Wysłuchaj jej, nie stracisz

Dlaczego ona tak się zachowuje?
Czy ona aż tak mnie nie lubi?

***
Sztampowy problem. Ale emocje towarzyszące tej sytuacji odkładają się jak nieświeże ciasteczka. Niby słodkie, a grożą zatruciem. Czy czułyście się kiedyś chore? Boli głowa, gardło, mięśnie… Znamy to nieprzyjemne uczucie. A gdy boli serce? To nerwy – usłyszysz, przestań się stresować – będą nalegać lekarze; zwolnij, weź coś na uspokojenie. Ale serce to nie gardło. Nie wyleczysz za pomocą aspiryny.

***
Godz. 9.30.
Staram się mówić spokojnie, ale drżenie podbródka zdradza zdenerwowanie:

Proszę pani, mam kolejną ogromną prośbę. Miałam nadzieję, że ostatnim razem zrozumiałyśmy się. Dziecko, które jest zapisane na śniadanie, powinno być przyprowadzane do godz. 8.30. W wyjątkowych sytuacjach można poinformować nas telefonicznie, że przyjdziecie później i zatrzymamy śniadanie dla córeczki. Czy ma pani numer telefonu do naszego przedszkola? Na wszelki wypadek zapiszę pani, proszę – podaję jej małą karteczkę z numerem telefonu, na który wiem, że i tak nie zadzwoni. Elegancka, z porządną skórzaną torbą na laptopa w lewej ręce. Srebrna sprzączka na uchwycie torby mieni się w leniwym jesiennym słońcu. Niby czas biegnie truchcikiem do przodu. A we mnie sporych rozmiarów napięcie, niemały kocioł.

Proszę pani, ja też pani coś powiem. Mieszkamy daleko i sporo czasu zabiera nam dojazd. Ja nie jestem zobligowana w pracy godziną, na którą muszę być w biurze. Jestem dyrektorem firmy. No ale to nie ma nic do rzeczy – odbiera komórkę, jest świetna, z jaskrawo rażącym wyświetlaczem.

Oczywiście, że nie ma! A ja jestem nauczycielką przedszkola. To ma o wiele większe znaczenie – dyskutuję z nią w swoim ciepłym i słodkim milczeniu. Jak dobrze, że ludzie nie potrafią czytać cudzych myśli.

Do godziny 9 nauczycielki sporządzają raport żywności, to znaczy zapisują pani intendentce ilość dzieci obecnych i zapisanych na poszczególne posiłki. Jeśli wpiszę pani córeczce nieobecność, będzie to oznaczało, że jeśli przyjedziecie dużo później, Ania nie dostanie obiadu.

Czuję się jak komornik, który wchodzi do czyjegoś życia bez zapytania o konsekwencje.

Oj, robicie problemy tam, gdzie ich nie ma! Przecież przedszkole jest czynne niemal cały dzień, chyba do…

17, proszę pani. – Kończę w razie pojawienia się niewygodnych wątpliwości.

No właśnie, więc nieważne, kiedy przyprowadzę Annę, zawsze jakaś przedszkolanka tu będzie, prawda? Chyba dyżurujecie na zmiany, z tego co zdążyłam się już zorientować? No to coś tam do jedzenia chyba dostanie? Rany boskie, w końcu pracujecie z dziećmi, prawda!? Pani Katarzyno, jaki problem?

Mam na imię Izabela…

Najmocniej przepraszam, no dobrze lecę już, bo ta rozmowa do niczego nie prowadzi. To buziaczek Aneczko, zjedz śniadanko, mamusia przyjdzie o 17… Cześć kochanie! – I znika. Tak zwyczajnie.

Nie sposób opisać w prosty sposób komuś, kto nie pracuje w naszym zawodzie, jak różnorodnym stanom emocjonalnym musi stawić czoła nauczycielka. Na jak silnych wodzach musi utrzymać swoje racje, które boleśnie ciągną do ust spadających z księżyca rodziców. Jesteśmy zmęczone ciągłym powtarzaniem tego samego. Nie mamy wewnętrznej siły, aby wychowywać jeszcze rodziców. My musimy mieć energię dla dzieci, z 25-krotnym doładowaniem! I nie lubimy, kiedy nazywa się nas przedszkolankami. Dlaczego nasze zasady nie są traktowane poważnie? Dlaczego ta kobieta się ze mną nie liczy? Ania o dużych granatowych oczach patrzy na mnie i kąciki jej ust opadają jak na zawołanie, aktorsko przyjmując dziecięcy, bladoróżowy grymas.

