Dzieci, które są bite (cz. 2)

Przeczytaj pierwszą część: tutaj

Tak się zaczęło…

Na słowach: „złota jesień w promykach słońca” – unieście powoli obie ręce do boku, aż do momentu, gdy spotkają nad głową, a następnie wolno opuszczajcie je tą samą drogą na dół. Najpierw pokażę wam ja, po zakończeniu utworu dołączycie się wy. Zaczynamy.

Włączam muzykę, unoszę ręce do góry. Przez otwarte okno, z sali próbuje uciec firanka niesiona jesiennym wiatrem zwiastującym zimę.

I ten moment najbardziej utkwił mi w pamięci. Najboleśniej. Zachowanie tych dzieci przerosło moje zawodowe kompetencje. Jestem nauczycielką. Mam coś z dziecka. Na dnie serca odkładają się zawsze te rzeczy, których nie wolno, znaki zakazu, ostrzeżenia. Aby w przyszłości ich nie minąć, aby nie pozostać wobec nich obojętnym, aby im pomóc w pierwszej kolejności. Aby potrząsnąć ziemią. Aby ukoić ból.

Czyj?

Bitych dzieci.

Na miękkim, ciepłym, przygotowanym dnie mojego serca odłożył się ich strach.

Kuli się. Zasłania rękami. Jak pies, który boi się swojego pana, jak atakowane zwierzę. Mam do siebie pretensję, na którą nie byłam przygotowana. W tej sali zrobiło się stanowczo za duszno. Ta sala przestała być ostoją dla dwójki rodzeństwa, zareagowali identycznie, niepokojąco.

Widzę tylko sterczące kolana, w których idealnie zmieściła się cała głowa Natalki. Nie widać jasnych loczków, które budzą ogromny podziw jej koleżanek, marzących o bujnych lokach w kolorze złotej jesieni. Odsunęła się zbyt wymownie. Ta mała dziewczynka sprawiła, że poczułam się wykluczona z dziecięcego świata moich podopiecznych, w którym wybudowałam dla siebie pewne miejsce, w którym moje życie nabierało sensu i przyspieszało. Jest wystraszona. Zacisnęła mocno ręce na włosach, jakby miała zamiar ukarać siebie. Diagnozuję w myślach wszystkie nieprawidłowości rozwojowe, o których uczyłam się na studiach i podczas szkoleń. Z pośpiechu bierze się chaos. Tak nie wolno, to grozi pochopną oceną sytuacji. Więc co? Co to jest? Na drugim końcu sali w kąt wcisnął się chłopiec. Dzieci reagują milczącym śmiechem. Mimo to stoją bez ruchu, szukają odpowiedniego sposobu reakcji. Nie znajdują.

Szymku… Czy wystraszyłeś się czegoś? – pytam zwyczajnie, jakbym zbierała z nim kasztany nieopodal mojej dawnej szkoły. Kiwa głową. Niebawem egzamin z bycia przyjacielem. Postawili mnie przed nim Szymek i Natalka. Jakie pytanie mam postawić? Każde mi nie pasuje, każde wydaje się zbyt proste, niewystarczające i zbyt schematyczne! – ganię siebie za bezradność.

Nie podejdę, jeśli nie chcesz. Ale nic złego się nie stanie, zapewniam cię. – lękam się swoich gestów. Te dwie pourażane dusze przestały mi ufać. W ułamku sekundy. To jakbym brała do rąk motyla ze zranionym skrzydłem. Czuję się tak strasznie odpowiedzialna za kruchą, delikatną twarzyczkę Natalki. Jak ją wydostać ze ściśniętych kolan, jak znów zapracować na zaufanie? Patrzy na mnie 19 par oczu. Razem z Natalką i Szymkiem to 21. Razem tworzymy „oczko”. Jedność. Nierozerwalnie. To jak gra w karty. Ktoś przegrywa, ktoś wygrywa.

W tej grze wygraną są rodzice. Na razie. Do przegranych należą bliźniaki i ja. Od tej pory jestem częścią ich życia. Ona, jego żona, daje milczące przyzwolenie na to, co on, jej mąż, robi. „Zamiata pod dywan” brutalną codzienność.

Bliźniaki: Natalia i Szymon. Zdumiewające, jak identycznie reagują na jedną sytuację, jak jednakowo się boją.

Chciałaś uderzyć Natkę – Szymon siedząc w swoim kącie obsypuje mnie zarzutem, który ścina mnie z nóg… Podniosłam tylko ręce. Dla 19 dzieci uniosłam ręce do góry, do słońca, zinterpretowałam piosenkę. Śpiewałam ją w ten sposób na szkoleniu, w innych grupach, na przedstawieniach… Dla dwójki bliźniaków przeobraziłam się w…

Ich ojca.

