Nic o niej nie wiesz

Nic o niej nie wiesz.

***
– Pani Zosiu, w półce nie ma nic! – po tych słowach mrużę oczy. Wzruszam ramionami bez przekonania, że dzisiaj mogłoby wydarzyć się coś jeszcze, oprócz tego, co już się zdarzyło, czyli nic wielkiego.  Jest tak jak wczoraj, jak tydzień i dwa tygodnie temu też.

– Jak zwykle – słyszę odpowiedź wciśniętą jakby w kąt niechęci i mimo że jest bardzo niewyraźna, dociera do każdego mojego mięśnia i zatrzymuje się gdzieś w okolicy serca, za nic nie mogąc przedostać się w tył głowy. Są tacy ludzie, których zobaczysz raz, co najwyżej dwa i którzy dręczą Cię potem w myślach o najbardziej zadziwiających porach dnia. Racjonalnie nie umiem wytłumaczyć, dlaczego ta kobieta tak mnie zastanawia. Czy ten długi, beżowy płaszcz, w którym rozmywa się niemal cała jej osoba, jest powodem, że wygląda smutno i nijako, wzbudzając we mnie współczucie? Czy jej drobna buzia pozbawiona rumieńców wymaga aż tak wielkiej siły wyobraźni, aby tłumaczyć sobie tę inność mijaną codziennie w długim korytarzu szatni? A może pożegnania kryjące w sobie tak wiele ciepła i wzajemności, pozwalają spokojnie przejść nad tym wszystkim do porządku? Refleksje podszyte niepokojem, przypuszczenia, godziny spędzone pod Wawelem na rozmyślaniu, analizowaniu faktów. I nic. Nadal nic o niej nie wiem.

Robiąc bilans emocji, szukam tych pozytywnych, a w zawodowych rozliczeniach staram się być sprawiedliwa. Obiecałam Piotrkowi, że nie będę zabierać pracy do domu. On zostawia w biurze niedokończone aktualizacje. Dokończą się same. Ja traktuję niedokończone sprawy moich wychowanków jak krzyżówki bez hasła, które nie cieszą. I same się nie rozwiążą. W twarzy tej kobiety są odpowiedzi na bardzo trudne pytania. Hasło nosi w sercu, mocno zranionym. Nie satysfakcjonuje mnie jej spokój, nie wystarcza mi jej opanowanie. Chcę czegoś więcej. Chcę hasła, które będzie odpowiedzią najważniejszą na jej niczym nieusprawiedliwianą obojętność wobec mnie, spraw Oliwiera i całego otaczającego ją świata. Traktuję ten moment bardzo osobiście. Moment, w którym uświadamiam sobie, że

nic o niej nie wiem.

Ta kobieta już od jakiegoś czasu prowokuje mnie do zadawania pytań. Kiedy spojrzenie ustąpi pierwszeństwa słowom, abym mogła usłyszeć jej historię? Ile zdarzeń nosiła do tej pory na pochylonych barkach? Ile bólu kryły w sobie jej słowa szeptane synkowi, zanim nie rzuciła ich wszystkich w niepamięć niemożliwą do zaakceptowania jeszcze parę miesięcy temu? Czy za czułością tych dwojga samotnych ludzi, kryła się tajemnica, której pozostawali wierni w obliczu wszelkich okoliczności, jakie pojawiały się im na drodze?

Nie było dnia, abym nie powtarzała tego samego zdania, niczym mantry, która nie dawała spokoju wrażliwej duszy nauczycielki:

nic o niej nie wiem.

***
– Kiedy ta kobieta przejrzy na oczy…?! – drugie pytanie pani Zosi trafia w samo centrum skurczu mojego żołądka i znika gdzieś w przestrzeni szatni, w której bezradnie stoję przed półką Oliwiera. Pustą półką. Bez zapasowych ubranek na zmianę, bez misia wciśniętego w kąt, bez uśmiechu, bez smutku. Bez niczego. Bez żadnej wiedzy o nim.

