Dlaczego nic nie powiedziała? (cz. 1)

Historia, którą dziecko skrywa w swoim sercu,
staje się dzień po dniu – odcinek po odcinku – częścią Twojej historii.
Częścią Twojego życia.

To zdarzenie dało początek niezwykłej opowieści o duszy nauczycielstwa. Ta opowieść nie kończy się. Trwa i nabiera tempa,  odwagi, wyjątkowego znaczenia.

***
I wciąż wraca jak mantra jedno pytanie: dlaczego nie powiedziała?

***
Nikodem osuwa się na podłogę. To coś targa jego maleńkim ciałkiem, szarpią się oboje: „to coś” i czteroletni chłopiec w nierównej walce. Stoję w bezruchu, nogi odmawiają posłuszeństwa. Wiem, że najgorszą rzeczą w moim zawodzie jest bezczynność. Trwa kilka sekund, ale to i tak za dużo. Z najdalszych zakamarków mojej głowy odzywa się głos: działaj! Płacę za to ogromną cenę: robi mi się gorąco, drżą ręce, w brzuchu czuję potworny ucisk. To nie rozsądek, ale wyraziste, dosłowne emocje, w cieniu których pozostaje jakiekolwiek logiczne myślenie. Nie mam na to czasu. Bardzo silne emocje prześcigają rozsądek. Mimo to mój rozsądek dzisiaj mnie nie zawiódł. Przedarł się przez grubo tkaną pajęczynę władczych emocji. Klękam za głową Nikodema i z wysiłkiem próbuję uchronić ją przed urazami. On trzęsie się jakby w sali pootwierane były wszystkie okna.  Chcę coś powiedzieć, próbuję krzyczeć do pani Zosi, którą słyszę na korytarzu, ale nie mogę wydobyć głosu. Tak jakby łagodny ton i przepełniona słońcem barwa nie mogły wydostać się na zewnątrz. Jak Nikodem uwięziony w szponach epilepsji.

***
Wpisuję w google: napady padaczkowe to efekt przejściowych zaburzeń czynności mózgu wskutek nagłych wyładowań bioelektrycznych w komórkach nerwowych. Często na skutek silnych emocji.

Eh! Te emocje. Wszechmocne, potężne, nieokiełznane.

Czytam dalej: Padaczka nie musi towarzyszyć choremu przez całe życie, może być przejściowym epizodem. Zdarzają się też jednorazowe napady, które nigdy więcej się nie powtarzają. A jak jest w przypadku Nikodema? Czy jest nadzieja, aby choroba więcej nie zbierała swojego żniwa w tak brutalny i nachalny sposób? Jak przebiega choroba i co prognozują lekarze? Tyle pytań, na które nie otrzymałam odpowiedzi, a powinnam. Powinnam  wiedzieć. Jestem nauczycielką Nikodema.

Dlaczego nie powiedziała?

***
Atak trwa 2, 3 może 4 minuty. Dla mnie to nie minuty, ale bliżej nieokreślony, zbyt długi czas.

Na plecach czuję 23 oddechy moich wychowanków. Nie mogę ich zawieść. Zwracam się do Ani z największym spokojem, na jaki mnie wobec nich wszystkich stać: Aniu, potrzebuję Twojej pomocy. Otwórz szeroko drzwi i z całych sił zawołaj panią Zosię. Jeśli usłyszy Cię inna pani, również zawołaj ją do nas. Niech przyjdzie tu każdy dorosły, który zapyta Cię, dlaczego krzyczysz. Zrozumiałaś mnie? Idź prędko. Ania jest moją podporą na każdych zajęciach, rozumiemy się doskonale, mogę na nią liczyć. To perełka, która nie gaśnie. Ania zaskakuje nie tylko mnie, ale i inne osoby goszczące na moich zajęciach. Rezolutna, serdeczna, chętna do działania i bezpośrednia. Czteroletnia dziewczynka rusza z miejsca. Patrząc na mnie swoimi dużymi brązowymi oczami, dzielnie pokonuje swoje niezdecydowanie. Ania wreszcie wybiega na korytarz. Jej piskliwy przeraźliwy krzyk przywołuje na górę samą Panią Dyrektor. Mądra Ania uprzedza atak na siebie i pokazuje bez słowa swoją salę, cicho, już niemal szeptem, mówi: szybko, tam. Dyrekcja wchodzi stanowczym krokiem, jest zdezorientowana, pyta: Co tu się dzieje?! Zamiera jednak w pół słowa i tym razem jej twarz pełna zakłopotania i tysiąca pytań skierowana jest już wyłącznie na mnie. Bez tłumaczenia proszę: Dyrekcjo, bardzo proszę zadzwonić po pogotowie i przysłać mi kogoś do pomocy. Chcę zająć się dziećmi i zawiadomić telefonicznie mamę Nikodema. To prawdopodobnie atak padaczki. Pani Dyrektor bez komentarza wykonuje moje polecenia, ma przy sobie zawsze telefon komórkowy. Na szczęście! Pogotowie wezwane. Krzyk Ani poruszył całe przedszkole, więc tuż za Dyrekcją wchodzą zaniepokojeni nauczyciele. Pani Zosia poinstruowana przeze mnie przejmuje z moich rąk Nikodema. Proszę, aby czuwała nad chłopcem, a ja okrywam go kocem. Wołam dzieci do siebie i na tyle, na ile pozwala mi długość rąk, głaskam je i przytulam. Niektóre popłakują.