***
Martynkę i Adasia oddałam w ręce babci. Moja mama pytającym wzrokiem pełnym troski i zaskoczenia odebrała moje dzieci z przedszkola. Przytuliłam ich i tylko poprosiłam: nie pytaj…

Tego wieczoru długo płakałam. Byłam gotowa. Chcę konfrontacji z tymi ludźmi, ucieknę się do ostatecznych rozwiązań, są przecież instytucje zajmujące się przemocą w rodzinie. Zaniedbanie to zbyt łagodny zarzut. Te dzieci są bite. Tak są wychowywane. Tak są uczone. Pamiętam słowa mojej mamy: Spotkasz się z wieloma sposobami, rodzajami i stylami wychowania. Nie neguj ich. Ale pamiętaj, że tylko jeden zaprowadzi cię do dziecka, które obdarzy cię całkowitym zaufaniem. To miłość. To jedyna droga, którą warto iść.

Proste. I tak bardzo skomplikowane zarazem. Bo miłość do dziecka jest wymagająca. Bo ta miłość wykracza ponad przeciętność. Jest niezwykła. Jest pomostem pomiędzy zranioną duszą a mądrym dorosłym.

To ja jestem tą nauczycielką, o której jest ta historia.

***
Nauczyłam ją mówić o tym, co czuje, czego się boi i czego pragnie. Nauczyłam ją być moją przyjaciółką. Gdy ją poznałam, była zagubioną, wystraszoną pięcioletnią dziewczynką. W czasie pobytu w przedszkolu dojrzewałyśmy obie do właściwych gestów, dojrzałych, kompetentnych w tej sytuacji słów, budowałyśmy zaufanie, aby potem oswoić marzenia. W przyszłości Natalka będzie kobietą, będzie miała swoją córeczkę. Szymek stanie się ojcem. W domu rodzinnym nauczą się przemocy, wbrew pozorom mamy więc niewiele czasu – pomyślałam. Musimy zacząć już dziś.

Matka Natalii i Szymona. Wypełniona melancholią jesieni. Zapomniała o obietnicy złożonej swoim dzieciom w dniu ich narodzin. Że będzie je chronić, że obroni przed złem, przed pazurami codzienności.

Jesteś nauczycielką przedszkola. Przypomnij jej o tym!

***
Poranek. Buty toną w nieodgarniętych o tak wczesnej porze świeżych liściach pomalowanych pędzlem jesieni. Chyba jesień zrobiła to nocą. Delikatny, ciepły szum wiatru zwiastuje ładną pogodę, chociaż o 6 rano trudno prognozować, jaki będzie dzisiaj dzień. No właśnie, jaki. Przybiegam do pracy wcześniej niż zwykle, drzwi otwiera mi pani Zosia. Jest zaskoczona tak wczesnym przyjściem do pracy kogoś, kto mieszka półtorej godziny od przedszkola.

Mam sporo do zrobienia, pani Zosiu – odpowiadam jej, jednocześnie zdejmując kurtkę już na schodach i pędząc do sali.

Nie widziałam pani! – słyszę jeszcze słowa pani Zosi, która doskonale odczytała moje intencje. Nie dopytuje, nie musi wiedzieć. Jej takt usprawiedliwia mnie i odpręża. Chcę być sama – przez jakąś godzinę.

Otwieram okno, ruda wiewiórka panoszy się po ogrodzie. Otwieram podręcznik psychologii, zaczynam czytać… Nie, tu nie ma czasu na teorię, aby tłumaczyć bliźniakom, że nie każdy jest zły i ma złe zamiary. Że nie każde uniesienie ręki jest pretekstem do tego, by uderzyć. Muszę zdobyć ich uwagę, połowę zaufania. O drugą połowę muszę powalczyć z ich mamą. Muszę układać cegiełki porozumienia pomiędzy nimi a mną, bardzo precyzyjnie i powoli. Jeden niewłaściwy ruch i wszystko runie. Jak domek z kart.

