Pomóż mi

Spróbuj zapalić maleńką świeczkę zamiast przeklinać ciemność.

Konfucjusz

***
Mój mąż przyjechał z Syrii. Znaliśmy się 3 lata. Potem urodził się nasz syn, Jeremi. I wtedy wszystko się zaczęło… – taki był początek historii o życiu pewnej kobiety w zielonej sukience.

***
Cały wieczór odpychałam od siebie i z wielkim hukiem zatrzaskiwałam bramy przed rolą, w którą weszłam 7 lat temu. Po raz pierwszy nie mogłam odkopać się nie spod sterty papierów, ale spod bolesnych cierni, którymi nakłute były słowa tej mamy… Po raz pierwszy zawód nauczycielki wtargnął do mojej dobrze chronionej prywatności. Usiadłam w pokoju Martynki i Adasia. Spokojnie spali, Adaś zabawnie pochrapywał. O tej porze ludzie na całym świecie zadają sobie pytanie: dlaczego? W sennych oknach tliły się dwie maleńkie lampki. A gdybym zapytała tego mężczyznę, ile jego dziecko ma lat? I czy jest gotowe na to, aby zostać żołnierzem? Ten mężczyzna otrzymał wielką szansę. Poślubił wspaniałą kobietę, może zbyt delikatną na realia jego okrutnej rzeczywistości. Chciała chronić dziecko. Ich dziecko. Wydarł jej z serca wszelkie nadzieje, z jakimi rodzi się kobieta i z jakimi umiera. Przyprowadził całą armię pod przywództwem bólu i pojmał swoją żonę w sidła wrogich wyobrażeń o swoim synu. Miał szansę. Pokochała go kobieta, z którą mógł budować idyllę zwyczajności. Taką najprostszą codzienność, która daje mnóstwo satysfakcji. Ona by go nauczyła, kim jest dziecko i pokazała, ile daje pięknej radości. Nie wykorzystał tej szansy. Skłamał. W moim zawodowym życiu rozpoczął się właśnie film, w którym przyszło mi wystąpić. Nie lubię telewizji.

***
Moją uwagę zwraca jedna mama. Ubrana w długą jasnozieloną sukienkę, ładnie komponuje się z jesienną dekoracją sali. To ona podeszła do mnie jako ostatnia. Rozglądała się. Wolała się upewnić, czy nikt nas nie słyszy. Gdy mówiła, ja prowadziłam dyskusję ze swoją wyobraźnią. Ona szkicowała w mojej głowie przyszłość jej syna. Jeszcze wtedy nie ogarniałam tych słów. Brzmiały obco i zbyt konkurencyjnie do rutynowego przebiegu zebrania:

…jeśliby do tego doszło, już nigdy więcej nie zobaczyłabym synka… – Te słowa nie pasowały do późnego popołudnia, ani do posrebrzanej szarości gołębi przylatujących na parapet okna…

Ta kobieta znalazła tu metę, na której nareszcie mogła zdjąć z pleców ciężkie oczekiwania. Zrzuciła połowę odpowiedzialności na moje barki. Chciała potwierdzenia, że będę po jej stronie. Niełatwo podejmuje się decyzje, gdy ma się w zanadrzu zaledwie swoje uczucia, niewymiarową wrażliwość i piętnastominutową historię. Nie pomagał jej cierpliwy ton, a moje zdenerwowanie spowodowane przedłużającą się rozmową potęgowało tylko ból głowy.

Czy pani mi pomoże? – zapytała mnie. Ważniejsze od pytań są okoliczności, w jakich zostały one zadane. Są czasem pytania postawione tak wiarygodnie, że kręci się od nich w głowie. I od wyzwań, jakie stawiają: jedynym i najważniejszym z nich był dla nas obu jej syn.

Mając zaledwie jeden wieczór, musiałam uporać się z falą niedoskonałych i obco brzmiących nastrojów, jakie mnie dopadły. Do dyspozycji miałam suche fakty, mocny makijaż kryjący obawę tej kobiety i rodzinny sekret. Gdy na osiedlu zgasły ostatnie latarnie, starałam się nabrać sił do całej tej sprawy.

***
Mamy monumentalne budynki, w murach których upychamy złość. Mamy dalece rozwiniętą farmaceutykę, ale mimo to chorujemy, bo odmawiamy sobie wielu zbyt drogich możliwości. Mamy ograniczenia, ale zamiast je zmaterializować, wykorzystujemy je przeciwko sobie. I wciąż szukamy czterolistnej koniczynki, która da nam więcej szczęścia. Chaotyczny bałagan panuje w ludzkich hierarchiach wartości. Mylimy znaczenia, nadajemy je niewłaściwym pragnieniom.

