Zagubiona Wielkanoc

„…naszym obowiązkiem jest obudzić serca Rodziców,
na Święta Wielkiej Nocy.
Bo jesteśmy nauczycielkami przedszkola.
Stoimy na straży tego, co najważniejsze”.

Jest smutny. Bardzo smutny. Odkąd wszedł do sali, siedzi skulony pod swoją szafką. Jakby bronił dostępu do niej. Gdy dzieci próbują mu ją otworzyć, podnosi krzyk. Nie ma ochoty na zabawę, nawet auta Tomka go nie interesują, o które chłopcy tak zabiegają. Nie zamienił ze mną ani jednego słowa. Automatycznie wykonuje to, o co poproszę, ale robi to jakby z obowiązku, a wspólne zabawy z rówieśnikami nie sprawiają mu żadnej przyjemności – moja zmienniczka jest zdziwiona zachowaniem Karola, nie mniej niż ja. Nagle słyszę, jak chłopiec popłakuje z łazienki. Biegnę zobaczyć, co się stało. Pomoczył koszulę, którą założyła mu mama…

– Będzie zła…
– mówi trochę do siebie i trochę do mnie.

– Zła? O pomoczoną koszulkę? Karolku, Twoje ubranko niedługo wyschnie i nie będzie śladu. A mama na pewno nie będzie się gniewać, to tylko woda
– uśmiecham się i głaskam Karolka po jego niezwykle jasnych blond włosach. – Chodź, będziemy uczyć się piosenki o zajączku i kurczaczku. Na te słowa Karol przytrzymuje mnie za rękę i kręci przecząco głową. Odbieram jego zawahanie jako zwykły upór i wtorkowy grymas. Ale jest coś, co niepokoi mnie jeszcze bardziej niż tylko muchy w nosie Karola. Jego dziwny, obcy mi niepokój.

– Czekałem na Ciebie. Ale Ciebie nie było bardzo długo. Ty nie przyszłaś. – wpatruje się we mnie zapłakanymi oczami, przez które nie mam pojęcia, czy w ogóle cokolwiek widzi. I tym swoim piorunującym spojrzeniem delikatnych błękitnych oczu, w których popękały już żyłki ze zmęczenia i wewnętrznego braku zgody na coś, nie pozwala mi się poruszyć. Pochylam się i obejmuję jego drobną główkę. Ile żalu i niezgody przyniósł dziś ze sobą ten chłopiec! Karol ma 4 lata, jest najniższy i najmniejszy z całej grupy. Jego smutek zdaje się być jeszcze większy i bardziej wyrazisty przez drobną posturę fizyczną, w niczym nie przypominającą chłopców w jego wieku. Karola chronię podświadomie, staram się być blisko na tyle, na ile mnie dziś potrzebuje.

– Rozumiem, że chcesz powiedzieć mi o czymś ważnym, skoro tak czekałeś na mnie od samego rana? – Karol uspokaja się i zgadza, aby wejść do sali. Ale wciąż trzyma się skrawka mojej sukienki, jakby chciał się za nią schować. Wstydzi się? Ale czego? Jesteśmy przyjaciółmi. Oni o tym wiedzą, Karol o tym wie. Dlaczego nagle zapomniał? Nie czuje się dobrze w naszej grupie, ktoś mu dokuczył? Około 30-tu pytań kłębi się w moim sercu. Przecież idą Święta…

– Jaką porę roku mamy obecnie? Wiosnę!! – odpowiadają chórem. Moje prośby o podnoszenie ręki do góry przy odpowiedzi, roztapiają się w oceanie podekscytowania, radości i tętniącej życiem energii, unoszącej się w powietrzu, której ulegają nawet dzieci. Ale nie Karol.

Za parę dni ustroicie koszyczki z mamą, tatą i rodzeństwem. Pójdziecie do Kościoła, aby poświęcić wasze Święconki. Nie zapomnijcie, oprócz pokarmów, włożyć do koszyczka dużą garść miłości, sporo uśmiechów i wielki kawałek grzeczności. Dzieci śmieją się, powtarzają brakujące elementy koszyczka, o których na zajęciach nie było przecież mowy. Śpiewamy piosenkę: „Raz kurczaczek żółty do koszyczka wskoczył…” – Karol odwraca się plecami, chowa twarz w dłoniach, zdaje się być jeszcze drobniejszy. Śpiew dzieci zagłusza jego prawie niedostrzegalne łzy. Ja dostrzegam.

– Możecie się teraz pobawić – po skończonych zajęciach dzieci biegną do ogromnego barana, którego przyniósł jeden z rodziców z życzeniami nieustającej wiosny… Podchodzę do Karola. Na moją dłoń reaguje łagodnie; nie czuje wobec mnie złości, nie atakuje kolegów. Chce być sam. Samotne dziecko? Gdy za oknem wiosna tak nieposłusznie wdziera się przez szpary w oknach, a śpiewające skowronki zapraszają do zabawy w chowanego?

