Ja nauczyłem się radzić sobie

Nie można zmienić kierunku wiatru.
Ale można inaczej ustawić żagle.

Beata Pawlikowska

***
Iza, widziałaś to?!

Iza, popatrz szybko… No proszę Cię!!
Magda szarpie mnie za rękę tuż przy drzwiach. Zupełnie jak dziecko, które chce czegoś natychmiast.

Wydzwaniam do ciebie, a ty nie odbierasz, spójrz!

***
Początek roku. Początek nowych wyzwań. Szłam do pracy i powtarzałam sobie:
„No, masz ukochane góry za sobą. Zostawiłaś w ich ciszy swoją ciszę, w której zgromadziłaś wątpliwości w kolorach 11 miesięcy. Nie jadą z tobą do pracy, zostały tam, są daleko. Przeciwności nie dosięgną twojej rosnącej motywacji do zmian, bo wciąż jeszcze „lecisz”. Bo masz w duszy skrzydła, które cię unoszą na wietrze pachnącym borówkami i łagodnym latem. Nie boję się więc swoich słabości, jeszcze nie teraz i jeszcze długo nie…”

Czyżby?

***
Godzina 11.53. Magda kończy pracę, ja zaczynam zmianę popołudniową.

Nie mogę oderwać wzroku. Zakrywam twarz ręką – zawsze tak robię, gdy coś mnie dziwi. Teraz obie ręce podświadomie otaczają buzię w szczelnym uścisku, jakby wolały uprzedzić krzyk. Przypominam sobie o tym podświadomym nawyku i pospiesznie odrywam dłonie od twarzy. Chyba rozbolało mnie gardło. Słowa utkwiły gdzieś w przełyku i sprowokowały nagły atak kaszlu. Czuję na sobie wzrok Magdy: jest w nim pretensja, żal i pytania. I bezsilność w pierwszym dniu pracy.

Widziałaś się z mamą tego chłopca? – pytam. Coś sobie obiecałam. A składanie obietnic wyklucza bycie niezdecydowanym. Więc wyjść z tej sytuacji już nie mogę. Jedyne co mogę, to iść dalej. Działać lub dopiero zacząć działać.

Co powiedziała mama? Coś musiała ci powiedzieć, czy mówiłaś o tym Dyrekcji? Czy ona „to” widziała? – w sekundę zasypuję Magdę pytaniami, na które nie nadąża mi odpowiadać. W mojej głowie natrętnie tłoczą się myśli. W progu sali czekają trudne pytania:
Co ten chłopiec ma na rękach?
Czy to jest zaraźliwe?
Co powiedzą inni rodzice? Co mam im odpowiedzieć, jeśli mnie zapytają?

Dyrekcja próbowała skontaktować się z mamą Antka telefonicznie, ale odpowiada w kółko poczta głosowa. Telefon ojca odebrał jakiś mężczyzna i powiedział, że pan Dariusz nie może podejść do telefonu, bo ma ważne zebranie. Oddzwoni później. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie zdenerwowany głos Magdy. Mam przeczucie, że ona coś przede mną ukrywa. Jej stonowany charakter wzburzył się niczym sztormowe fale. A niezmienna barwa twarzy przyjęła odcień mocno czerwony. Jej oczy zaiskrzyły jakby miała gorączkę. Jest jej wstyd.

 Magda, powinnaś chociaż zapytać… – dziwię się, dziwię, niewiele rozumiem…

Wiem… to żadne wytłumaczenie, ale akurat przyszedł pan Markiewicz, spotkaliśmy się w Łebie, nasze dzieci razem się bawiły… Mówił, że prześle mi zdjęcia i… – nagle urywa i nie patrzy na mnie.

