W oczekiwaniu na Świętego Mikołaja

I tylko mnie nie strasz, że mojej duszy zabraknie siły i odwagi.
Tylko nie kąsaj niedowierzaniem.
Jestem nauczycielką przedszkola.
Nie boję się odpowiedzialności.
Zawsze mam jeszcze ramiona.
W ostateczności i gdy zabraknie słów.

***
To niemożliwe, aby tym razem się nie udało. Robisz to od lat, jesteś specjalistką w łapaniu za ogon wrażeń wielkości słonia i ukrywania ich w kruchej porcelanie swojego charakteru. Nie pierwszy raz bierzesz udział w tym znakomitym spisku ze Świętym Mikołajem. Co roku starasz się, aby ten dzień był najpiękniejszy. Ale oprócz tego, że jesteś nauczycielką ich dziecka… Jesteś jedną z wielu osób, która mija tych ludzi na ulicy, która stoi za nimi w kolejce i która jest tak samo milcząca w tramwaju linii 52… Dla nich jesteś przerażająco anonimowa. Jak Mikołaj, którego nie można zobaczyć.

To wyjątkowy dzień. Wydaje mi się, że ludzie na całym świecie na jeden dzień podają sobie ręce. Pozwólcie, że ten dzień nazwę Świętem przedszkolaków.

Nie może Cię tam zabraknąć, ponieważ jesteś im potrzebna. Ich małym sercom, na straży których stoisz i za których emocjonalny rytm jesteś odpowiedzialna. I nie daj sobie wmówić, że tym razem nie dasz rady, że to przerośnie Twoje umiejętności, bo masz niewystarczające kompetencje, bo jeszcze jesteś młoda i co możesz wiedzieć o omijającym Cię czasie… Pasujesz idealnie do tej roli. Do dzielenia się miłością nie potrzeba kompetencji potwierdzonych certyfikatem. Tu potrzeba kompetencji serca. A one rodzą się same i dojrzewają w nauczycielce, którą masz w sobie, którą reprezentujesz.

Przechodnie mimo mrozu zatrzymują się. W zatłoczonych autobusach przeciska się drobne napięcie, niewidoczne, ale pachnące szczególnie słodko. Nikt nie przyznaje się, że należy do niego, ale też nikt nie odtrąca, gdy poczuje go w okolicy serca. Wtedy zaczyna bić o wiele mocniej. Na ten jeden dzień zróbmy mu miejsce w naszych samochodach, naszych domach, w nas. A poczujemy jak całe ciało wypełniają małe szczęścia, wchodzą nam na głowę, próbując zatrzymać pędzące obowiązki. Małe szczęścia? To takie przyjemne chochliki wkradające się w każdy zakamarek naszych myśli. Na ten jeden, jedyny dzień w roku, dajmy się im ponieść. Jeśli damy się przekonać do grudniowej radości, dowiemy się, dlaczego 6 grudnia przedszkola tętnią niezwykłą magią, w towarzystwie pięknych czerwonych dekoracji, w świetle wyczekiwanych prezentów i składanych paniom obietnic. Te emocjonalne fajerwerki wybuchają w małych sercach z niebywałą siłą i rozmachem. I potrzebny jest ktoś, kto pokieruje tymi uczuciami mądrze, nada im kształt i charakter. Potrzebny jest ktoś, kto zna roztargnienie i potęgę grupy, kto wie, kiedy zaczyna się euforia, a kiedy kończy zabawa. Kogo dzieci znają i komu zawierzą w odpowiednim momencie. To bardzo delikatny temat, ten Mikołaj. Nauczycielki stoją przed trudnym zadaniem: muszą trochę pooszukiwać. To najpiękniejsze i najszlachetniejsze oszustwo w dziejach historii, jednak warte jest tysiąca słodkich rozczarowań w dorosłym życiu.

Oczekiwanie na przyjście Mikołaja brzmi jak melodia. Najpiękniejsza, bo jej autorem jest dziecko. Uśmiech dziecka to ważny i znający się na rzeczy reżyser całego przedsięwzięcia zwanego oczekiwaniem.

***
W przedszkolu rozlega się dźwięk dzwonków. Dzwonią tak uparcie, jakby w obawie o nieobecność w którymś z dziecięcych serc. Rysy twarzy moich średniaków zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, której na co dzień mi brakuje. Milkną na moment, w którym dźwięk ustaje i niemal zdaje mi się, że przestali oddychać. Jedna z bliźniaczek podbiega do mnie i chwyta moją rękę tak nieporadnie, że tylko mój kciuk mieści się w jej małej rączce. Za sekundę pędem wpada we mnie Michaś z głową przekręconą przeciwnie do kierunku biegu, dlatego odpowiednio przygotowuję się na spotkanie z całym ekwipunkiem jego nowych przeżyć. Po paru minutach mam przy sobie jakieś trzy czwarte grupy, ale nie trwa to długo, gdyż w jednej chwili zjawiają się wszyscy i już wiem, że przez najbliższe 10 sekund nie będę mogła oddychać. We mnie też zaczynają kołysać się emocje jak na rozhuśtanej łodzi na falach zbyt dosłownej wrażliwości. Od pierwszego dzwonka Świętego Mikołaja rozpoczyna się najgorętsze lato w każdym miejscu na Ziemi, w którym są dzieci, mimo mrozu za oknami, mimo srogiej zimy w wielu domach, w wielu ludzkich sercach.

