Dusza nauczycielki

Stojąc w progu uczeń zapytał mistrza, czy może wejść do środka.
Mistrz skinął głową i zaprosił ucznia milczącym gestem zaproszenia.
I tak spędzili całą wizytę: w milczącym skupieniu i w uścisku wzajemnej akceptacji.
Oboje wyszli z tego spotkania zadowoleni.
Ufali sobie, że ta cisza była tego dnia najbardziej potrzebna.

***
Popatrzcie nam w oczy. I o nic więcej nie pytajcie. Znajdziecie tam zrozumienie. Po prostu.

***

Sztuka w 3 aktach. 3 sceny z życia nauczycielki przedszkola.

To trwa już jakieś 10 minut i zaczyna mnie trochę drażnić. A nie powinno. W końcu jestem nauczycielką przedszkola. Powinnam być cierpliwa. Na razie jestem. Ale ta cała sytuacja denerwuje mnie. Moje zniecierpliwienie rośnie. W scenariuszu rozstania z synem nie ujęła mnie ani w roli nauczyciela, ani tym bardziej partnera, w tej skazanej na niepowodzenie zbyt wyraźnej dyskusji gestów. Między nią a jej synem.

Akt pierwszy: pierwsze minuty i pierwsza próba pożegnania się według instrukcji zawieszonej w holu przedszkola. Powiesiłam ją wysoko, aby każdy mógł ją przeczytać i oswoić się ze swoją nową rolą „rodzica ufającego”. Komu?

nam, nauczycielom.
Mnie, nauczycielce jej syna.

A więc zgodnie z instrukcją: buziak. Albo dwa. I wystarczy. Pierwsza próba kompletnie nieudana. Ten instruktażowy buziak raczej nie wróży, że ona sobie pójdzie…Tak przypuszczałam, gdy tylko ujrzałam ich razem wczepionych w siebie za kulisami Teatru, którego 3 nieudane próby zjednania sobie widzów nie powiodły się. Rozpaczliwy, albo raczej majestatyczny krzyk do tej pory nikogo, oprócz mnie, nie postawił w stan największego wzruszenia, a tym bardziej (o zgrozo!) uległości. Tych dwoje ginie mi przed oczami w mglisto zarysowanej nadziei na jakąkolwiek zmianę w zachowaniu tej kobiety. Jej znikoma wiara w moje kompetencje stawia mnie w cieniu tego zawodu. Wyczuwam to doskonale ze sporą dawką adrenaliny. A nie powinnam. Mój Dyrektor, przewodnik, człowiek, który dał mi ogromną przestrzeń do stawania się wyjątkowym nauczycielem, uczył mnie, jak czerpać energię z dystansu do swoich zawodowych spraw. Ale w tej sytuacji trzeba stać się czynnym uczestnikiem wydarzeń, trzeba się zaprezentować, stanąć w świetle reflektorów. Pomimo niestabilnych i pełnych wątpliwości okoliczności.

Akt drugi: Kolejne minuty. Złość Adasia przechodzi kolejne etapy rozstania z mamą. Wszystko dzieje się w progu sali. Książkowo. Wychodzę naprzeciw teatralnej eksplozji łez. Adaś manifestuje swoje niezadowolenie na zewnątrz, jego mama – wszystkie uczucia kumuluje w sobie, starając się ich nie zdradzać. Tymczasem to one zdradzają ją. Jej obawa skrywana pod maską powagi i pozornego opanowania zdradza się w szorstkim podejściu do mojej osoby. To ta kobieta ustala granice. Stanowczym ruchem otwartej ręki przekazuje mi jasny komunikat: odejdź. W tym jednoznacznym geście konsekwencja i determinacja kłócą się z niewygodnym bólem rysującym się na jej twarzy. To przedstawienie, ta gra emocji jest jej wyraźnie nie na rękę. Jest spóźniona, roztargniona, wyraźnie zmieszana. Bardzo się spieszy, a jednocześnie sprawia wrażenie, jakby mogła przyjść do pracy później niż zwykle. Świetna aktorka. Ta kobieta chwyciła całą moją zawodową przestrzeń w jednym spojrzeniu, w jednym geście, w jednym zdaniu:
Niech Pani nam nie przeszkadza. Proszę odejść i na razie nas tu zostawić. Kiedy Adaś będzie gotowy, sam wejdzie do sali. Nie potrzebuję pani pomocy.  