***
– Znowu to samo! Czy ty nam to robisz specjalnie? Oliwierku kochany, codziennie wylewasz na siebie zupkę. Spójrz, jaki to kłopot, i Lenka obok ciebie przy okazji… Ej dzieci, dzieci… Co za czasy nastały, myśmy jedli ładnie i zgrabnie, a teraz nawet przy obiedzie dzieci usiedzieć nie potrafią… Niech pani zerknie do szafki po jakąś bluzkę, albo i cały komplet, bo spodnie też wyciskać można. Daj pani na kaloryfer, przeschną…

– Pani Zosiu, w półce nie ma nic… – odpowiadam, patrząc na dwa małe żołędzie. Takie małe i zgrabne turlają się po półce Oliwiera. Chłopiec próbował wypełnić czymś tę pustkę wstydliwą, wyróżniającą się, inną. Żołędzie mieszczą się w dłoni tak proporcjonalnie… Nieracjonalnie pusto w tej półce. Jakby nie było tego dziecka w przedszkolu od dobrego tygodnia.

– Jak zwykle. Dam mu coś z zapasowych ubranek. Zgłaszała pani tej matce, że on od tygodnia nie ma nic na zmianę, a niemal każdego dnia zdarza mu się jakaś katastrofa przy jedzeniu?

– Zgłaszałam pani Zosiu, zgłaszałam.

– Gdzie ona żyje?! Na bezludnej wyspie?!

– Dobre pytanie, pani Zosiu… Gdzie ona żyje…

***
Tak, mieszkała na wyspie bezludnej. Jej przylądek to bynajmniej nie dobra nadzieja, ale samotność budowana z cegiełek codzienności, w której zamurowała serce. Zdolne do kochania, ale ściśnięte przez wydarzenia dziejące się w ciszy i niewiedzy o niej i jej prawdziwym życiu.

***
Dla chłopaków Oliwier jest fajnym kumplem, wybieranym do meczu na podwórku. To wielkie wyróżnienie w jego małym i nierównym świecie, w którym doliny mierzą się z górami. Jego osoba szarpie emocjami innych. Zastanawia. Niby nic nie robi, a tyle się wkoło niego dzieje. Niby nie sprawia kłopotów, ale zazwyczaj znajduje się w ich centrum. Jest posłuszny, ale jego niezdarność przyczynia się do nazywania go niegrzecznym. Buja gdzieś w obłokach – mówią inni. Tak, buja gdzieś wyżej ponad to, co dzieje się na Ziemi. Inaczej nie dałby rady mierzyć się ze światem dorosłych.

Znowu nic o niej nie wiem. Widzę tylko, jak ta kobieta długo tuli swojego synka. Oliwier wygląda jak tulące się do mamy maleństwo. Chwilę patrzą sobie w oczy, po czym chłopczyk odchodzi i niepewnie pokonuje próg sali. Potem jeszcze przez moment ona stoi jak na opuszczonym okręcie, po czym znika, wciągnięta w rzeczywistość za drzwiami. Chłopiec chwilę nie odkleja się od ściany, z którą wita się jako pierwszy. Za nim wchodzi Kacper z uśmiechem zwycięzcy, że oto parking ma nareszcie wyłącznie dla siebie. Na Oliwiera zwraca uwagę dopiero, gdy jest już przy parkingu. Tak wygląda niemal każdy poranek. Zmienia się tylko pogoda za oknem.

***
Nic o niej nie wiem. O tej kobiecie, która przychodzi codziennie rano jako pierwsza. Punktualnie o 6.45 odbija kartę, rejestrując godzinę przyjścia. Czasem ma przeciwsłoneczne okulary we włosach, mimo że od paru tygodni obecna jesień skłócona jest ze słońcem…

***
Pachnące szczęściem ubranka Zosi kontrastują z pustą półką Oliwiera. Zajmują ją tylko znaczek i dwa żołędzie. Puste miejsce w holu szatni przedszkola. To jak niezamieszkałe miejsce na mapie, którego nikt nie odwiedza, jak pusta przystań, do której nikt nie wpływa. Sposoby na życie ludzi tak diametralnie różnią się od siebie. Poziom życia waha się, kołysze, balansuje. Półeczki w szatni przedszkola wypełnione są miłością, pośpiechem lub brakiem zainteresowania. Zapasowe ubranka są nie tylko koniecznością, powinnością, obowiązkiem rodziców. One mają jeszcze drugi wymiar, metaforyczny, przenośny, intuicyjny. Bo na tle przedszkolnych półeczek: rodzice albo pamiętają, albo nie. Rodzice się troszczą, albo zapominają. Rodzice kochają, albo… jeśli ona ma ubranka pachnące proszkiem i słońcem, to jest zadbana, wypieszczona, rozpieszczona, dopieszczona. A jeśli tych ubranek nie ma, jest zaniedbana, zapomniana, jest poza czołówką, poza gronem najlepszych, a nawet przeciętnych. Zostaje z tyłu – Tak jest w teorii, z boku, z perspektywy dnia codziennego, z racji potężnej siły niczym niepopartych argumentów. I z uwagi na wygodny sposób na życie. Tak jest niesprawiedliwie.