Teraz to moje zadanie, aby wszystkie wątpliwości dzieci, mimo moich roztargnionych emocji, pozostały na swoich miejscach:

Usiądźcie kochani, to dźwięk dzwonków sań Mikołaja, Anioły już tu pewnie są. Uchylę okno, aby mogły się u nas rozgrzać. Mróz pewnie zmroził im skrzydełka. Anioły chcą po cichutku sprawdzić, czy czekacie i czy wszystko jest już gotowe na spotkanie ze Świętym Mikołajem. Sprawdźcie porządek w sali i usiądźcie w kółeczku. Przećwiczymy piosenkę.

Nie muszę liczyć do trzech, bo dzieci w mig wspaniale porządkują salę i zawiązują na dywanie zgrabne koło. Siedzą wyprostowane jak przed hospitacją, są trochę zdenerwowane. Milczą, a nad ich główkami wirują nieuregulowane rachunki sumienia: „przepraszam, już nie będę…”

***
Dorotka miętosi coś w swoich delikatnych, białych rączkach, gramoląc się tym samym na szafirowy parapet. Wygląda jak samotna gwiazda na rozgwieżdżonym niebie.

Dorotko, mówiłam ci już, że to niebezpieczne wchodzić na parapet, zejdź proszę i powiedz, czego tam szukasz?

Dziewczynka rzuca coś na parapet okna i szybko odwraca się w kierunku drzwi, pytając mnie:

Czy mogę iść do toalety? – pyta, ale na mnie nie patrzy.

Oczywiście. – I od razu wiem, że to tylko wstyd kazał jej opuścić to miejsce wypełnione po brzegi spełnionymi marzeniami. Dzieci tego dnia były podekscytowane znalezionymi pod poduszką prezentami w swoich domach, chętnie dzieliły się ze mną szczerą radością. A Dorotka? Uciekła do łazienki. Przede mną, przed całym światem. Dziewczynka o błękitnych oczach nie przeżyła tego dnia nic. Wyczułam jej niepokój zarażający, emanujący na stronę dorosłych. Bo dzieci dzisiaj są szczęśliwe, nie chcą niczego innego. Podnoszę białą wymiętą kartkę rzuconą przez Dorotkę jak przez spłoszoną sarenkę. I serce zamiera w pojedynkę, po ciele rozchodzi się chłód. Łzy rozmazują czarny pisak, którym narysowane są trzy wymowne rysunki. Dorotka nie potrafi jeszcze dobrze składać literek. Narysowała swoje 3 życzenia do Świętego Mikołaja, jak do złotej rybki, mając nadzieję, że… to wszystko, co opowiadała jej o spełnianych marzeniach pani Iza, jest prawdą. Nagle obejmuje mnie w pasie swoim małym ciałkiem i patrzy prosto, prosto w moje srebrne od łez oczy:

Zostawiłam list tutaj, bo pani mówiła, że Anioły są wszędzie. Więc pomyślałam, że może jak znajdą jeszcze jeden list, to zabiorą go do Świętego Mikołaja. Do mnie do domu dzisiaj Mikołaj nie przyszedł, mój list leżał 9 dni na oknie. Odkreślałam dni na kalendarzu, tak jak pani Izo uczyłaś. Aż do dzisiaj. Rano znalazłam go na parapecie w swoim pokoju, leżał tak samo jak go tam zostawiłam, nieruszony. Pewnie byłam bardzo niegrzeczna, skoro mojego listu Mikołaj nie chciał, pewnie o mnie nie pamiętał. Czy mogę tu zostawić mój list do jutra, proszem pani?

Moje ciało zemdliło niewidzialne, kłujące uczucie i szarpnęło za serce, potem włożyło w rękę niewidzialną broń i pchnęło do nierównej walki o prawo do szczęścia tej małej kruszynki. Pamiętasz? Od pierwszego dzwonka Mikołaja zaczyna się Twoja rola. To Twoje zadanie, podołasz mu. Ale najpierw, w tej sekundzie musisz wymyślić coś i coś powiedzieć w te prześliczne, zasnute błękitną ufnością i czającym się za jej pleckami rozczarowaniem – w oczy czteroipółletniej Dorotki, która w swoim przedszkolu zostawia swoją zaniedbaną, chorą i dzielną nadzieję.