Czego pragnie Iza Milewska?

Czegoś nierealnego. Końca koszmaru zwanego wojną.

***
Następnego dnia wszystko wokół mnie było niespokojne. Chciałam budować barykady ze swoich wielkich domysłów i niekontrolowanych przypuszczeń. Uczucia nie były gotowe na czas: czaiły się z każdego zakamarka niewyspanej duszy. I ta oszukiwana wciąż przeze mnie odporność, która po przekroczeniu pewnej granicy zaczyna krzyczeć. W głowie nie było miejsca na tak emocjonalną inwestycję. W sercu tym bardziej. Ale myliłam się. Wysłuchałam historii tej kobiety od pierwszego słowa, którym wypełniła mój cenny czas. Mimo wszystkiego, co działo się za drzwiami, słuchałam. Nie mogłam odejść.

***
Milczeniem też można opowiadać. Milczenie potrafi być interesujące. A jakże jest wymowne. I jak mocno angażuje. W zaangażowaniu nauczycielki przedszkola, rodzic odkrywa nadzieję ogromnych rozmiarów. Słyszałam jej oddech przerywany westchnieniami najprawdopodobniej duszy. Widziałam splecione dłonie, w których wolno przesuwał się pasek od złotej bransoletki zegarka. Czas nie zatrzymał się w miejscu. Nadal rządził się swoim prawem organizacji rzeczywistości. Mojej również. Była 16:45. Zebranie dobiegło końca. Słyszałam, jak pani Zosia idzie po schodach. Znajomy dźwięk stukających po schodach drewniaków wskazywał na zbliżającą się niemałą katastrofę interesów nas wszystkich. Milczenie pomiędzy mną a tą kobietą miało charakter bardzo bezpośredni, było w nim dużo wzruszeń, których potem miało być jeszcze więcej. Była w tej niecierpliwej ciszy osobista nadzieja na pomoc, którą powinna otrzymać każda matka. Ode mnie, od Ciebie, od przyjaciółki, od nauczycielki jej syna.

Mój syn ma na imię Jeremi. Jest u pani w grupie. – Milczenie zostało przerwane. Pękła jakaś nić, która oplatała nasze dwa bliskie sobie serca. Oba niespokojne, dla siebie wyrozumiałe.

Ach tak. Jest trochę nieśmiały wobec rówieśników, ale to przecież jego pierwsze dni w przedszkolu. Moi podopieczni chodzili w zeszłym roku do jednej grupy, tylko Jeremi jest tu nowy. Ale proszę być dobrej myśli. Dzieci w tej grupie są bardzo koleżeńskie i jestem pewna, że życzliwie przyjmą go do swego grona. Pani syn z pewnością znajdzie nowych kolegów – trochę oficjalnie, trochę tradycyjnie, trochę pospiesznie. Na złotym zegarku 17. Na ściennym 17:03.

Słyszę ponowne stukanie na schodach, tym razem już nie chodaczków, ale zmienionych przez panią Zosię bladoróżowych szpilek, których dźwięk zabierał nam każdą sekundę. Być może najważniejszej chwili w życiu tej kobiety. Chwili, w której chciałaby powierzyć mi powód swego niepokoju, przyczynę czerwonych oczu skrywanych pod dużymi szkłami okularów przeciwsłonecznych, prawdę.

Jest tak wiele powodów, dla których chcę wykonywać swój zawód. A jaki jest powód rozmowy, którą ta kobieta niemożliwie przedłuża, dobrze wiedząc, że jutro też jest dzień? Rozumiem niepokój spowodowany przyjściem Jeremiego do nowej grupy, ale czy ktokolwiek zrozumie mój niepokój o Adasia i Martynkę, którzy o 17:03 są jeszcze w przedszkolu? Że są już zmęczeni i chcą do domu?

Chciałam panią prosić, aby nie wydawać Jeremiego z przedszkola mojemu mężowi. Tylko ja będę go odbierać w okolicach godziny 14.

– Rozumiem, że są państwo po rozwodzie i mąż ma ograniczone prawa rodzicielskie? Tylko na tej podstawie mogę spełnić pani prośbę. Czy dołączyła pani stosowne zaświadczenia do karty zapisu dziecka? Jeśli tak, poproszę Dyrekcję o kserokopię, aby ten dokument miały do dyspozycji również i moje zmienniczki… – mówię sztampowo, konkretnie. Denerwuję się.

Nie o to jej chodziło. To nie może być tak proste.