7:30
Szymek zapiera się w progu i rękami ściska futrynę drzwi. Natalka stoi krok za nim, niemal wyrywając mu kawałek koszuli. On, 40-letni mężczyzna ubrany w elegancką marynarkę, przygląda się całej sytuacji z nutką satysfakcji, mrucząc coś pod nosem, jakby całe zdarzenie brał za dodatkowy punkt dla swojego zachowania. Ona nie interweniuje, oboje nie starają się mi pomóc. Nie dociera do nich niepokój dzieci, tylko odbija się echem milimetr od stojących nieruchomo postaci. Mobilizuję wszystkie siły, kucam, staram się spojrzeć w sam środek ich serc. To najtrudniejsze zadanie, jakie postawiono mi na mojej zawodowej drodze. Przekonać Szymka i Natalkę, aby weszli do sali, aby mi zaufali, aby się mnie nie bali. Nie wyciągam rąk, choć same garną się, aby przywitać tych dwoje w serdecznym uścisku. Na razie, na ten moment jest to niemożliwe. Taka sytuacja powtarza się przez kolejne pięć dni. Każdy następny dzień rozpoczynamy długim milczeniem. Trwamy tak przez dłuższą chwilę, w zasadzie nie robiąc nic. Moja osobliwa bierność i spokój są identyczne jak wtedy, gdy dwie sarny przychodzą pod nasz dom, przyzwyczajone do resztek jedzenia, które im zostawiamy. Nie mogę spłoszyć tych dwojga. Nie teraz, kiedy wreszcie przestali się przepychać i stanęli wreszcie w progu. Stanęli. Nie chcę wykonać żadnego ruchu, a jednocześnie dzieli mnie do nich zaledwie dwa, może trzy kroki. Ktoś musi przerwać tę ciszę.

Cieszę się, że już przyszliście, koledzy na was czekają. Szymku, robiłam porządki w kąciku samochodowym. Chcesz zobaczyć, jakie znalazłam autka? Trzeba dopasować do nich przyczepy i bagażniki. Pomożesz mi w tym?

Szymon nieśmiało przekracza próg sali, ciągnąc za sobą Natalkę za rękę. Ona posłusznie idzie za nim.

Jestem już gotowa, aby wejść na scenę, na której aktorzy teatru dramatycznego grają pierwszoplanowe role. Pierwsza konfrontacja, wymiana zdań bez wsłuchiwania się w ich treść, bez dialogu. Zaczynam pierwsza:

Zauważyłam sińce na ciele Natalki i zaczerwienienia na plecach Szymonka. Jako ich nauczycielka mam obowiązek zapytać państwa, jaka jest tego przyczyna?

Przewrócili się na rowerze, jeżdżą jak szaleni to mają nauczkę! A tak w ogóle to po co pani takie informacje? Do czego to pani potrzebne?

Jestem ich wychowawczynią, martwię się o nich tak samo jak o każde dziecko z tej grupy.

Nie ma potrzeby, mamy kontrolę nad sytuacją, oni wciąż razem się wyścigują na tych rowerach, już im mówiłam tyle razy, że to się źle skończy.

Te sińce nie wyglądają jak obrażenia spowodowane upadkiem z roweru. Niepokoją mnie również niektóre zachowania Natalki i Szymonka, jakie mają miejsce w grupie wśród rówieśników. Bardzo proszę o spotkanie. Chcę z państwem porozmawiać.

***
Po co mam robić wstęp? To nie spotkanie towarzyskie, zresztą i tak nie spotkałabym się z tymi ludźmi nawet gdybym miała taką okazję. Dziś to spotkanie jest jedyną szansą. Na to, aby otworzyć im oczy. Bo są wciąż na wpół przymknięte. Taka poza? Nonszalancja? Zmęczenie? A może wstyd?

Proszę państwa, czy państwo stosujecie kary fizyczne wobec swoich dzieci? – pytam zupełnie naturalnie, choć w środku drżę i gęsia skórka zdradza moje napięcie.

Jak pani śmie! – krzyczy mi prosto w twarz. Jego oczy błąkają się po mojej twarzy, to znów po dekoracjach na ścianie, nie mogąc znaleźć sobie wygodnego miejsca.

Spodziewałam się takiej reakcji.
Dziwi mnie lękowa reakcja Szymona, jaka miała ostatnio miejsce na zajęciach. Dzieci wyraźnie boją się gestów i ruchów wykonywanych w pobliżu nich, odbierają tego typu zachowania jako atak na ich osobę i bronią się lub uciekają od tego typu sytuacji. Zachowanie dzieci obserwowała przez ostatni tydzień pani Anna, psycholog przedszkolny. Konsultujemy się ze specjalistą w sytuacjach, gdy coś niepokoi nauczycieli u wychowanków.

Jaka jest opinia pani psycholog? – jej twarz jest blada, na policzkach już nie ma śladu rumieńców sztucznie podkreślanych różem i mocnym pudrem. Spontaniczność – pięta Achillesowa. Jej spojrzenie wyraża wewnętrzny sprzeciw, a łza w kąciku oka cicho szepta: poddaję się…

Dzień drugi.
Chodzę w pobliżu Natalki, która siedzi ciasno przysunięta do stołu. Proszę, aby wszystkie dzieci narysowały swoją rodzinę. Rozdaję pudełeczka z kredkami. Dzieci korzystają z szerokiego wachlarza kolorów, jakie mają do dyspozycji. Pożyczają sobie, to znów kłócą się o kredki, Natalce są kompletnie niepotrzebne. Oddaje mi rodzinę narysowaną czarną kredką. Wszystkie postacie są czarne, dzieci na obrazku trzymają się za ręce. Rodzice są po drugiej stronie kartki, w środku są czarne kwiaty, nawet słońce i chmury są w kolorze czarnym.