Dorotko… Święty Mikołaj nie mógł zapomnieć. On pamięta o wszystkich dzieciach. Może miałaś zamknięte okno w pokoiku i Anioły nie mogły wlecieć do ciebie i nie zabrały listu? Wiesz co? Zostawię dziś uchylone okno w naszej sali. Jestem przekonana, że z listu od takiej grzecznej dziewczynki Mikołaj bardzo się ucieszy. I jeszcze się zaczerwieni ze wstydu bardziej niż jego czapka, że tak śliczna Dorotka, moja wspaniała pomocnica, nie dostała jeszcze prezentu. Czekać też jest fajnie.

Czy przekonałam małe zachodzące słońce w jej niewielkiej postaci, która całym swym skromnym i cichym sercem wierzyła w to, że Święty Mikołaj o niej nie zapomniał…

***
Zostaję sama w sali, w której ze ścian wołają do mnie roześmiane Mikołaje, a kopytka reniferów stukają w rytmie muzyki miasta, która wpada wcale nieproszona przez uchylone środkowe okno. Muszę usiąść, bo tykanie zegara miesza się z biciem serca i nieznośnie pulsuje teraz pomiędzy brwiami. Nie umiem znaleźć słów, chociaż obiecałam Panu Redaktorowi, że będę dobierała je z największym smakiem i starannością. Gdy oczy zachodzą mgłą i nie można powstrzymać łez… trudno jest iść za przewodnikiem. Chce się zboczyć ze szlaku, celowo zbłądzić i już nigdy więcej nie wrócić. Pamiętam, gdy z grupą schodziliśmy ze stromego szlaku i zgubiliśmy drogę. Znaleźliśmy się w towarzystwie pięknych i groźnych gór, które otaczały nas z każdej strony i tylko chmury nad nami zdawały się być jedyną nierozsądną ucieczką. Jestem otoczona plakatami z wizerunkiem Mikołaja jak w centrum kampanii wyborczej na wiarygodność istnienia Mikołaja. Jak bezradny kwiat, rosnący nad brzegiem lazurowego jeziora, ale usychający w blasku złotego słońca. Kocham chodzić po górach, mimo że wtedy po raz pierwszy tak bardzo mnie wystraszyły. Uwielbiam siedzieć z dziećmi w kole i trzymać się z nimi za ręce, mimo że czasem trudno przyznać mi się do smutku. Wolałabym być w tej chwili na zagubionym szlaku, chciałabym skryć w górskich zapomnianych strumykach bezradność zmieszaną ze świadomością, że mam tylko kilka godzin, aby przemienić świat.

***
Ma dużą głowę, buzię wykrzywioną w smutek, z oczu płyną łzy i zastanawiam się, dlaczego kartka nie jest jeszcze mokra, skoro jest ich tak wiele. Sukienka ma parę wzorków, a na złote włosy Dorotka założyła mamie koronę. Obok druga duża postać podpisana jednym słowem: tata. Ten tata ma buzię jak duża literka o, a oczy są tak mocno narysowane czarnym, że kredka przebiła dziurę na drugą stronę. Ten tata jest większy od mamy i wygląda jakby krzyczał. Cały rysunek jest przekreślony i napisanie niezgrabnie: prosz, nie ksyc!

Na drugim rysunku widać butelkę i znowu tego mężczyznę. Rysunek znowu jest pokreślony. W rogu kartki siedzi mała dziewczynka, jest jakby skulona i chowa głowę w rączkach. To Dorotka.

Trzeci rysunek to oni wszyscy razem, są uśmiechnięci i pokolorowani. Pod tym obrazkiem dają się rozczytać słowa: mama, tata, ja, prosz Mikolaju. – relacjonuję dziewczynom na zebraniu grudniowej Rady Pedagogicznej.

Będziecie pierwsze, które się o tym dowiecie. O tym, co dzieje się w domach Waszych podopiecznych, powie Wam dziecko, w sposób, którego się nie spodziewacie. I wtedy musicie zachować zimną krew. Bo to będzie ten moment, w którym pozostają Wam jako środek do celu, jedynie… Wasze ramiona.

***
Przytuliłam Dorotkę identycznie jak przytulałam swoją Martynkę, gdy po raz pierwszy doznała rozczarowania, bo usłyszała od kolegi ze szkoły, że w Mikołaja bawią się jedynie rodzice. Zamknęłam oczy i poczułam, jakby ta obca mi dziewczynka była moją córeczką. Wieczorem z listem na kolanach płakałam jak dziecko, ale są w życiu takie emocje, z których nie trzeba się nikomu tłumaczyć. Pamiętajcie dziewczyny, jeśli zabraknie Wam słów, jeśli nie możecie przeskoczyć… bo jest za wysoko, jeśli zawiodą wszystkie sposoby, a Wy… nie macie mocy Świętego Mikołaja… po prostu weźcie w ramiona, utulcie. I trzymajcie w nich dziecięce serca długo i czule. I nie pozwólcie, aby umknęły niedotulone. Macie przed sobą dzieci. One najbardziej tego chcą i potrzebują, one mają do tego prawo. W ten sposób zmienicie ich świat.