Tamtego popołudnia poniosło mnie uczucie wielkiego braku zrozumienia, którym obdarowałam w swoich myślach tę kobietę. Mamę, która przyprowadziła do mojej grupy małego chłopca. Z którym po raz pierwszy w życiu nie umiałam nawiązać kontaktu. Był przerażony.

Akt trzeci: trzynasta, czternasta minuta, kwadrans. Krzyk. Szamotanie się, wreszcie ból, nierozerwalnie związany z całym tym wydarzeniem. Wiem dobrze, jak bolą plecy, krzyż i ręce od trzymania na rękach osiemnastokilowego syna, który kopie i krzyczy, wyrywa się. W deszczowy poniedziałek ten kochany bąbelek zamienił się w małego emocjonalnego terrorystę. Układ.

Pomiędzy matką a jej synem.

Co ranek zawierany pomiędzy obiema stronami pakt o systematycznie wymierzanej sobie emocjonalnej agresji. Absolutnie niekorzystny. Nieprzyjemny dla kogoś, kto stoi i przygląda się temu z boku. A tym bardziej, jeśli w tym uczestniczy. Niezależnie od twojego statutu zawodowego, kompetencji oraz abstrahując od tego, jakim jesteś człowiekiem i tak doświadczysz przejmującej ciszy, która krzyczy.

Zbyt dosłowna mowa ciała wyraża jednoznaczną i bezpośrednią niechęć wobec mojej osoby. Staje do mnie tyłem, nie podejmuje żadnej rozmowy, nie próbuje mi zaufać.

Największym błędem przy wyborze jakiejkolwiek decyzji jest bierność. Ta kobieta nie robiąc nic, pozbawia siebie sił do działania, mnie odbiera motywację. Adasiowi wcale nie pomaga podjąć właściwej decyzji. Obserwuję to wahanie nastrojów już od około 20 minut. To stanowczo za długo. Zdaję sobie sprawę, że ta bezcelowa krzątanina zaraz zacznie działać na nerwy nie tylko mnie, ale również rodzicom, którzy chcą zamienić ze mną dwa słowa, ale w obecności krzyczącego Adasia trudno usłyszeć nawet mocny tembr głosu ojca Zosi, który jest najwyższy i największy ze wszystkich tatów z naszej grupy. Przez ten czas do sali weszło około dwunastu dzieci. 12 uśmiechów z lekkim niedowierzaniem, że pobyt tu wywołuje tyle sprzeczności. 12 rozproszonych emocji, skulonych główek jakby przed łamanymi przez wiatr gałęziami w czasie wiosennej burzy.
Przerywam tę kompilację zmieniających się nastrojów na jej twarzy, w jej sercu, w jej zniecierpliwieniu. I nagle słońce! Piękne, pomarańczowe, jak mówi moja córeczka, „na całą kartkę”. Dobra myśl, jak przyjaciółka, która nie zawiedzie, moja intuicja. Intuicja 8 lat pracy w tym zawodzie. To jak odkrycie w sobie zapasów energii, to jak spora porcja dodatkowego uśmiechu, dokładka cierpliwości. Tylko nauczyciele przedszkola mają takie zapasy. Gromadzimy te zapasy przez półtora miesiąca urlopu, przez pozostałe pół rozplanowujemy w swoim sercu dawkowanie według zaleceń lekarza – naszej psychicznej odporności w tym zawodzie. Odporności uwikłanej w pęd przeróżnych okoliczności.

– Proszę Pani, zawrzyjmy umowę.