I przyszedł Antoś z mamą? – kończę tę dyskusję o braku zainteresowania czteroletnim chłopcem, na twarzy którego dostrzegam lekki grymas. Przypuszczałam, że Magda będzie roztargniona w pierwszym dniu pracy, po prawie miesięcznej przerwie. Zbyt długo czekała na zachody słońca nad morzem. To ono otuliło ją słonecznym zapomnieniem o pracy. Wakacyjne wspomnienia nadal mocno trzymają ją w ramionach, w których teraz ona próbuje usprawiedliwić swój błąd. Niedopatrzenie? Roztargnienie? Nieuwaga? To takie nierozsądne ze strony mamy Antka i zarazem mało kompetentne ze strony Magdy. Zapach lasu i melodia świerszczy jeszcze długo wypełniały tę część mojego serca, która odpowiedzialna była za powrót do przedszkola. Cierpliwe góry i łagodna sympatia do dzieci tak stanowczo obecne w środku mnie, w samym środku nauczycielki. Te dwie miłości musiały pomieścić się w jednym sercu. Jak na złość mało w nim dzisiaj miejsca dla wspomnień…

Pracować zadaniowo, rozsądnie i z dystansem – to najpiękniejsze i zarazem najtrudniejsze oczekiwania wobec moich indywidualnych relacji z tym zawodem. Tymczasem… eh, życie przedszkolne… Pełno w nim rozsypanych emocji, które zbieram w tej pracy prawie każdego dnia.

***
Wciąż patrzę. Skóra na rękach Antka wygląda jak skorupa żółwia. Pomiędzy paluszkami widoczne są zadrapania i małe ranki, przeguby dłoni są mocno zaczerwienione… Zagłębienia łokci są mocno przesuszone i podrapane.

Są całe popękane… Magda, one są całe popękane…! Do jasnej cholery, jak mogłaś wpuścić dziecko do sali z takimi rękami i nie zapytać o nic matki?!! Kompletnie o nic!! – puściły mi nerwy. Mój przyjaciel Dystans chyba wziął dzisiaj wolne. Liczę do 10, doliczam do trzech:
Przepraszam, że się uniosłam. Ok, idź do domu, nie chcę zabierać ci czasu… Jutro pogadamy. Cześć.

Cześć – drzwi za Magdą zamykają się z trzaskiem, to wina przeciągu. A we mnie zamyka się jakaś ważna część, w której siła charakteru ustępuje miejsca okolicznościom, w jakich się znalazłam. Wcale silna nie jestem.

Pani Izo, ja już ze śniadankiem do was idę! – Pani Zosia widząc, że wciąż stoję przy oknie, próbuje zmotywować dzieci do sprzątania zabawek. Salę wypełnia charakterystyczny i przyjemny dla zmysłów zapach słodkiego kakao, który od siedmiu lat kojarzę z pracą. Moja silna motywacja zdobywana na szczytach gór, wolno wygasa. Miała działać inaczej niż u Magdy. Miała być wsparciem, wspomnieniem dobrych wartości, które w odpowiednim momencie zatroszczą się o moje zawodowe zakłopotanie. A w sali seledynowej pierwszego dnia po wakacjach wróciły emocje rozhuśtane do granic możliwości, zaczął się bałagan zabawek, uczuć i łez cisnących się pod dolną powieką. Tak wygląda poligon duszy, na którym toczy się walka przeciwieństw w towarzystwie zawodowych konieczności. Co działo się we mnie, gdy patrzyłam na te małe rączki czteroletniego dziecka? W moim szerokim pojęciu tolerancji zabrakło dziś miejsca dla mamy Antosia. Zabrakło zgody na sytuację życiową małego chłopca, na jego ograniczenia, jakim z pewnością musi ulegać każdego dnia.

***
Antoś posłusznie sprząta klocki, zbiera autka do pudełka i odkłada je na półkę. Nie boli go? Czy już się przyzwyczaił? Do czego? Do bólu? Dzieci zaakceptują każdą sytuację, nawet daleką od standardów dobra. Pod warunkiem, że sytuacja będzie miała miejsce w domu. Dom to azyl, to pewniak, z domem się nie negocjuje o miłość. Albo jest, albo jej zabrakło. Jestem nauczycielką przedszkola i znam swoją drugoplanową rolę: być tutaj jak mama. Nie mogę jej zastąpić, ale mogę zrobić wszystko co w mojej mocy, aby moja praca miała sens.