***
Nic o niej nie wiesz. A skoro nic, to nie wolno Ci oceniać. Podsumowywać, stawiać diagnoz i wyciągać wniosków. W pustych półeczkach dzieci, czają się demony życia lub fruwają motylki ocalałe z miłości. Skoro nic o niej nie wiesz, nie odchodź od pustej półeczki swojego wychowanka jak od pustej lady, za którą nie ma nic. Nie odchodź rozczarowana. Nie odchodź z poczuciem pustki. Może ci dorośli nie wiedzą o tym, co może przynieść codzienność, może bujają w chmurach, a może nie przywiązują wagi do tego, co naprawdę ważne. A może cierpią. Dorośli są jak gwiazdy na niebie. Jednego dnia lśnią niewiarygodnie mocno, innym razem odbijają światło innych, a są i takie dni, w których ich energia gaśnie. Nagle i nieraz niepostrzeżenie, sprytnie.

Dlatego Twoim zadaniem jest rozglądać się. Badać skalę szczęścia i próbować oceniać rozmiar pustki – jeśli pojawi się w oczach jednego z „Twoich” rodziców, zatrzymaj się i zastanów. Że nic o nim nie wiesz. Nie masz pojęcia o tym, jak wyglądał poranek w domu tych ludzi. Z jakim nastawieniem wyszli i w jakim nastroju pożegnali się ze sobą. Jakie plany mają na nadchodzący dzień i jak podchodzą do sprawy przedszkola. Nie wiesz, czy wieczór spędzą obok siebie, zjedzą obiad na rogu ulicy czy przed południem spotkają się w sądzie, stojąc daleko od siebie.

Zatem rozglądaj się. To ważne zadanie, jeśli chcesz działać rozsądnie i zgodnie z własnym osobistym dekalogiem miłości. Bo obdarzać innych swoimi dobrymi uczuciami to jak podarować komuś trochę nieba. Podarować olbrzymi kredyt zaufania, pęk wysokowartościowych banknotów. Obrazując ten stan, można dostać gęsiej skórki. To jest właśnie sens, istota, sedno. To jest nadzieja i Święty Mikołaj. Pobaw się w niego, zobacz, jakie to przyjemne obdarzać innych swoim zrozumieniem. Podaruj innym ułamek szczęścia opakowany szczerą empatią, przymknij oko, poczekaj jeszcze parę dni. Życie pisze takie scenariusze, o jakich nie śniło się filozofom. Dlatego nie spiesz się, nie działaj impulsywnie. Nie mów, że:
– ta mama jest zapominalska, niemiła i skupiona na sobie, a ten ojciec w ogóle nie interesuje się synem, że ona… jest złą matka, bo półeczka w szafce jej syna jest pusta od kilku dobrych tygodni. Że jest niepoprawna, bo nie potrafi zadbać o parę zapasowych bluzeczek, mimo że prosisz ją o to od dłuższego czasu.

W centrum Twojej wyobraźni siedzi małe dziecko. Weź od niego tę spontaniczność myślenia, tę wyjątkową wrażliwość i czas. Popatrz na to wszystko z innej perspektywy. Wiem, że to kłopotliwe, że to denerwuje. Ale nie kłóć się z nią. Nie przekreślaj jej. Bo może się zdarzyć, że usłyszysz…

…takie słowa:

– … wie pani, mój mąż… zabrał mi wszystko. I oszczędności i całe moje dotychczasowe życie zamknął mi przed nosem. Nie mam nic. Mieszkam tymczasowo z Oliwierem w domu samotnej matki, ale nie chcę tam zostawać na dłużej. Boję się wracać, bo on… jest… a mnie tak boli… chyba głowa… Wczoraj wyrzucił nas z mieszkania, nie mogłam zabrać nawet swoich rzeczy ani zabawek Oliwiera. Za wszystko, co chcę wziąć z domu, każe mi płacić. Straciłam pracę cztery dni temu, bo szefowa zatrudniła na moje miejsce swoją koleżankę. Minie trochę czasu, zanim znajdę coś nowego. Czy mogłabym panią prosić, aby na ten czas pożyczyła pani mojemu synowi jakieś ubranie… Ja odkupię, gdy tylko nadarzy się okazja, abym mogła zarobić trochę pieniędzy…