Zawsze umowy zawierane z rodzicami budziły we mnie kontrowersje.  Z reguły po tygodniu druga strona przestawała wywiązywać się z jej warunków. Ja w obecnej sytuacji nie mam tygodnia. Mam jeden dzień. I nie mam łodzi ratunkowej. Muszę żeglować po rozszalałym i wzburzonym oceanie mocno niestabilnych emocji. Jak się postarać, aby matka dziecka przekroczyła próg tej sali? Mojej sali, w której z rana jest na tyle cicho, że można usłyszeć szelest krzątających się gołębi, gruchających przez otwarte okno. Każdego poranka przywołuję je okruchami chleba, które wysypuję na parapet okna. Dzisiaj po raz pierwszy przyleciały same. Nie musiałam na nie czekać. Ptaki po raz drugi nie przylecą tam, gdzie nie czują się bezpiecznie. Spłoszone, uciekną. Tak samo jak dzieci. Drugi raz już nam nie zaufają. Drugi raz nie wejdą do sali. Dlatego mam tylko jedną szansę. Pierwsze wrażenie, pierwszy kontakt wzrokowy, pierwsze wibracje w sercu. Trzymając syna w ciasnym uścisku, nie daje naszej trójce żadnej szansy na pozytywny start.

Proszę mi wierzyć, że zostawia pani synka pod najlepszą opieką. Jeśli Adasiowi będzie smutno i będzie bardzo tęsknił, zadzwonię, aby przyszła Pani wcześniej. – zatrzymuję jej wzrok przez jedną, dwie, trzy, cztery sekundy, więcej nie… I tak wielki sukces. I tak nie zadzwonię. Bo nie wierzę, ze temu małemu figlarnemu i zaciekawionemu malcowi mogłoby czegoś brakować. Jeśli już – to tylko wolności, przestrzeni…

Jest zdenerwowana, zła i krzyczy:
W takim razie wracamy do domu i więcej tu już nigdy nie przyjdziemy! – ma rację.

Jeśli teraz wyjdą, jeśli mu ulegnie, jeśli mi nie zaufają… Więcej tu nie wrócą. Przynajmniej w jednym jesteśmy zgodne. Mam jedyną szansę na jej piękne wzruszenia, na zaparty dech podczas pierwszych, recytowanych dla niej słów przez ukochanego syna. To wreszcie szansa na kolorowe, o wiele bogatsze uczucia, rodzące się w cichej piosence jesiennych liści, gdy alejkami przedszkola będą wracać trzymając się za ręce. Ona nie odkryje zapachu zwykłej bułki, kupionej w sklepiku obok przedszkola, której okruchami podzieli się z gołębiami jej radosny Adaś. Nie usłyszy, jak ważni dla Adasia są jego koledzy i ich wspólne sprawy. I nie dowie się, jak słodki smak ma czerwony barszcz, przyrządzony z dodatkiem zachwytu i melancholii i jak wspaniale brzmią kolędy śpiewane przez syna w towarzystwie jego przyjaciół. To wszystko nie nadejdzie, to się nie wydarzy – jeśli pozwolę im teraz odejść.

Jeśli teraz pójdziesz, nie zobaczysz nowych aut, jakie przynieśli chłopaki z domu. Dziś jest dzień, kiedy dzieci mogą przynieść jedną swoją zabawkę i pokazać ją innym. Ty też możesz wejść do sali z autkiem, które najbardziej lubisz. Widziałam, jak wyjmowałeś z torby mamy różne autka. Mnie spodobało się to czerwone.

To Ferrari…

Ferrari to chyba dobre i szybkie auto, prawda?

Wyścigowe.

Nie widziałam jeszcze, aby któryś z chłopaków przyniósł dzisiaj ferrari. Wiesz, ja niewiele wiem o samochodach. Może zechciałbyś mi pomóc i powiedziałbyś mi, jak nazywają się auta, które mam tam na półce? Mogłabym wtedy pobawić się z chłopakami w super szybkie wyścigi na torach wyścigowych, które układamy na dywanie. Są długie, ze stacją benzynową i postojami na zmianę kół. Widzisz? Tomek i Franek już rozkładają tory...

Patrzę prosto w oczy czteroletniemu Adasiowi, który w swoim życiu ma wszystko i nic. W małym srebrnym i błyszczącym autku odbijają się jego smutne oczy, które tęsknią za byciem wśród dzieci.

Chodź… Też mam synka, trochę młodszego od Ciebie. I też ma na imię Adaś. – mrugam okiem i tylko lekko się uśmiecham.

***
Podczas tego występu, trzeba będzie jeszcze długo poczekać na szczęśliwe zakończenie…