Antoś ustawia się w kolejce do łazienki razem z innymi dziećmi. Dla niego to całkiem naturalne. „Iza, a nie jest?” – pytam siebie cicho i pociągam nosem. Przeziębienie? Zwyczajnie robi mi się przykro. To wygląda na silną alergię, matka nie zostawiła żadnego płynu, mydełka tylko dla niego? Jeśli Antoś umyje ręce tak samo jak inne dzieci, mydło dostanie się do ran…

Jak boli inność? A jak boli zaniedbanie? A jak boli… wstyd? Wydaje mi się, że na tyle mocno, że sięga do najgłębszych granic wytrzymałości fizycznej, surowej, zdyscyplinowanej akceptacji. Myślę, że serce czteroletniego dziecka w przedszkolu wypełnione jest tęsknotą za mamą i tatą. Miłość do rodziców jest niepowtarzalna, nie wolno nam o niej dyskutować. Nie ma jednej definicji dla dziecięcych uczuć. Nie możemy wcisnąć w ramy jednego schematu miłości i punktować go. Dlatego trzeba zgodzić się na stan rzeczy taki, jaki jest i przyjąć go ze sporym dystansem. „Iza, ostudź emocje, uspokój zawodową adrenalinę, jesteś w pracy. A nie w domu tej rodziny” – powtarzam sobie. Otóż to, jestem w pracy.

***
Jakaś lista, czego on nie może jeść? Ale wtedy panie kucharki przysłałyby na tacy osobną kanapkę z karteczką, tak jak robiły to do tej pory, więc w kuchni mama też nie była. Chyba w piasku bawić się absolutnie nie może… Jeśli pójdę do Dyrekcji, ona wścieknie się na Magdę. Powinna dowiedzieć się od mamy, w jaki sposób należy dbać o Antosia w przedszkolu. Powinna!! Obowiązkiem jej, moim i każdej nauczycielki jest – pytać. Ale jeśli nie pójdę, cały niepokój niewiarygodnych rozmiarów spadnie na mnie. Co robić? Chcę reagować, tylko jak?

Antosiu, czy ty w domku masz swoje mydełko, czy takie same jak mamusia i tatuś? – to tylko dziecko. To aż dziecko. Wymaga najdelikatniejszego podejścia i najczulszych słów. Antoś ma duże brązowe, mądre oczy. Swoim ciepłym i bolesnym spojrzeniem przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Takie jak mama i tata, żółte i ładnie pachnie – nie jestem alergiczką. Czytałam, że mydło dla alergików ma obojętny zapach i kolor również. Ten chłopiec żyje tak jak jego rodzice, wmieszany w tłum, wciśnięty w swoją alergiczną rzeczywistość zbyt mocno i naturalnie, aby mógł zrobić wrażenie na najbliższych… Pamiętam mamę Hani. Rok temu czekała na mnie w holu szatni, aż przyjdę do pracy. Czekała długo, bo w rękach miała listę zabronionych przez lekarza pokarmów, których Hania jeść nie mogła. Każda z nas postąpiłaby tak samo, rodzice zwykle ustawiają się w kolejce i cierpliwie czekają, aby tylko choć dwa słowa przekazać nauczycielce o swoim dziecku… To takie naturalne, może nie dla wszystkich?

***
Zatem czas usprawiedliwić przyjaciółkę. Matka nie miała żadnej sprawy do wychowawcy grupy, tylko wpuściła Antosia i uciekła… A chłopiec przyjął właściwy instruktaż, jak najsprytniej przemknąć do sali. Znam Magdę i jestem pewna, że gdyby widziała stojącą w progu mamę, przerwałaby towarzyską rozmowę. Przeplatają się sytuacje, które mogłyby mieć miejsce, ale które się nie wydarzyły. I wciąż nierozstrzygnięty spór o to, kto zawinił? Nie ma czasu na to, aby sekundować. Dlaczego w ogóle zabieram się do zmiany status quo tej rodziny? Skoro tak jest dobrze? W głowie aż roi się od domniemanych racji, niesłusznych opinii, subiektywnych poglądów na temat alergii… Tak mało jeszcze wiem i tak wiele muszę się jeszcze nauczyć…