Dlaczego ona tak się zachowuje wobec mnie, wobec własnej córki? Czego pragnie nauczyć ją w ten sposób? – moje myśli, choć posłusznie milczące, zdają się błądzić po twarzy, szukając ust, aby nimi wreszcie poruszyć.

Ania nie chce wejść do sali. Wie, że mama nie powinna tak się zachowywać. Ale nie ma na to wpływu. Ona gdyby mogła, przybiegłaby do przedszkola, a teraz wstydzi się. Jej chudziutką sylwetkę zgrabnie wchłonął krajobraz holu, sprytnie wykorzystując moją dwuminutową złość. Ta chudzinka wcisnęła się pomiędzy szafki w szatni. Tam chciałaby schronić się przed całym światem dorosłych. Mała, mądra, śliczna dziewczynka otwiera buzię i starannie układa palec na ustach, prosząc mnie o dyskrecję. Nachylam się nad nią, ale szafki utrudniają mi dotarcie do jej uczuć, być może wstydu i naturalnego w tej sytuacji gniewu. Teraz to obecne napięcie dzielimy obie pomiędzy siebie. W pustej szatni, na parapecie okna, kuli się mądra dziewczynka. Jej spłoszone i ciche serduszko wzruszyło mnie i zauroczyło jak schronisko duszy w karkonoskiej Samotni…

I nagle usłyszałam słowa odwróconych gwałtownie ról:

Przepraszam cię, pani Izo, za moją mamę…

***
Kiedy Martynka spóźniła się do szkoły całe 6 minut, 4 minuty wcześniej, kiedy biegłyśmy przez osiedle, uczyłam ją czterech słów: przepraszam bardzo za spóźnienie. Kazałam jej przeprosić panią, gdy tymczasem to była moja wina. Mogłam wyjść wcześniej, mogłam wybrać wcześniejszy autobus. Czułam się fatalnie, bo wraz ze słońcem obudziłam w niej niepokój. A po południu, w pudełeczku na drugie śniadanie znalazłam nietknięte kanapki.

Było mi wstyd, mamo. Kiedy weszłam, wszystkie dzieci siedziały już na swoich miejscach, a ja stałam na środku. Wszyscy się na mnie patrzyli, a ja chciałam wybiec z klasy – Martynka przeżyła to pierwsze spóźnienie, bo na swoim poziomie jest odpowiedzialna. Bo wie, jakie to dla pani ważne, aby zacząć punktualnie lekcje. Bo zawiodła swoją panią, ukochaną i najważniejszą panią w życiu.

Dwie wspaniałe dziewczyny: Martynka i Ania. Obie nie zawiodły swoich pań. Wbrew pozorom to trudne, aby je do tego przekonać.
Wiecie, że w sercach dzieci jest dużo miejsca na lojalność? I to jest piękne.

***
Aniu, nie jestem na ciebie zła i to nie ty powinnaś mnie przepraszać. Wyjdź proszę z tych szafek, bo ja się do ciebie nie zmieszczę, ale mam pomysł: wypuszczę powietrze jak balonik i wcisnę się do ciebie! – Ania zaczyna się śmiać i jej przezroczyste łzy zarażają moje oczy chorobą, która dotyka nauczycielki przedszkola i wytrąca z równowagi: współodczuwanie, czyli empatia w za dużych butach.

***
Znowu to samo! Przy numerze 24 zatrzymuję się i nerwowym ruchem ołówka wpisuję nieobecność, za sekundę marzę gumką i wpisuję kropkę. I tak z 15 razy. Od września mam ten sam dylemat: obecna? Nieobecna? Jak tykanie zegara te dwa pytania testują moją cierpliwość, mijają się w progu, by potem znów zatoczyć koło i zacząć swój denerwujący taniec od początku. Wpisuję nieobecność. Ostatnio sporo dzieci chorowało. Nie wykluczam, że Anię również rozbolał brzuszek. Jest 9.43. Już dawno po śniadaniu. Ostatnia sporządzam raport żywności. Muszę zaczynać zajęcia… Nie mogę czekać tak długo, całe przedszkole nie będzie czekać…

***
Widzisz? Więcej nie możesz tak się guzdrać! To twoja wina, musisz szybciej zbierać się rano, bo jak jeszcze raz przyjdziemy 5 minut później, twoja pani nie wpuści cię do przedszkola!