Już dobrze, jestem tu z wami, Nikodem zasnął, już nic mu nie grozi. Obiecuję. – tak bardzo chciałabym obiecać, a tymczasem przecież nic nie wiem, kompletnie nic.

Czuję jak oczy robią mi się wilgotne. Muszę teraz z nimi porozmawiać, muszę ich uspokoić. To trudne na ten moment, ale to też mój obowiązek. Przecież jestem nauczycielką przedszkola. Proszę, aby dzieci usiadły blisko mnie. Lecz niemal wszystkie wyciągają ręce w moim kierunku, zaczynają się przepychać. Dzieci, które są najbliżej mnie, same siadają mi na kolana, łapią za spodnie, chcą mieć pewność, że nie odejdę. One się boją – wypowiadam swoje myśli prawie na głos. Odzywa się we mnie mama, mam rok starszą córeczkę i rok młodszego syna. Chciałabym ich wszystkich przytulić. Rezygnuję z tej przejmującej bliskości i proszę, aby usiedli w kole. Widzę, jak za plecami stoi Pani Dyrektor. Po raz pierwszy nie wstydzę się przy niej swoich słów i nie czekam, aż opuści salę. Nie krępuje mnie jej obecność.

Nikodem i dzieci potrzebują się uspokoić – mówię bezpośrednio do wszystkich, którzy stoją w drzwiach sali. Dopiero teraz dostrzegam w ich oczach strach i kompletny brak reakcji.

Dyrekcja wychodzi mi na przeciw: – Proszę pań, proszę wracać do swoich sal. Pani Izabela już sobie poradzi. Zawołam was, gdy będę chciała poprosić o pomoc. Wracajcie do grup.

Uśmiecham się do niej, ale robię to raczej z konieczności i z racji swojej pozycji zawodowej. Lecz Dyrekcja wcale nie oczekuje ode mnie wdzięczności. Mam wrażenie, że w tym momencie jest moim partnerem.

Pani Izo, potrzebuje mnie pani jeszcze? Pójdę porozmawiać z lekarzami pogotowia i to ja zadzwonię do mamy Nikodema. Proszę się już tym nie zajmować. Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę przyjść w każdej chwili. – jej ciepły stosunek onieśmiela mnie. Są sytuacje w tym zawodzie, w których relacje Dyrektor – nauczyciel stają się mniej oficjalne; są dowodem na znaną i niedocenianą często prawdę, że warto działać razem. Tylko kiwam głową. Biorę głęboki oddech, patrzę na dzieci. Serce wali mi potwornie. Czuję się jakbym miała przed sobą nie lada gremium. Dlaczego najtrudniej jest mówić, używając prostych słów?

***
Dzieci przyjmują świat takim, jakim przedstawią go im dorośli. Jestem jednym z ważnych dorosłych w życiu moich wychowanków. Muszę mówić ich językiem, przekonać ich do osoby Nikodema. Dzieci uznają całe zdarzenie za mniej przerażające i oswoją się z Nikosiem, gdy dowiedzą się tyle, ile ja uznam za wystarczająco. Dzieci uznają go za kolegę, może nawet nie zaczną przezywać go dziwolągiem, jeśli tylko wyjaśnię im, co się stało. A stało się w ich małych główkach niewyobrażalnie dużo.

Moi kochani. Chcę was wszystkich pochwalić. Jesteście bardzo dzielni. Potrafiliście zachować spokój, gdy musiałam pomóc waszemu koledze. Dziękuję Ani za jej odwagę. To bardzo ważne, aby zawiadomić innych dorosłych w sytuacji, gdy wasza pani nie może opuścić sali. Chcę wam teraz opowiedzieć krótką historię.

