26 dzieci. Moich dzieci. (cz. 1)

Dzieci o innym kolorze skóry i mówiące w innym języku
nadal pozostają dziećmi.
Ich świat w oczach rówieśników niczym się nie różni.
I to jest w małym sercu najpiękniejsze:
Ono patrzy tak jak Mały Książę: tylko sercem.

Przeczytaj drugą część: tutaj

Wciąż myślę o Ines.

Oj daj spokój, co się tak przejmujesz? Zdystansuj się! Ona jest inna, potrzebuje czasu. Nic dziwnego, że dzieci tak ją odbierają. Nie myśl o tym. To twoje dziecko?

I znowu ulegam swojej wewnętrznej nauczycielce, która zadomowiła się już na dobre w moim sercu i wierci się potwornie w ciasnym pokoiku emocji:

Moje. I jeszcze 24 pozostałych. Też moich – odpowiadam… i dodaję w myślach: plus dwa prywatne. To razem 26.

Nie mogę dłużej czekać, aż coś się wydarzy. I nie traktuję jej jakby była inna. Ines jest śliczna – ma inny kolor skóry – cicha i skromna, trochę zagubiona. Dzieci nie chcą zbliżać się do Ines. Boją się jej, odpychają od zabawy i uciekają przed nią. Dlaczego? Bo nie rozumieją, dlaczego jej wygląd różni się od jasnej skóry wszystkich pozostałych dzieci. Powinnam im wytłumaczyć. Ponadto różnice kulturowe są sporym utrudnieniem w kontaktach z rodzicami dziewczynki, mimo że oboje bardzo dobrze mówią po polsku. Podchodzą do mnie z ogromnym dystansem, są niechętni, gdy rozpoczynam rozmowę, prawie wcale się nie uśmiechają. Jeśli Ines mnie zaakceptuje – jej akceptacja i sympatia do mojej osoby mogą stać się pomostem pomiędzy mną a jej rodzicami. Bardzo mi na tym zależy. Jestem nauczycielką przedszkola, nie chcę dłużej czekać. Chcę działać.

***
Cały wieczór myślę nad tym, w jaki sposób wytłumaczyć dzieciom, że istnieje jeszcze „coś” poza progiem naszej sali i ogrodzeniem ogrodu, poza naszym miastem, poza naszym krajem… Mój wzrok błądzi po pokoju, myśli wirują wokół różnych przedmiotów. Co przyciągnie ich uwagę? Wyjaśnianie dzieciom, że Ines jest Azjatką i pochodzi z Azji Południowej to przecież za trudne. I nagle… mam! Mój wzrok zatrzymuje się na bombonierce czekoladek.


Moje małe wewnętrzne przedsięwzięcie

Proszę, aby dzieci usiadły w kole. Nikt nie chce usiąść obok Ines. Udaję, że tego nie widzę. Bardzo mi zależy, aby dzieci maksymalnie skoncentrowały się, aby całą uwagę poświęciły tylko mnie. Zdaję sobie sprawę, że Ines jest przykro. Rozpoznaję to po zgarbionych pleckach i szklanych oczach. Obawia się. Obawiam się, że ich uwaga rozpierzchnie się, gdy zacznę zmieniać im miejsca w kole. Ponadto podważę ich naturalną niedostępność dla tej dziewczynki, naruszę nietykalność ich emocji. Nie wolno mi tego wszystkiego robić, zanim nie użyję swoich argumentów ukrytych w pudełku czekoladek. Dopóki ich nie przekonam, Ines musi jeszcze trochę poczekać na ich przyjaźń. Wybieram więc ciszę, która dla nauczyciela jest jak jedyna i niepowtarzalna szansa.

Za chwilkę rozłożę w środku pudełeczka. Proszę was, abyście ich nie dotykali i nie zaglądali do środka. Wiem, że one was bardzo ciekawią, ale będą mi potrzebne. Obiecajcie mi, że nie będziecie ruszać ani jednego pudełeczka. Czy mogę na was polegać? – zawsze zadaję to pytanie swoim maluchom, czują się wtedy ważne. Coś sobie obiecujemy, coś cennego rodzi się wtedy pomiędzy nauczycielem a jego uczniami. To zaufanie w prostym, dziecinnym wydaniu. Nadal panuje wspaniała cisza w sali. Mam wrażenie, jakby dzieci przeczuwały, że to, o czym zaraz usłyszą, ma związek z ich nową koleżanką. Ines siedzi i nie ucieka od grupy. Ulega tej ciszy, którą dzieciaki tworzą razem i przez to już są bliżej niej. Tylko jeszcze kompletnie o tym nie wiedzą.

