Przecież kocha się mamę (cz. 2)

Nauczycielka przedszkola poznaje swojego wychowanka
podążając za nim krok po kroku.
Wierząc w niego, odkrywając jego talenty
i akceptując wszystkie jego niedostatki.

Przeczytaj pierwszą część: tutaj

Mama Nikodema skrywała tę historię w czterech ścianach swojego domu i odrapanych, blado pastelowych sufitach szpitala, w które Nikoś wpatrywał się godzinami. Do czasu.

Gdy pojawiłam się na jej krętej drodze, nie chciała nakłonić swojego serca do zwierzeń. Nauczyła swoje myśli nie dzielić się z innymi, a duszę potraktowała jak milczącą młodszą siostrę, która niewiele jeszcze wie o ambiwalencji ludzkich uczuć i zachowań. Dlatego nabrała przekonań niczym wiatru w żagle, że lepiej pozostać w emocjonalnym ukryciu, pozostać milczącym świadkiem osobistych wydarzeń. A otaczający świat niech się domyśla, niech zadecyduje.

Moje nieuporządkowane myśli wyprzedzały takt, pchały się przed szereg bolesnych uczuć tych ludzi. Wszystko w mojej głowie galopowało, tak bardzo chciałam wiedzieć… Najpierw, dlaczego ta kobieta ukrywała prawdę o swoim chorym synu. A gdyby moje szlochające serce opanowały nieme demony: gniew, strach, panika…? Kto by je okiełznał? Kto wtedy pomógłby temu dziecku? Po drugie, nie wiem, czego obawiała się, przychodząc do przedszkola z bagażem milczenia. Zostawiła w szatni bezgłośną prawdę o sobie samej i o nim. Wprowadziła do sali małego chłopca, w którym pełno było przeżyć, faktów i straconej szansy na to, aby inaczej potoczyły się emocje nas wszystkich. I wreszcie, na koniec oczekuję wyjaśnień, dlaczego mi nie zaufała? Przecież jestem nauczycielką jej syna. A to piękne i ważne zadanie. Gdy chce się zawalczyć o dobro dziecka, jest to zobowiązanie godne nauczycielki przedszkola.

Jestem po pracy. Mam tylko parę minut…

Wracam do pustej sali i staram się usystematyzować swoją niewystarczającą wiedzę, złapać równowagę na huśtawce rozkołysanych wrażeń, odpocząć.

Dyrekcja chce uczestniczyć w rozmowie z mamą Nikodema, ale ja proszę o możliwość spędzenia z nią chwili sam na sam. Obawiam się, że obecność Dyrekcji mogłaby okazać się krępująca dla tej kobiety i że nie uda mi się szczerze z nią porozmawiać. Pani Dyrektor przystaje na moją prośbę i umawiamy się, że wejdzie za jakieś 10 minut. To dużo, aby przekonać mamę Nikodema do współpracy. To niewiele, jeśli moje argumenty nie wystarczą na tyle, aby podała mi rękę.

Nie chcę, aby czuła się winna, a jednocześnie czuję do niej żal, pretensję, zwątpienie. A wątpić w swoje zawodowe umiejętności, w ich sens – to jak stracić wszystko, w co się dotychczas wierzyło. To jak przyjąć bezsilność z otwartymi ramionami. To do mnie niepodobne. To dla mnie zupełnie obce!

Od pierwszej minuty wykorzystuję swój czas:
Dlaczego pani mi nie powiedziała? Jestem wychowawczynią Nikodema, on jest przez siedem godzin dziennie pod opieką nauczycieli przedszkola. Ja muszę wiedzieć o tak poważnej chorobie pani syna! – przez chwilę postać stojącej przede mną kobiety rozmazuje mi się przed oczami. To łzy zaraz spadną mi na podłogę. I rozbiją się z wielkim trzaskiem. To efekt przepychających się emocji.

Milczy. Dlaczego?

Proszę pani, chcę wiedzieć, jakie są prognozy lekarzy na chorobę syna i na jakim stopniu zaawansowania przebiega choroba? To bardzo ważne, abyśmy wiedzieli, czego możemy się spodziewać i w jaki sposób mamy się przygotować do kolejnych, ewentualnych sytuacji tego typu. Proszę wziąć pod uwagę, że Nikodem uczęszcza do powszechnego przedszkola. Rozumie pani, że w tym momencie jego obecność tutaj może być poddana w wątpliwość?

Milczy nadal. Patrzy na mnie i jej wzrok mówi dużo więcej niż słowa, wyjaśnienia zdają się niepotrzebne, milkną w chaosie porannych wydarzeń, toną w jej zmartwionej, bladej, nieumalowanej twarzy. Bez szans na ratunek.

To ja jestem jej łodzią ratunkową. Chcę nią być.