Gotuje się we mnie. Wewnętrzna walka rozgorzała już na dobre. Chyba zbyt dosłownie te słowa godzą w moje macierzyńsko – zawodowe serce. Emocjonalna bitwa pomiędzy kulturą serca a zbyt dosłownym pragnieniem argumentowania swoich racji. To parodia ludzi doskonałych! Ona – zawsze w zorganizowanym i wyniosłym porządku. Obie ręce zajęte: w lewej, (w skórzanej torbie) centrum zarządzania ludźmi, w drugiej pięcioletnia Anna. Na ustach oprócz mocnej szminki – oskarżenie małej jasnoróżowej buzi, nieco zabawnej z zadartym nosem.

…będziemy wpisywały z koleżanką obecność Ani niezależnie od tego, czy pani powiadomi nas telefonicznie o jej nieobecności. Tak będzie bezpieczniej, w razie gdyby pani jednak przyprowadziła córeczkę bez powiadomienia nas o spóźnieniu. Właśnie dzisiaj sytuacja taka ma miejsce. – Podczas gdy ona drwi z naszego rozkładu dnia i nie dostrzega w nas nauczycielek… ja mimo wszystko muszę zachować dobre samopoczucie, które w smaku nie przypomina deseru z kremem, nic a nic.

Chyba pani nie sugeruje, że będę płacić za te dni, kiedy mojej córki nie ma w przedszkolu! Jestem oburzona pani propozycją. Chcę rozmawiać z Dyrekcją! Jak pani ma na imię? Aha, Katarzyna…

A ja jestem oburzona pani brakiem taktu! Niech się pani wstydzi – milczę sobie powoli i konsekwentnie.

Dzień dobry, pani Izabelo – Dyrekcja dostrzega mnie wychodząc z Kancelarii. Nie pozwalam jej nas minąć, patrzę z piorunującym niepokojem. Potrzebuję jej potwierdzenia. Wierzę w telepatyczną, niewerbalną więź łączącą Dyrektora i nauczycieli przedszkola. To jak bezsłowna konkurencja dla rodziców, którzy widzą nas na najniższym szczeblu priorytetowania zawodowego, uznania społecznego i nie czynią nas nauczycielkami. Nie muszą. Bo my już nimi jesteśmy, stałyśmy się nimi w momencie, gdy podjęłyśmy decyzję o tej pracy. Każdego dnia dzieci utwierdzają nas w tym, że dobrze wybrałyśmy. A my z dziećmi liczymy się najbardziej. Zielone okulary pani Dyrektor nadają dodatkową rangę słowom, wypowiadanym z wielką obietnicą konsekwencji za zakłócanie spokoju placówki.

Dzień dobry, dlaczego zatrzymuje pani nauczycielkę? Jest godzina 10 i w tym czasie powinny odbywać się zajęcia. Dlaczego pani córka jeszcze nie jest na górze? Do rozmów indywidualnych z nauczycielami służą dni otwarte. Chyba została pani poinformowana o terminach spotkań? Proszę już nie zakłócać pracy pani Izabeli, ona jest w tym momencie potrzebna dzieciom dużo bardziej niż nam.

Co to za instytucja! I wy zajmujecie się dziećmi! Kto by pomyślał!? – sięga po komórkę rozkrzyczaną do granic możliwości. Podobno jaki telefon, taki właściciel… cóż.

Pani Dyrektor, spóźnienia pani Wrońskiej notorycznie się powtarzają. Do tej pory nie otrzymaliśmy żadnej informacji, że Ania przyjdzie później. Proszę o pomoc w znalezieniu drogi porozumienia.

Oczywiście pani Izabelo, zajmę się tym. Proszę spokojnie wracać do grupy, a panią zapraszam do Kancelarii.

Ale ja nie mam czasu… – uparcie potwierdza to dźwięk telefonu wibrujący na dnie torebki.