Nie dopuść do tego, abyś musiała usłyszeć takie usprawiedliwienie. Nie licz na wyjaśnienia, jeśli tylko zauważysz, że coś jest „nie tak”, „jeszcze nie” lub „znowu nie…”. Nie oczekuj za wiele od teraźniejszości. Intuicyjnie rozmawiaj z rodzicami swoich podopiecznych. Patrz na nich, bądź czujna, rozliczaj ich wyłącznie we własnym sumieniu. Nie próbuj dochodzić prawdy. Nie mów, że robią za mało. Bo czasem robią ponad swoje siły, ale im nie wychodzi, nie układa się, coś lub ktoś im przeszkadza lub im to utrudnia. Czasem też chcieliby inaczej. Bądź świadkiem w ich sprawie spierania się z życiem. I nie ryzykuj osądzaniem za wcześnie. Bo oni często mogliby Ciebie nauczyć o życiu więcej niż wydaje Ci się, że o nim wiesz.

***
Niezależnie od wieku, płci i charakteru, rodzice piszą od lat swoje plany długoletnie. Wydaje im się, że tak jak teraz, będzie już zawsze. Tym różnią się od dzieci, że żyją, robiąc siedmiomilowe kroki, nie chcą przyjąć za prawdę, że człowiek się zmienia, jego emocje ewoluują. Plany rodziców to schematy, według których możemy biec jeszcze szybciej. Tymczasem dziecko jest wyspą szczęśliwą, na której powinno niezmiennie świecić słońce. Nie powinno zachodzić za wcześnie. Powinno mieć jedynie zastępstwo. Postaraj się na ten czas, kiedy na niebie Twoich wychowanków zabraknie słońca, byś mogła wejść na zastępstwo. Często w swoich przypadkach z życia, rodzice nie mają na to siły…

Twórz dalej ten splot wydarzeń, bądź jego autorką. Koleguj się ze swoją empatią i pielęgnuj w sobie intuicję. Czasem zmruż oczy i popatrz z innego punktu widzenia. I dołóż wszelkich starań, aby przedszkole stawało się miejscem dialogu. Podejmując jakiekolwiek działanie z rodzicem, uczysz dzieci, jak należy postępować z ludźmi. Pamiętaj, że dorosły Cię słucha, a dziecko – obserwuje. I uczy się od Ciebie, bo Cię kocha. Bo dla przedszkolaka to takie zwyczajne, kochać swoją panią. Skoro takie to proste… postaraj się, aby widząc Twój sposób postępowania, kiedyś podejmowało słuszne decyzje.

***
Przeczytaj część drugą


Karolina Turek – mama dwójki dzieci, nauczycielka przedszkola „zainspirowana” dzieckiem. Uwielbia pisać i tę pasję konsekwentnie łączy z zawodem, opisując swoje zawodowe doświadczenia zdobywane w pracy z dziećmi. Między wierszami Karoliny, spotyka się wrażliwość „o parę numerów za dużą” – jak sama o sobie mówi. Czasem jej to przeszkadza, a czasem pomaga w dostrzeganiu tego, co istotne w byciu nauczycielką. Stara się jak najwięcej mówić o empatii, stawiając ją za fundament w budowaniu swoich wartości. Autorka książeczki adaptacyjnej „Wkrótce będę przedszkolakiem. Książka wprowadzająca dziecko w świat przedszkola” i „Niekończąca się historia… Poradnik dla rodziców o tym, jak wprowadzić dziecko w świat przedszkola”, oraz książki „Nauczycielka przedszkola. Pomiędzy pasją a zagubieniem”. Pisząc bloga, konsekwentnie zadaje pytania o miejsce nauczycielki przedszkola w dzisiejszej edukacji, a także w zwykłej codzienności wielu rodzin. Blog traktuje jak wartościową przestrzeń, w której spotyka się coraz więcej nauczycieli przedszkola – świadomych swojego zawodu i otwartych na szczerą dyskusję.

nauczycielka_blog