Posłuchajcie:
W pewnej chatce żył sobie miś, który uwielbiał słodki miód. Każdego ranka wyruszał po miodek do pszczółek, które bardzo misia lubiły. Rozweselał je swoimi żartami i doceniał ich pracę. Ale miś różnił się od innych misiów. Gdy chodził na swoich łapkach, wciąż się o coś potykał. Pan kret wykopał sobie kretowisko. Zezłościł się na misia, bo miś wpadł w jego kopczyk i zniszczył całą pracę pana kreta. Wiewiórka obraziła się na misia, bo miś przewrócił się na jej starannie poukładane w koszyczku zapasy. A jeżyk obudził się, bo miś go nie zauważył i podeptał mu łóżeczko z liści. Zwierzątka nie chciały się z misiem bawić i szybko nazwały go: „misiem fajtłapkiem”. Miś fajtłapek był smutny, nie miał przyjaciół, bo stracił ich przez swoją niezdarność. Nie rozumiał, dlaczego jest inny. Nie podobało mu się jego nowe przezwisko. Mała mrówka poradziła mu, aby poszedł do sowy mądrej głowy. Ona wie wszystko i może misiowi doradzi. Tak też miś zrobił. Pani sowa oglądnęła misia dokładnie i powiedziała: – Nie jesteś misiem fajtłapkiem. Masz chorą łapkę. Spuchła Ci i dlatego nie możesz biegać. Boli Cię, prawda? Tylko nikomu o tym nie mówisz, bo nie masz przyjaciół.

Sowa wezwała na naradę wszystkich mieszkańców lasu. Ogłosiła: – Miś nie jest fajtłapkiem, potrafi chodzić tak jak wy i biegać szybko jak inne misie. Nie chce robić wam krzywdy, ale nie potrafi inaczej, bo ma chorą łapkę. Dałam mu lekarstwo, aby łapka całkiem wyzdrowiała. Ale zanim to nastąpi, miś może się przewracać, potknąć, coś rozsypać. To wy musicie mu pomagać, bądźcie więc uważni na niego. Nie pozwalam więcej nazywać misia fajtłapkiem, ale proszę was, abyście misiowi pomagali w zbieraniu zapasów, dzielili się z nim jedzeniem i zapraszali w gości.

Życie w lesie całkiem się zmieniło. Zwierzątka pomagały misiowi i zaprzyjaźniły się z nim. Bardziej zabezpieczały swoje domki i już nikt nie nazywał misia fajtłapkiem. Miś okazał się wspaniałym i pomocnym przyjacielem, był dobry dla innych i miał zawsze czas wszystkich odwiedzać, tak że nikt w lesie nie czuł się samotny.

Dzieci rozluźniają się, niektóre powtarzają z delikatnym uśmiechem: miś fajtłapek, miś fajtłapek. Zaczynają rozmawiać ze sobą, daję im chwilkę na pobycie ze sobą. Przerywam jednak:

Nikodem też jest chory. Tak jak miś. I tak samo nie jest fajtłapkiem, tylko waszym kolegą. Wy też czasem chorujecie. Bierzecie lekarstwa. Nikoś też bierze lekarstwa. Ale jego choroba wygląda tak, że nie ma siły stać na nóżkach i może się od czasu do czasu przewracać. Nikoś czasem źle się czuje. Tak jak dziś. Potrzebował mnie, abym przy nim była. Kiedy wy chorujecie to też chcecie, aby mama była blisko was, prawda? Nikoś jest zmęczony i musi teraz odpocząć. Pani Zosia pomoże mu wstać i zaprowadzi do mamy, która czeka na niego za drzwiami. Chodźmy do łazienki umyć rączki przed obiadkiem.

Daję znak pani Zosi, aby wpuściła lekarzy pogotowia. Zamykam drzwi od łazienki. Nie chcę, aby dzieci zobaczyły nosze i lekarzy, którzy Nikosia będą badać i zabiorą do szpitala. Zbyt dużo już dziś widziały. Dzieci mogłyby się wystraszyć. Pogotowie kojarzy im się ze szpitalem, z leczeniem, z czymś bolesnym. Nie wypuszczam dzieci, dopóki pani Zosia nie sygnalizuje, że już po wszystkim.

Dzieci wracają, podchodzą do zabawek, zaczynają się bawić. Zaakceptowały. Obserwuję je uważnie. Strach minął. Część z nich, zwłaszcza dziewczynki, jeszcze przychodzą się przytulić. Nie bronię im tego, czekam, aż wszystkie wezmą ode mnie to, co im się należy. Dziś i zawsze. Zasługują dziś na jeszcze więcej ciepła, mojej obecności, zainteresowania, uśmiechu. Zaczyna się gwar, pierwsze spory o zabawki. Po raz pierwszy chcę hałasu, tęskniłam za nim.

Muszę jeszcze się przygotować. Merytorycznie i emocjonalnie, spontanicznie i ze sporą dozą wyważonego dystansu. Po południu czeka mnie rozmowa z mamą Nikodema. Łatwo nie będzie. I jej, i mnie. Muszę się dowiedzieć:

Dlaczego nic nie powiedziała?

Ciąg dalszy nastąpi…

Przeczytaj drugą część: tutaj