Pokolorujesz swój obrazek? – pytam i pozostaję pod ogromnym wrażeniem wrażliwości tej dziewczynki.

Nie – pada krótka odpowiedź.

Dlaczego? – nalegam.

Bo w mojej rodzinie jest tak dużo smutku, że nie mogę narysować jej na kolorowo – i to powiedziała 5-letnia dziewczynka…

Oczy mam mokre i nie kontroluję już galopujących przez pastwiska bólu, własnych myśli. Wyciągam rękę w kierunku Natalki loków, aby je ułożyć w kucyk, gdy nagle ona ściska mi dłoń i każdy palec układa starannie na swoim policzku. Przekrzywia złotą główkę i czuję jak miękko mi pod dłonią od loków Natalii.

Do czego porównać można to uczucie? Do smaku najsłodszych truskawek w lecie? Do zapachu świeżo zerwanego bzu, do wygranej, stania na podium?

***
Gdy uda Wam się pewnego razu dostać od losu wychowanka z rozdartym sercem, bądźcie obok niego i czekajcie razem z nim. Na cud. Jedyne, co możecie zrobić, to milczeć i towarzyszyć mu w tej trudnej drodze. Bądźcie uważni i nie przegapcie momentu, kiedy się oswoi jak sarna, która wczesnym rankiem szeleści kopytami w zagrabionych liściach naszego ogrodu, niemal na wyciągnięcie rąk Adasia i Martynki…

Wiem, że chciałybyście zawiadomić policję, instytucje pomocy rodzinie, psychologa, specjalistów… Ja też chciałam poruszyć niebem i ziemią. Ale najpierw spróbowałam potrząsnąć światem tych dwojga dorosłych.

Czy pan zdaje sobie sprawę, że dopuszcza się pan przestępstwa?

Nieruchomieje. Po raz pierwszy widzę, jak jego sylwetka przestaje się poruszać, dźwięk kluczy od auta milknie, głośno upadając najpierw na podłogę.

Te słowa zakleszczają nas w pancerzu bezpieczeństwa, mnie, Natalkę i Szymonka. Już nic wam nie grozi, moi kochani. Stado przepięknych, lśniących, wolnych i szczęśliwych koni galopuje prosto na mnie, a ja stoję nieruchomo i cieszę się z tej niezwykłej chwili, są nareszcie wolne!

Wiem, co dzieje się w waszym domu, mam zeznania pana żony, która zgodziła się opowiedzieć mi o tym, że się pana boi. Sprawozdanie psychologa z rozmów z dziećmi przedstawia przerażające wnioski. Jeśli nie zaprzestanie pan stosowania przemocy wobec Natalki i Szymona, skierujemy sprawę do sądu rodzinnego. Pani psycholog poinformuje pana i pańską żonę o okolicznościach założenia „niebieskiej karty” członkowi rodziny, który stosuje przemoc wobec niej. Proszę zaprzestać swoich krzywdzących metod wychowawczych! Tu chodzi o dobro i bezpieczeństwo pańskich dzieci, którym odbiera pan dzieciństwo. Zastrasza pan swoją rodzinę i zmusza żonę do zmowy milczenia. Ale ona przerwała ten wygodny dla pana układ nierównych sił. Proszę pamiętać, że my już wiemy. I od dziś pańska żona i dzieci są pod naszą opieką. Cokolwiek pan zrobi, będziemy wiedzieć. I będziemy reagować. Proszę to przemyśleć.

Co czuł wtedy ten rosły mężczyzna w starannie wyprasowanej koszuli i odważnie rozwiązanym krawacie? Patrzył w okno, stał się nieobecny, rysy jego twarzy nagle zmieniły się w twarz kulącego się pięcioletniego chłopca, który dostał od swojego taty pasem.

Nauczycielka przedszkola ma ogromną, niepowtarzalną moc. Moc przemieniania świata na lepszy. Decydując się na ten zawód, decydujesz się na lot w kosmos. Bez grawitacji, bez punktu zaczepienia. Na początku musisz działać w pojedynkę, jesteś wychowawczynią dusz nie tylko dzieci, ale również ich rodziców. To zobowiązujące zadanie. Musisz ich okiełznać.

Zwracasz uwagę na to co ważne, oswajasz sarny, odwiązujesz z uwięzi piękne konie, kochasz. Potrafisz. Bo jesteś nauczycielką przedszkola.