Mąż nie ma ograniczonych praw do mojego syna, chociaż bardzo bym tego chciała. Nadal jesteśmy małżeństwem i wiem, o czym pani mówi. Nie mam żadnych zaświadczeń. Mam tylko ogromną prośbę do pani. Obawiam się, że ojciec Jeremiego będzie próbował mi go zabrać.

Zabrać?! Zabrać można zabawkę, można dokumenty z pracy, można niepozałatwiane sprawy i pójść z nimi spać. Ale zabrać dziecko? Porwać?! – jestem już zmęczona… Denerwowałam się na zebraniu, byli wszyscy rodzice. Niektórzy razy dwa. 38 rodziców, u których po raz drugi starałam się wzbudzić zaufanie. Zebranie to dla mnie co roku ogromne wyzwanie.

Rozumiem, że istnieje konflikt pomiędzy panią a mężem. Ale nam nie wolno nie wydać dziecka opiekunowi prawnemu, nawet jeśli według pani mąż nie powinien odbierać chłopca. Pani mąż mógłby mieć do nas pretensje i to słuszne. Dla nas potwierdzeniem jest zaświadczenie z sądu. Tym bardziej, że zupełnie nie znam sytuacji ani powodów, dla których mielibyśmy nie wydać dziecka ojcu.

Słyszę jak Adaś rozpłakał się na dobre i umila czas mojej zmienniczce swoim głośnym, prowokacyjnym zmęczeniem.

Proponuję rozmowę jutro z samego rana. Czy może pani przyjść do mnie na spotkanie o 8 rano? Czy nie jest to kłopotliwa pora ze względu na godziny pani pracy?

Nie, nie… Mam prywatną działalność. Odpowiada mi ta godzina.

Zatem do zobaczenia jutro. Będziemy miały dużo czasu, aby spokojnie porozmawiać. Proszę pozdrowić Jeremiego.

Wchodzi pani Zosia i znacząco, za plecami mamy, pokazuje mi na zegarek. Zadowolona nie jest:
Pani Izabelo, na miłość boską! Jutro też jest dzień!!

Martynka też nie jest zadowolona. Tym razem słyszę ją, jak złości się z powodu nieudanego rysunku. Zmęczenie bierze górę. Nic dziwnego, jest 17:59. To ich trzynasta godzina na nogach. Moja czternasta.

Przepraszam, to moja wina – jednak słowa mamy Jeremiego nie usprawiedliwiają mnie ani w oczach pani Zosi, ani mojej koleżanki, która tylko rzuca mi przez ramię bezgłośne cześć…

Proszę pani… – zatrzymuję ją jeszcze przed drzwiami. – A z kim teraz jest Jeremi?

Z moją siostrą i jej rodziną. Będę jutro na pewno, pani Izabelo – odpowiada i patrzy na przylepione do mojej nogi dwa małe skarby.

Martynka, Adaś! Przebierajcie butki, idziemy do domu!

Do domu…

***
Powiedział do mnie stanowczo, że Jeremi wyrośnie w jego kraju na dobrego żołnierza, że wszyscy chłopcy w jego kraju idą na służbę. I że mogłabym być z niego dumna, że on by tego chciał. Tej dumy, tego widoku swojego syna z bronią w „silnych” rękach. Wiem, że chłopcy w Syrii są zabierani na służbę w bardzo młodym wieku. Wiem, że jeżeli Jeremi wyjedzie z tym człowiekiem, nigdy go już nie zobaczę.

Ta rozmowa otarła się o niepokój, strach i zagrożenie, którego do tej pory nie doświadczyłam w tym zawodzie. Były smutne. I ta kobieta, i jej historia. I wtedy zgodziłam się zainwestować w zupełnie nową dla mnie jakość, w przekraczającą granice rozsądku odpowiedzialność. Odpowiedzialność „z podszewką”, tak niemożliwie konsekwentną. Za Jeremiego i jego mamę. Wiem, że ten człowiek nadal jest ojcem. Ale ta nazwa już do niego nie pasuje. Ojcu nie wolno mieć w sobie aż tylu złych emocji. Dlatego będę odpowiedzialna za Jeremiego. Podwójnie, bo sama mam dwoje dzieci. Wyjątkową Martynkę i mądrego Adasia. Zatem moja odpowiedzialność będzie też wyjątkowa i mądra. Musi być jeszcze subiektywna i mocna w argumentach, aby przekonać Dyrekcję. A potem wszystkie koleżanki… i w końcu ją, moje 26 dziecko. Dwudzieste szóste miejsce zajęła w moim sercu. Jestem nauczycielką przedszkola. Zaopiekuję się jej smutkiem. Ten zawód zobowiązuje – nie zapomniałam.