Obserwuję twarze dzieci. Zabieram głos od razu, ponieważ wiem, jakie mogą być reakcje dzieci na widok słodyczy. Ale o to mi chodzi na tych zajęciach: niech mocno pracuje ich wyobraźnia. Ignoruję niewielkie poruszenie. Doskonale wiem, że będą ciekawe, więc cisza spontanicznie do nas wróci. Miałam rację.

W naszym przedszkolu jest 5 grup: wy, średniaki, jesteście gospodarzami grupy słonecznej, obok starszaki zajmują salę czerwoną i zieloną, maluszki bawią się w sali różowej, a czterolatki w sali błękitnej. Wszystkie te sale znajdują się w dużym przedszkolu. Często odwiedzacie waszych kolegów z innych grup podczas różnych zajęć. A teraz spójrzcie na te pudełeczka. To są sale w przedszkolu. W nich bawią się czekoladki.

Siadam na dywanie i bardzo wolno zaczynam opowiadać bajkę:

Pewnego dnia przedszkole zamieniło się w ogromny świat. O poranku dzieci znalazły wiele przedziwnych miejsc, były to różne „kraje”, a żaden z nich nie był taki sam jak poprzedni. Jeden kraj był w górach, inny kraj znajdował się nad morzem, a w jeszcze innym przedszkolaki nie odnalazły ani mórz, ani gór, ale swoje domy. Dzieci były ciekawe jak wyglądają te wszystkie kraje i czy są tam przedszkola, jak wyglądają dzieci, które w nich się bawią. I wszyscy zaczęli odwiedzać się nawzajem. Dzieci przechodziły z jednego kraju do drugiego i bardzo się wszystkiemu dziwiły. Najdziwniejsze było dla nich to, że w tych różnych miejscach ludzie mówili innymi językami, inaczej wyglądali i inaczej się ubierali. Mieli też różne kolory skóry. W jednym kraju było gorąco jak w lecie, a w innym panowała wieczna zima. Gdy weszła do sali pani wychowawczyni, nagle wszystko zniknęło. Nie było śladu po licznych krajach, które jeszcze przed chwilą odwiedzały małe stópki dzieci. I żaden dorosły nie chciał uwierzyć przedszkolakom, że na dywanie zmieściło się tak wiele ciekawych miejsc, że każdy kraj był niepowtarzalnie inny i piękny.  A ludzie, którzy w nich mieszkali – też różnili się od siebie.

W pierwszym pudełeczku są czekoladki deserowe tylko brązowe. W drugim pudełeczku są cukierki w złotych papierkach. W trzecim – pralinki z galaretką w środku. Czwarte pudełeczko mieści w sobie same galaretki bez czekolady. W piątym – czekoladki mleczne w kolorze białym.

To jak kraje! Galaretkowy, deserowy, orzechowy, mleczny…  – Wiktor z wypiekami na twarzy wtrąca się tak niemożliwie sympatycznie, wciskając się pomiędzy słodkie zapachy unoszące się w naszej sali. I w moim sercu, bo na tę chwilę czekałam całe zajęcia:

Proszę, zajmijcie miejsca przy tym kraju, do którego chcielibyście pojechać.