Proszę ze mną porozmawiać. Nikoś jest wspaniałym mądrym i bystrym chłopcem, ogromnie lubianym przez rówieśników, również przeze mnie. Jestem po pani stronie. – Patrzę na zegarek. Mija moje 10 minut, zaraz wejdzie Pani Dyrektor i będzie już całkiem oficjalnie.

Podchodzę do okna.
Zrobię co w mojej mocy, aby Nikodem został w tym przedszkolu, ale musi mi pani w tym pomóc. Musi pani ze mną współpracować. Chcę wiedzieć wszystko o chorobie pani syna. Chcę skontaktować się z waszym lekarzem i zapytać, jak postępować w sytuacjach ataku. Czy syn ma leki, które…

Przerywa mi nagle w pół słowa, jakby moje odwrócenie uwagi ośmieliło ją. Ryzykuję jednak i odchodzę od hałaśliwego świata za oknem. Stoję daleko od niej, zbyt daleko… powinnam być bliżej. Już dużo wcześniej.

Wreszcie ona przerywa nieznośną ciszę popołudnia:
Mój syn cierpi na epilepsję pourazową. Lekarze nie potrafią określić, z jaką częstotliwością mogą pojawiać się ataki. Na ten moment jest to niemożliwe do ustalenia. Pani Izo, Nikodem uwielbia to przedszkole. Bardzo się zmienił, stał się wreszcie pogodniejszy, nabrał apetytu, skończyły się napady lęku. To przedszkole zmieniło całe nasze życie: moje, męża i naszego synka. Odkąd pani „pojawiła się w naszym domu”, syn wraca do równowagi, a my przy nim czujemy się o wiele pewniej. Tej odwagi bardzo nam wszystkim brakowało.

A więc stałam się częścią ich życia, moje imię wypowiadane jest przy wspólnym obiedzie, a zimą jest motywacją do wczesnego wstawania i stawiania czoła bolesnym, zbyt dorosłym wspomnieniom. Stoję już znacznie bliżej jej historii. Dzieli nas już tylko nieznośne tykanie zegara. Bo mój czas niesprawiedliwie się kończy. Ona zaczyna opowiadać. Pomalutku przestaje dzielić nas cokolwiek:

Pół roku temu wygraliśmy z chorobą nowotworową naszej starszej córki. Cały dramat rozgrywał się na oczach Nikodema. Lekarze przypuszczają, że ataki padaczki są spowodowane zbyt silnym napięciem i przeżyciami, które przerosły próg wrażliwości chłopca. Pobyt naszego synka w tym przedszkolu traktowaliśmy z początku jak formę terapii, ale przerodził się on w coś wyjątkowego, w niezwykłą podróż po nieodkrytych zakamarkach talentów naszego syna, o których kompletnie nie wiedzieliśmy. Bo walcząc o to, co w naszym systemie wartości było wówczas najważniejsze, straciliśmy pamięć. Zapomnieliśmy, że mamy drugie dziecko, które całkiem zeszło na drugi plan… Nie, na drugim planie w kolejności były zabiegi, większe dawki leków, brak snu…  Straciliśmy umiejętność dostrzegania rzeczy małych, ale za to bardzo ważnych dla naszego syna. W ogóle nie mieliśmy pojęcia, że takie rzeczy są, że mogą istnieć rzeczy ważniejsze niż choroba nowotworowa naszej córki. I wreszcie spotkaliśmy nauczyciela, który zauważył, że Nikoś oprócz ataków epilepsji ładnie śpiewa, że lubi być dyżurnym i chętnie pomaga przy posiłkach, że jest bardzo koleżeński. My nie mieliśmy czasu ani okazji usłyszeć jak śpiewa nasz syn, bo nigdy nie stworzyliśmy mu do tego okazji. Ja za każdym razem przygotowywałam jedzenie sama, bo czas gonił nas do córki do szpitala. Działaliśmy jak w automacie: idealnie, zgodnie z planem i profilaktycznie. Nie zauważyliśmy, że jedynymi przyjaciółmi naszego syna są pielęgniarki z pokoju siostry i przypadkowo napotkani dorośli w szpitalnej poczekalni.

I nagle Nikodem wypowiedział pani imię w niedzielny wieczór: Ja panią Izę kocham. W pierwszej minucie poczułam ucisk w sercu. Pomyślałam: przecież kocha się mamę. Od tamtego wieczoru zamieszkała Pani z nami w naszym domu i wypełniła pustkę w życiu Nikodema.

Dotychczas uboga i smutna rzeczywistość syna – tych dwojga totalnie zagubionych ludzi, w końcu nabrała kolorów dzieciństwa. Obudziłam nadzieję w tej kobiecie. Obudziłam w niej mamę nie jednego, ale dwójki dzieci. Oni już odnieśli zwycięstwo. Wygrali jedną walkę. Ale muszą jeszcze zawalczyć o szczęście syna. Tym razem wyjdę im naprzeciw, nie zostawię ich samych. W końcu jestem nauczycielką przedszkola. A to zobowiązuje.