Mało nas, mało nas, małych krasnoludków
A do tańca, a do tańca brakuje Zosi butków… – zaczynam organizować życie grupy trzeciej… Moją piosenkę podchwytują dzieci i w jedną chwilę zaczynamy śpiewać wszyscy razem. Wypełniam tę chwilę obawą. I każdą następną. Obok mnie stoi Antoś i patrzy. W jego oczach jest wszystko: sympatia, ból, niezwykła pogoda i piękno ducha zarezerwowane włącznie dla jego 4 lat. On nauczył się żyć z alergią jak z kolegą, ale czy ta przyjaźń oparta jest na równych prawach do życia w pełnym jego wymiarze?

Biorę Antosia za rączkę. Powinno się czuć miłą, gładką piąstkę, która kokosi się w dużej i opiekuńczej dłoni dorosłego. Nic takiego nie czuję. Za to przenika mnie dreszcz od szorstkości opuszków palców, którymi muska mnie po przegubie dłoni. To uczucie wcale nie łaskocze. Prowokuje do wyjścia z sali i wszczęcia walki o prawa dziecka. Bez myślenia o konsekwencjach. Dlaczego tak agresywnie atakuje zmysły i wrażliwą część serca? Nauczyciel przedszkola słyszy, co skrywają dzieci w swoim milczeniu. W ciszy Antosia ukryte było zadowolenie. Wbrew wszystkim pozorom tego świata.

W kole panuje atmosfera beztroskiej więzi łączącej w wyjątkowy sposób wszystkie dzieci w grupie. Żadne z nich specjalnie nie reaguje na ręce Antka. Są weseli, żywi i szczęśliwi, są nareszcie razem. Bycie w grupie ma tę ujmującą zaletę, że łatwiej jest przejść obok tego, co niezrozumiałe. Powinnam wejść w ich radość, poczuć na policzkach tę purpurową energię i cieszyć się. Z całego serca, tak ze środka siebie. Zbyt mało wiem, aby osądzać tu kogokolwiek. Może na alergię Antosia nie ma lekarstwa? Może oczekuję czegoś, co jest w moim wyobrażeniu na wyciągnięcie ręki, a w rzeczywistości tej rodziny – nieosiągalne. Brakuje faktów. Poczekam na rodziców Antka. Chcę im powiedzieć, że się martwię… Po pierwsze muszą nauczyć się współpracować. Antoś podchodzi do mnie i obejmuje, widzę dwie małe rączki oplatające mnie miło i niezdarnie. Głaszczę je i nie umiem pomóc… fatalne uczucie. Antoś wpatruje się mnie, jakby chciał mi powiedzieć:
„nie myśl o mnie tyle, baw się ze mną, bądź! Tak zwyczajnie. Ja nauczyłem się radzić sobie. Popatrz, jak tu jest fajnie!”.
Jego oczy są radosne, nie wiem jak czuje się jego serce i czy ma jakąkolwiek pretensję.

***
Jestem nauczycielką przedszkola. Nie będę ingerować w świat na dywanie, nie śmiem naruszać hierarchii wartości, którą dzieci same sobie ustalają. Z dala od moich wychowanków, nie rujnując porządku ich osobistych uczuć, na boku rozwiążę problemy dorosłych. Nie wydostanę Antosia ze szponów alergii. Ale mogę zmniejszyć ograniczenia do minimum, jeśli będę tylko znała ich uwarunkowania. „Inaczej ustawię żagle” i razem z Antosiem złapiemy wiatr. Lecz aby ruszyć z miejsca, potrzebuję sojuszników. Potrzebuję współpracy z rodzicami. Ja swoją przystań otworzyłam, czekam aż na przeciwległym brzegu rozpali się dla mnie zielone światło…

Czekamy oboje. Antoś i jego nauczycielka. Zbliża się 17. Proszę, zapraszam do dyskusji…