– Nie mam baranka… ani zajączka. Nie mam też koszyczka, a oni przynieśli dzisiaj baranki. Ja nie będę miał. Mama mi nie kupi. Mówi do mnie, że nie ma czasu. A ja tylko przeszkadzam. Tobie też przeszkadzam?

Jest mi przykro. Zupełnie zwyczajnie, naturalnie, robi mi się smutno. Mimo wiosny.

W jednej chwili wracam do domu. W swoich myślach, w emocjach, w popularnej zaniedbywanej codzienności. I „widzę” dwa śliczne wiklinowe koszyczki moich dzieci. Martynka i Adaś skakali przez 15 minut, gdy przyniosłam dwa plecione koszyki z barankami i zajączkami w środku. Byłam wzruszona ich reakcją. W tak szczególny sposób opiekowali się barankiem. W tak osobliwy dla siebie sposób dzieci podchodzą do tych Świąt. Świąt, o których trudno im opowiadać. W koszyczku „znajdują” się biegające sarenki, fruwające motyle, pszczółki zbierające nektar z najpiękniej pachnących kwiatów. Koszyczek wielkanocny prócz swojej głębokiej tradycji i wieloznaczności święconych pokarmów, kryje „pod serwetką” dziecięcą radość ze Świąt Wielkanocnych. Obowiązkiem wychowawców i rodziców, jest pielęgnować tę osobliwą radość. Nie wolno nam jej zagłuszyć swoim zniecierpliwieniem z powodu bycia dorosłym.

***
Dzień dobry, chciałabym z Panią zamienić dwa słowa na temat Karola. – staram się być stanowcza. Mam możliwość połączenia grup z powodu niskiej frekwencji dzieci.  W ten sposób mamy doskonałe warunki w sali, aby ze sobą chwilę porozmawiać.

Standardowo: –Wie Pani, spieszę się. Biegnę z pracy, teraz jeszcze na zakupy, a w domu czekają mnie porządki.

Nalegam, tu chodzi o Pani syna. To dla jego dobra. – wchodzi niechętnie do sali. Nawet nie ściąga płaszcza, dając mi do zrozumienia, że i tak zaraz wyjdzie. I abym nie odważyła się zabierać jej cennego czasu, którego wciąż ma za mało. Z powodu dziecka?

Widzę, że pochłaniają Panią przygotowania do Świąt Wielkanocnych? – pytam, nie zdradzając intencji, do których popchnął mnie jej syn, zrozpaczony brakiem baranka.

Pozwoli Pani, że od razu przejdę do sedna sprawy, z powodu której poprosiłam Panią o rozmowę. Otóż Karol był dziś bardzo smutny.

I z tego powodu trzyma mnie tu Pani?! Czy pani zdaje sobie sprawę, ile ja mam na głowie? – Tak, z tego powodu. Bo to powód ważny, nie można go pominąć w codziennym sprzątaniu, kolejkach po zakupy i w poszukiwaniach miejsca do parkowania. Nie wolno pomijać smutku dziecka. Z jakiegokolwiek byłby powodu. I doskonale wiem, ile pracujące mamy mają na głowie. Około 18 kilogramów szczęścia. Ja mam razy dwa. Bo Adaś dogonił wagą Martynkę.

Myśl o moich dzieciach rozjaśnia mnie od środka i łagodnie koi rozkołataną duszę. Wreszcie zwracam się do mamy Karolka jak do dobrej koleżanki:
Dam Pani radę. Skorzysta Pani lub nie. Decyzja i tak leży w Pani rękach.

Pukanie do drzwi. – Dzień dobry, przepraszam, ale szukam żony, a pani w szatni powiedziała mi, że tu znajdę Ewę. Czy coś się stało z Karolem?

Ogromnie się cieszę, że mogę porozmawiać z Państwem. Proszę usiąść, nie zajmę dużo czasu.