***
Siadam do Internetu. Robię mocną kawę. Angażuję męża w wyszukiwanie wszystkich informacji na temat porwań dzieci do krajów objętych konfliktem zbrojnym, na temat prawnych skutków takich wydarzeń, szans odzyskania dziecka… Organizacji, które pomogą, które nie zostawią nas samych… Na całym świecie dzieci są wcielane do armii, walczą, są okradane z praw… Muszę działać, choć moje działanie to jak jeden świetlik w ciemności długiej nocy…

Czy ty się dobrze czujesz? – Mój mąż uważa, że za dużo pracuję. Reprezentujemy dwa różne światy. Całe szczęście, że mimo olbrzymich różnic, istnieją one blisko siebie…

***
Prawo. Bezwzględne. Nie dopuszcza emocji. Nie ma w nim miejsca na serce. Suche fakty. Jak je ominąć? Dowody. Żadnych.
Lęk. Jeremiego, matki, mój.

Dyrekcjo… Proszę o pomoc…

Pani Izabelo! Początek roku, a pani już bierze sobie na głowę kolejną sprawę… i jak znam życie, niełatwą.

Niełatwą Dyrekcjo, ma pani rację.

Słucham pani Izo, wie pani, że pomogę. Jeśli tylko będę mogła…
O co chodzi?

Czuję, że oczy zachodzą mgłą, a słowa drżą. Nie, nie teraz. Nie mogę dać się ponieść roztargnieniu, którym przywitałam wschód słońca. Nie spałam.

Ten chłopczyk ma na imię Jeremi… – opowiedziałam wszystko. Sucho, konkretnie, z dystansem. A może to błąd? Może tu potrzebne są właśnie emocje?

Ale nie mamy stosownych zaświadczeń, które ograniczałyby prawo dostępu ojca do syna, prawda?

Tak, ale ta matka obawia się o życie syna.

Dlaczego nie złoży sprawy do sądu?

Boi się… Dyrekcjo, może zorganizujemy spotkanie z organizacją zajmującą się takimi sprawami… Ale na terenie naszego przedszkola? Może oni przekonają tę kobietę do założenia sprawy rozwodowej? Może wyjaśnią, jak rozpocząć zbieranie dowodów? Może pomogą chociaż na razie ominąć prawo?

Dobry pomysł, pani Izo. Zobaczę co da się zrobić, podzwonię. To rzeczywiście poważna sprawa. Proszę do tej pory objąć Jeremiego szczególną opieką… Zresztą akurat pani nie muszę dawać instrukcji.

***
Po co się wtrącasz w nieswoje sprawy? To nie twoje życie. I w dodatku tak bardzo cię ono angażuje!

Owszem, nie moje. – Odpowiadam na pytanie Magdy, która z relacji koleżanek wie już niemal wszystko. Prawie wszystko.

Więc?

Jestem najbliżej dzieci, a one wymagają tego, aby je chronić. Chronię je, bo się do nich przywiązuję. Bo je poznaję, bo stają się dla mnie ważne. Bo kto znajduje się w pobliżu dzieci, powinien reagować. W jakikolwiek sposób, ale powinien zareagować. Zawsze. Szczęśliwe dzieciństwo to sprawa rodziców. Ale i nasza też. W przedszkolu zaczyna się druga część prawdziwej historii dzieciństwa. Równie ważna i piękna jak ta w rodzinnych domach. Ale nieraz spokojniejsza, stabilniejsza i emocjonalnie bardziej zrównoważona. Jestem nauczycielką przedszkola. Nie wolno mi się wycofać. Nie wolno mi czegoś zaniedbać. Nie w przypadku dzieci.

Bo je kocham. Bo też jestem mamą. Bo jestem za te dzieci odpowiedzialna. Bo ta odpowiedzialność nadaje mojej pracy
wartość i wyznacza cele. Spróbuj być nauczycielem przedszkola przez jeden dzień. A doświadczysz tej odpowiedzialności na własnej skórze. I poznasz sens, którego nie ma w żadnym innym zawodzie. Praca z dziećmi ma szczególne znaczenie. Kształtujesz ich osobowość, nadajesz rytm emocjom, wskazujesz kierunek postępowania, uczysz, odkrywasz przed nimi świat. Przygotowujesz do życia. Spróbuj tego, zasmakuj, poczuj. Spróbuj się z tym zmierzyć. A może się zdarzyć, że pokochasz ten zawód.