Dzieci wstają z szeroko otwartymi oczami. Są niezdecydowane; siadają, to znów zmieniają miejsca. Nie pospieszam ich, tym razem nie proszę o ciszę. Pozwalam na śmiechy, na rozmowy, na spontaniczność, której nie da się wypracować. Ten uroczy gwar brzmi najpiękniej w najprostszej dziecięcej wersji. Obserwuję przyjaźnie. Dostrzegam liderów, którzy ciągną do „swojego” kraju innych im uległych. Nikt nie zostaje na krawędzi dywanu. Nawet Ines. Odnajduję ją, jak siedzi przy pierwszym pudełeczku wypełnionym pralinkami w kolorze czarnym. Siedzi tam jednak sama. Zalega cisza, gdy przechadzam się pomiędzy już utworzonymi przez dzieci małymi grupkami. A więc Ines nadal jest odsunięta, grupa nie włączyła jej do siebie… Zmieniam muzykę, zbieram myśli. Przeciągam moment, w którym Ines siedzi samotnie przy swoim pudełeczku czekoladek. Ironia sytuacji: dziecko siedzące przed pudełkiem słodyczy – rozczarowane, smutne, nieszczęśliwe – mimo że nie musi dzielić się z innymi. A więc nie udało mi przełamać bariery dzielącej dzieci od obcej im nadal dzikiej dla nich Azjatki, której dalej nikt spośród nich nie potrafi, nie chce polubić. Moja akceptacja i sympatia jej nie wystarczą. Ona potrzebuje zgody na jej „inność” od dzieci.

Chmurzy się, w sali roznosi się wyjątkowy, niepowtarzalny zapach ciszy przed wiosenną burzą. Wstaje jedna z bliźniaczek, Hania. Podchodzi do Ines i wyjmuje z pudełeczka jedną czarną czekoladkę. Następnie wraca na swoje miejsce i wyjmuje jedną ze swoich mlecznych pralinek. Na jej miejsce wkłada czarną. Ania, druga bliźniaczka, wraca do Ines i bierze ją za rękę: „chodź do nas” – mówi nieśmiało.

Jaki smak ma satysfakcja? Mleczny, orzechowy, deserowy, a może galaretkowy?

Jaki kolor ma zadowolenie? Lekko czerwony, nieco purpurowy, momentami zaróżowiony. To twarz Ines: rumiana, żywa, szczęśliwa.

Pani Izo, prawda, że Ines jest z deserowej krainy, a my jesteśmy z mlecznej?

– Tak, z naszej zabawy tak by wynikało. Ines przyjechała do naszego kraju, do Polski, bo jej rodzice chcą tu zamieszkać. Ines czasem się myli, gdy mówi po polsku, ponieważ dotychczas posługiwała się innym językiem. Wstydzi się i jest jej przykro, gdy się z niej śmiejecie. Porozmawiajcie z nią, na pewno nauczy was nowych słów. Tak samo jak wy, Ines chce się bawić, chce zdobywać nowe wiadomości, bardzo chce być waszą koleżanką. I tak samo jak was: będę ją przytulała, pomogę jej kolorować, wyjaśnię, gdy poprosi o pomoc. Ta dziewczynka jest z waszej grupy. I jest waszą koleżanką. Przyjmijcie ją do swego grona.

Bardzo ładnie rysuje! – wtóruje mi Małgosia.

Umie robić zwierzątka z plasteliny! – dodaje Kacper.

I ładnie porusza się, gdy tańczymy – dołączają się Ania i Hania. Czy to, że wychowują się razem, czyni je tak wyjątkowymi na tle grupy? Są niezwykle łagodne, pocieszają się nawzajem, rzadko mnie potrzebują. Są zaradne i bardzo wrażliwe na inne dzieci.

Ponownie zbieram rozproszoną uwagę dzieci:
Zasłużyliście dziś na nagrodę. Byliście bardzo grzeczni, cierpliwi i zainteresowani. Chcę was pochwalić i powiedzieć, że widzę przed sobą mądrych i koleżeńskich starszaków, którymi staniecie się już niebawem.

I pójdziemy do krainy granatowej?

Tak, Krzysiu – odpowiadam.

A czy Ines też z nami pójdzie? – pyta Zuzanka.

Zanim zdążę odpowiedzieć, Kacper zwraca się do mnie:
No pewnie! Zabieramy ją ze sobą!

Niech każdy z was odwiedzi jeden kraj i zaprosi jedno dziecko do swojego kraju. Jeśli zabraknie mieszkańców w kraju, który wybierzecie, udajcie się do następnego. I weźcie na drogę czekoladkę.

Do Ines ustawia się kolejka dzieci. Jej oczy błyszczą i nareszcie widzę, jak pięknie się uśmiecha.

Chyba nie muszę dodawać, że resztę czekoladek zjedliśmy na podwieczorek?