Chciałam Was o coś prosić. Zmieńcie swoje przyzwyczajenia na te jedyne Święta. Spróbujcie inaczej. Dla Karola. Porozmawiajcie dziś ze sobą o wartościach takich jak cisza, spokój, zaduma. Niech syn dowie się, jak ważną rolę w waszym życiu odgrywa odpoczynek od hałasu, zgiełku, ciągłych rozmów, wreszcie od nieprzerwanej zabawy. Wykorzystajcie ten przedświąteczny czas na rozmowę w rodzinnym gronie. Pokażcie, dlaczego to jest takie ważne. Przepis na wspólnie spędzony z dzieckiem udany czas jest podobny do przepisu na sok z pomarańczy: im więcej wyciśniemy z owoców, tym więcej słodkiego smaku pozostanie nam w buzi jeszcze na długi czas… Tak samo jest z nawiązywaniem relacji z naszymi dziećmi: im więcej chęci, wewnętrznej zgody i pozytywnego nastawienia na kontakt z nimi, tym więcej uda nam się „wycisnąć” z naszego „spotkania”. A im bardziej będziemy uważni i zaciekawieni, tym „smak” wspólnie spędzonego czasu pozostanie najsłodszym na całe dorosłe życie. Angażując się w pełni, im mniej będziemy zaabsorbowani sprawami czy osobistymi, czy zawodowymi – dajemy dziecku zielone światło do prawidłowego, harmonijnego i twórczego rozwoju. Ten wspólny czas wcale nie musi być długi. Wystarczy, jeśli z przepełnionego sprawami grafiku, wygospodarujecie choćby parę minut: poczytajcie, pośmiejcie się, porysujcie, czy zwyczajnie pomilczcie, przytulając się do siebie. Karol bardzo potrzebuje obecności i bliskości mamy i taty. Mimo że widzi was, słyszy… to potrzebuje i chce mieć was na wyłączność. Podarujcie mu ten czas. Niech poczuje, ze jest ważny dla was i traktowany tak, jak sobie przez cały pobyt w przedszkolu wymarzył. A potem pozwoli wam skupić się na obowiązkach; doceniony, szczęśliwy i pewny waszej miłości z przyjemnością i zapałem zabierze się do swojej zabawy.

Ewa i Robert patrzą na siebie przez chwilę w milczeniu. Wstają i uprzejmie dziękują mi za rozmowę. Ona dyskretnie wyciera chusteczką rozmazany tusz do rzęs. On pociąga nosem, jakby nagle dostał kataru. Ewa i Robert. Nowocześni, żyjący w nieustannym pośpiechu młodzi ludzie. Nie dostrzegają małej istoty, która całym sobą upomina się o swoje prawa bycia ich dzieckiem w najprostszy sposób.

***
Zagubiona Wielkanoc.

Wielkanoc to „Święto bycia razem”. Jesteście nauczycielkami przedszkola. W tych dniach oczekiwania wsłuchajcie się w to, o czym opowiadają wasi wychowankowie. Powiedzcie rodzicom, że ich pociechy potrafią ładnie nakrywać do stołu. Gro rodziców nawet nie ma czasu, aby to dostrzec. Niech dzięki Tobie i Twoim spostrzeżeniom poczują przypływ dobrych, ciepłych i wzruszających emocji. Poproście rodziców, aby w obecności dzieci opowiadali tylko miłe historie. Niech ten czas kojarzy im się z uśmiechem mamy i spokojnym tonem taty, niech umilkną na ten moment spory i trwające nieporozumienia. Dziecko jest, choć milczącym, ale zawsze uczestniczącym emocjonalnie świadkiem tego, co dzieje się w domu. Pokażmy dzieciom w tych dniach, jak wartościową cechą jest cierpliwość i poprośmy, aby poczekały, zanim sięgną po czekoladowe pisanki. Poczytajcie, opowiedzcie o znaczeniu pokarmów w koszyczku. To ważne, aby dzieci wiedziały, dlaczego mama dzieli się z domownikami jajkiem i dlaczego wielkanocne śniadanie jest tak uroczyste. Nie bagatelizujcie pytań. Dziecko wyposażone w wystarczającą na jego wiek wiedzę i obdarzone szczerą uwagą i zainteresowaniem dorosłych, zupełnie inaczej przyjmuje to, co niosą ze sobą Święta.

A przygotowania? Też są ważne. Jak i nie najważniejsze. To nie tylko zreorganizowanie życia całej rodziny i podporządkowania jej zakupom, porządkom, kolejkom… Tu chodzi o coś więcej. Moja przyjaciółka skłoniła mnie do refleksji pytaniem: „Czy skoro nie umyję okien, nie upiekę sernika i nie wysprzątam szafek w kuchni, to czy Święta się nie odbędą?” – miała rację. W jednym, nieco humorystycznym pytaniu ujęła całą prawdę, której większość dzisiejszych pilnych mam nie przyjmuje do wiadomości. Skoro przygotowujemy tak piękne rzeczy i chwile, to nasze nastroje i samopoczucie również niech będą pozytywne. Przygotowania zawsze wiążą się z pewnym napięciem, zdenerwowaniem. Jednak w tym przypadku, niech to napięcie będzie pozytywne, motywujące, potrzebne. Z niecierpliwością oczekujmy chwili, kiedy będziemy mogli życzyć sobie więcej spokojnych, pogodnych, życzliwych dni. Bo tego potrzebujemy najbardziej.

Niech w te Święta dom każdego dziecka będzie przystanią, do której dobijają wszyscy po burzliwych rejsach na morzu codzienności, aby spotkać się naprawdę razem.