Zdecydowaliśmy z mężem, że nie będziemy pani o tym informować. Miałam głęboką nadzieję, że ataki epilepsji miną i więcej się nie pojawią. Bałam się, że Nikoś zostanie usunięty z placówki przedszkola i nasz dramat zacznie rozgrywać się znowu. Ale tym razem z udziałem naszego syna w roli głównej. A na taki scenariusz nie jestem przygotowana.

Wchodzi Dyrekcja. Staję jej naprzeciw zasłaniając drobną postać, dla której jestem nadzieją w morzu błędów, jakie popełniła wobec placówki przedszkola i oceanie wątpliwości, co teraz stanie się z jej synem.

Zaczynam mówić pierwsza:
Rozmawiałam z mamą. Mam niezbędne informacje i przyjdę do Dyrekcji zaraz po tym, jak pożegnam się z panią. Nie sądzę, aby istniała konieczność dalszej rozmowy. Mama chce jak najszybciej zobaczyć się z synem. Nie zatrzymujmy jej.

Dobrze. W takim razie rozumiem, że przekaże mi pani szczegóły rozmowy. Pani Izabela ma rację. Nie będziemy już pani dłużej zatrzymywać.

Mam wrażenie, że Pani Dyrektor rozumie moje intencje. Ufa mi, już mnie zna. Chociaż trochę mnie zna. Dzisiejszego dnia pękła granica dzieląca Dyrektora i nauczyciela, narodziła się synergia, porozumienie na wysokim szczeblu. Nauczyciel, który dostaje zielone światło dla swoich indywidualnych działań, otrzymuje jednocześnie informację, że można mu powierzać odpowiedzialne i ważne zadania. Bo on nie zawiedzie. To przepustka do pracy na najwyższym poziomie. To wychodzenie naprzeciw milczącym w swoich jaskiniach obaw i niechęci rodzicom. To wreszcie odnajdywanie drogi do nich, do ich serc, do ich domów.

Drzwi zamykają się. Natychmiast odwracam się do mamy i zanim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, słyszę: „dziękuję”. I widzę jak wiele kosztuje ją to spotkanie.

Niech pani przyjdzie do mnie jutro z samego rana. I niech pani będzie dobrej myśli. Proszę pozdrowić Nikosia i przekazać mu, że dzieci i ja z niecierpliwością czekamy na niego. Do widzenia.

W repertuarze myśli…

***
Musimy być otwarte nie tylko na dzieci. Ale na ludzkie problemy, tragedie, koleje losu. Jesteś nauczycielką przedszkola? To pamiętaj: gdy przekraczasz próg swojej sali, decydujesz się na dużo więcej emocji niż mówiono Ci o nich na studiach.

***
Wracam do domu. Zastanawia mnie wyjątkowo ciepły wieczór jak na tę porę roku. Wsiadam do autobusu, wybieram miejsce przy oknie. Zamykam oczy. Zbyt wiele się dziś wydarzyło, aby nie podsumować tego dnia tabletką od bólu głowy. Mimo zmęczenia, wybiegam myślą naprzód: Mój stosunek do Nikosia nie zmienił się mimo jego choroby. Jednak muszę być przygotowana na ewentualne pytania rodziców. Stosunek do ludzi żyjących z epilepsją jest różny. A oni pragną, abyśmy traktowali ich całkiem zwyczajnie…

Zadajesz sobie pytanie: Czy się bałam? Tak, bałam się niewyobrażalnie i naturalnie zarazem.

Co czyni Cię prawdziwym nauczycielem przedszkola? Zaradność, pewność siebie i opanowanie. To cechy, które musisz w sobie mieć, jeśli stajesz oko w oko z dziećmi. Jeśli zaczynasz swoją piękną historię w tym zawodzie, nie możesz uśpić w sobie pewności tego, co robisz. Niepewność czyni Cię w oczach dzieci niekompetentną, zabiera im poczucie bezpieczeństwa. Nie bój się swoich decyzji, ale w nie uwierz. Nie deprecjonuj swoich umiejętności, ale korzystaj z tych, które już posiadasz. Wbrew temu, co sądzi opinia publiczna na temat naszego zawodu – pokażmy, jak wielu trudnym sytuacjom potrafimy sprostać. Bo jesteśmy nauczycielkami przedszkola. A ten zawód zobowiązuje: do subtelnej duszy, emocjonalnej równowagi, siły lwicy stającej na czele stada. Ty kreujesz emocje dzieci. Ty jesteś często przewodnikiem zagubionych rodzin. I jesteś zawsze na wyciągnięcie ręki.

Nauczycielką przedszkola stajesz się, kiedy uda Ci się przemienić czyjś świat na trochę lepszy. Zupełnie nie uda Ci się go zmienić. Ale jeśli ktoś dzięki Twojej postawie zmieni najpierw coś w sobie, będzie to Twoim osobistym sukcesem. Wtedy praca zawodowa stanie się pasją.