, poopalamy się.

Odwracam się do okna. Słucham ptaków. Letni koncert jeszcze trwa. Na zegarze przed siódmą… Za moment zacznie się normalny dzień. Za moment będę witać kolejne dzieci. Za moment pęknie mi serce.

***
Bartek siedzi z nosem na kwintę. Złość czai się na jego czerwonych policzkach. Rumianych bynajmniej nie ze szczęścia. Płacze, choć raczej mu się to nie zdarza. Odpycha mnie, gdy tylko próbuję położyć mu rękę na plecach. Śledzi mnie spojrzeniem, w którym jest coś przerażającego: dziecięcy świat, wypełniony podwórkiem przedszkola i niczym więcej. Jego codzienność złożona jest z jego pytań i odpowiedzi mamy, które przeszywają młode serce na wylot, niczym miecz obosieczny, którym walczy ta kobieta. Kiedyś sytuacja się odwróci. Kiedyś ta kobieta wyciągnie rękę do swojego syna i poprosi go o spacer. Ale on będzie miał wtedy swoje życie. I odmówi. Bo nie będzie wiedział, że fajnie jest spędzać czas z najbliższymi. Bo kiedy był mały, nikt nie dał mu szansy, aby mógł się o tym przekonać.

Jak czuje się Bartek? I jak czuje się wiele innych dzieci, których obowiązkiem staje się podpisanie listy obecności w przedszkolu? Każdego dnia witasz małe dziecko, które widzi, słyszy, czuje i rozumie. O czym myśli, stojąc przy drzwiach, zazdrosne o każdego kolegę, który odbierany jest wcześniej niż on? Z jakimi uczuciami wychodzi przedszkolak, który odbiera słowa mamy jak zamach na samego siebie? Jak siebie traktuje? Jak kogoś, kto nie zdolny jest do wystarczającej miłości, skoro zasługuje tylko na uznanie swojej pani z przedszkola. Takie dziecko dojrzewa szybciej, prędzej, za szybko. Takie dziecko widzi więcej, czuje intensywniej i słyszy za dużo. Takie dziecko jest pokrzywdzone. Chociaż wygląda bardzo ładnie, ma zawsze czyste ubranie i wyprasowaną koszulkę. Takie dziecko pachnie, ma zadbane paznokcie. Takie dziecko cierpi. Marzy. Takie dziecko ma nadzieję. Traci ją. I znowu odzyskuje. Takie dziecko bardzo mocno wierzy, że nadejdzie moment, kiedy zamknie drzwi swojego przedszkolnego świata, a otworzy drzwi do domu. Wcześniej niż zazwyczaj. Takie dziecko bardzo szybko dorasta. Ucieka. W inne ramiona, zbyt szybko, zbyt gwałtownie, zbyt ryzykownie zachłystuje się szczęściem. Zachwyca się miłością, której nigdy nie miało, nie znało, nie smakowało czereśni prosto z drzewa. Taki dorosły na zawsze pozostaje zranionym dzieckiem, które szuka swojego miejsca na Ziemi. Bo miało go tylko w przedszkolu. Ale to za mało, aby podbić świat.


Karolina Turek – mama dwójki dzieci, nauczycielka przedszkola „zainspirowana” dzieckiem. Uwielbia pisać i tę pasję konsekwentnie łączy z zawodem, opisując swoje zawodowe doświadczenia zdobywane w pracy z dziećmi. Między wierszami Karoliny, spotyka się wrażliwość „o parę numerów za dużą” – jak sama o sobie mówi. Czasem jej to przeszkadza, a czasem pomaga w dostrzeganiu tego, co istotne w byciu nauczycielką. Stara się jak najwięcej mówić o empatii, stawiając ją za fundament w budowaniu swoich wartości. Autorka książeczki adaptacyjnej „Wkrótce będę przedszkolakiem. Książka wprowadzająca dziecko w świat przedszkola” i „Niekończąca się historia… Poradnik dla rodziców o tym, jak wprowadzić dziecko w świat przedszkola”, oraz książki „Nauczycielka przedszkola. Pomiędzy pasją a zagubieniem”. Pisząc bloga, konsekwentnie zadaje pytania o miejsce nauczycielki przedszkola w dzisiejszej edukacji, a także w zwykłej codzienności wielu rodzin. Blog traktuje jak wartościową przestrzeń, w której spotyka się coraz więcej nauczycieli przedszkola – świadomych swojego zawodu i otwartych na szczerą dyskusję.

nauczycielka_blog