Czy zdaje sobie pani sprawę, że warunkiem korzystania z naszego przedszkola jest podporządkowanie się regulaminowi Statutu, a ponadto uszanowanie zdania nauczycieli? Coś mi się zdaje, że pani coś przeoczyła. Pani Izabela wykonuje swoje obowiązki bez zarzutu i dlatego dziwi mnie pretensja, jaką prezentuje pani w holu szatni i to nie pierwszy już raz. Obserwowałam pani zachowanie w ostatnim tygodniu i proszę mi wierzyć, dziwię się pani Izabeli, że dopiero teraz poprosiła mnie o interwencję. To znakomity nauczyciel i nigdy nie miałam skarg pod jej adresem. A organizacja dnia w przedszkolu to już z pewnością nie sprawa nauczycieli, tylko moja. To ja ustalam porządek zajęć i harmonogram posiłków. Jeśli chciałaby pani okazać swoje niezadowolenie lub zgłosić jakieś nieprawidłowości, proszę bardzo. Jestem do pani dyspozycji.

Obie znikają za drzwiami Kancelarii. Za nimi znika piekąca obawa, że zabraknie mi tych właściwych słów zwanych argumentami, które przekonałyby tę kobietę do uznania racji innych niż czubek jej własnego nosa.

Czasem nie potrafię zrozumieć Rodziców. Stoją na stanowiskach, wyróżnia ich bogate doświadczenie, posiadają życiową wiedzę. Mimo to ich osobiste intencje przerastają granice porozumienia z nauczycielem ich dzieci. Nie doceniają nas, rzadko przyznają nam rację, częściej szukają dowodów na nasze potknięcia, dopatrując się w nich nieuzasadnionych powodów naszej niechęci aniżeli przypadku. Trudno być nauczycielką przedszkola w dobie smartphonów i tabletów. Te wszystkie udogodnienia porządkują życie nowoczesnych mieszkańców planety e-Ziemia. Na mecie wyścigów za lepszym modelem życia siedzi, wciśnięte w cztery ściany marzeń, dziecko w wieku przedszkolnym. Słyszy nasze telefoniczne rozmowy, pośrednio uczestniczy w świecie, który jeszcze parę lat temu był dla niego niedostępny. A rodzice? Współcześni zawodnicy biegu o trofeum pieniądza. Dwa różne, kompletnie wyizolowane światy, które od lat próbuje godzić nauczycielka, stojąca najniżej w hierarchii rodziców i najwyżej w codzienności dziecka. Gdyby w loterii życia ludzie wygrywali wartości zamiast pieniędzy, nie wiedzieliby, co począć z wygraną. Chociaż nie wymagałaby opodatkowania, nie przedstawiałaby sobą zbyt wysokiej ceny. Nie cieszyłaby tak intensywnie i nie byłaby znacząco praktyczna. No bo po co ludziom taki na przykład szacunek? W pędzie współczesnego życia nasza dusza zamyka się na współpracę, a umysł nie dostrzega porządku otaczających nas rzeczy.

Kto otworzy rodzicom oczy? Kto otworzy im serca? Kto szepnie: posłuchaj jej, nie stracisz.

Chciałoby się powiedzieć: Rodzicu…
nazwij ją jak chcesz: nadęta, belfer, mądrala, nudziara… Ale spójrz na nią. To nauczycielka Twojego dziecka. Nauczy je wiele, podczas kiedy Ty nie będziesz mieć na to czasu. Wysłuchaj, co ma do powiedzenia, bo mówi w interesie Twojego dziecka. Czyż ono nie jest dla Ciebie najważniejsze? Nauczycielka przedszkola jest bardzo ważna dla Twojego dziecka. W takim razie ona też powinna stać się dla Ciebie ważna. Postaraj się więc, aby jak najszybciej dołączyć do tego fantastycznego duetu. Twoje dziecko kocha swoją nauczycielkę, Ty kochasz pieniądze. Więc jeśli oczekujesz, aby dziecko podporządkowało się Twojej miłości, Ty okaż zainteresowanie temu, co ono kocha tak bezwarunkowo: przedszkole, jego drugi dom. I daj się ponieść tej nowej fascynacji, a zyskasz wiele od swojego dziecka. Wzajemność zobowiązuje. Rozmawiając z innymi i poświęcając im swój czas – uczysz. To jakbyś podarował swojemu dziecku prezent, a w nim szacunek przewiązany czerwoną kokardą.