Słowa, które ranią

Ze wszystkich na świecie ran,
najboleśniej okaleczają słowa.

***
– Świata nie zmienisz… – szepnął do mnie Piotr, wychodząc do pracy i marszcząc brwi, jakby nagle o czymś sobie przypomniał. Jego szept ułożył się w dwa miękkie słowa:
– Odpuść sobie…

I zmieszał się z tykaniem zegara w kuchni, który odbijał od ścian moją odpowiedź:
– Ale ja nie umiem.

– Umiesz, tylko nie chcesz… Znam Cię. Dopiero poniedziałek, masz przed sobą cały tydzień. Zostaw tę sprawę, rozumiem, że czujesz się odpowiedzialna. Ale nie jesteś, uwierz mi. – Dobre, kochane i duże ręce Piotra głaszczą mój policzek, chcą uspokoić drgające skronie. One zawsze zwiastują piekące łzy.

– Nie płacz, to nic nie da. Chodź do mnie…

– Nie, idź już, proszę – nie chcę, aby mnie przytulał. Wtedy zaleję się łzami i nie będę twarda, jak mówi Piotrek. W jego ramionach rozczulam się zawsze jak na romantycznych filmach, dlatego odwracam się i ruchem ręki żegnam się jak dziecko, które macha z ramion mamy. Muszę wziąć sama siebie w ramiona, muszę rozprawić się z przeciwnościami, które szarpią sercem jak żaglem, rwąc go na strzępy. Jak teraz płynąć? Skoro wiatr pozrywał maszty i już nie zdołam połatać swojego lęku o tę małą niczemu winną dziewczynkę? Kto da mi w dłonie igłę jak z bajki, która nie zostawi ran i z największą łagodnością sumienia zechce zacerować dziurawe dzieciństwo? Tu nie dzieje się bajka. Tu toczy się prawdziwe życie. Które boli.

Ubieram kurtkę. Zapowiadali chłodny dzień.

***
Ta drobna, śliczna dziewczynka o dużych seledynowych oczach, ostrożnie pokonuje każdy schodek, jakby wejście na górę było jednoznaczne z przyznaniem się do winy. Wchodzi potykając się o próg, wzrokiem przeprasza zanim jeszcze zdążę cokolwiek powiedzieć. Mam wrażenie, że walczy z powietrzem o pierwszeństwo w drzwiach. Martwię się o jej małą nóżkę schowaną w za ciasnym sandałku. Natalka nie patrzy w oczy nigdy i nikomu. Jej oczy błądzą gdzieś poza naszym światem, są ładne i zielone jak u kota, który ma swoje sekrety i nie zdradza ich nawet swojemu panu.

Nasze poranki z Natalką w zasadzie niczym się nie różnią. Są niepokojąco milczące. Natalka siada zawsze przy tym samym stoliku, bierze kartkę i parę kredek. Rysowaniem pochłonięta jest do tego stopnia, że nawet nie odpowiada witającym się z nią koleżankom, które przychodzą do przedszkola rumiane od pocałunków swoich rodziców. Nati ma albatrasową cerę jakby wypudrowaną, idealnie gładką. Na buzi nie znajduję śladu radości, za to duże szklane oczy w kształcie migdałów, które chłoną każdą rzecz oglądaną po paręnaście razy. Natalka chce zatrzymać w pamięci obraz przedszkola, każdy jego szczegół. Gdy wróci do domu, jej wyobraźnia nie będzie świeciła pustkami. Będzie wypełniona po brzegi dobrymi obrazami. Natalia będzie mogła marzyć.

***
Nie wiem jak najłagodniej opisać uczucia, o których powinno się opowiadać wyłącznie prowadząc dialog z samym sobą. Jeśli zaczynasz cierpieć z powodu najbliższej Ci osoby, choruje w Tobie wszystko.

Już nawet nie złość, lecz bezradność atakuje Cię, gdy tylko otwierasz oczy. Nawet w snach nie chce odejść od Ciebie świadomość, że nie uratujesz wszystkich dzieci z pajęczyny zła, w którą wpadły, biegnąc kiedyś radośnie przed siebie… Staję się świadkiem. To wszystko dzieje się na moich oczach. Przecież tego nie chciałam!

Początek tygodnia…
– Ty niezdaro! Ile się jeszcze będziesz guzdrać?! Ile razy ci powtarzam, która to jest lewa noga! Znowu ubierasz źle te buty… myślisz, że ja się będę teraz schylać?! Sama je sobie zakładaj, popatrz jak je zniszczyłaś, no zobacz! Nic cię nie obchodzi, że to ja tyram jak wół dla ciebie, a ty za grosz nie szanujesz moich starań! Co z ciebie za starszak, jesteś maluch, leń, mały smród, który nic nie umie! Znowu źle!! No popatrz, to jest lewa noga! – mocno zbudowana kobieta wciska małą chudziutką nóżkę Natki do lewego sandałka, u których pasek dawno już się poluzował. Natalka ma podkolanówki i na nóżce widać trzy czerwone ślady – odciśnięte palce mamy. Dziewczynka posłusznie zapina paski, podczas gdy kobieta wzdychając rozbiera się z grubego płaszcza, burząc Natce warkocze i zsuwając na jej maleńką twarzyczkę ciężki rękaw. Nie mówiąc przepraszam.

Koniec tygodnia…
– A dlaczego masz takie brudne łapy? To wy tam mydła nie macie w tym przedszkolu? Co za przedszkolanki tam macie, skoro nawet wam rąk nie myją?! Co to za okropne miejsce! Nic was tu nie uczą! A szoruj do łazienki, brudasie ty! Tylko nie ślimacz się jak zwykle, bo się spieszę! – Jej długie paznokcie chwytają małe delikatne rączki dziecka i odpychają, jakby strzepując z siebie kurz. Ręce Natalki puszczone z ogromną siłą i niechęcią jej mamy uderzają w szafkę, będącą tuż za nią. Boleśnie. Natka zaczyna płakać, a matka krzyczy, nie będąc wcale skrępowaną moją osobą:

– Znowu się mazgaisz bekso jedna, sierota z ciebie!! Zawsze gdzieś się stukniesz! To twoja wina, niezdara taka z ciebie jest! Uważaj bardziej, a potem skucz! No szoruj do tej łazienki gamoniu mały! – popycha ją niedbale, nieczule i nawykowo. Jakby robiła to codziennie, od lat, od zawsze… Dziewczynka potyka się w progu, ale wstaje posłusznie, jak na poligonie ćwiczeń wezwana do musztry, na którą nie robiono zapisów.

Gdy Natalka biegnie z łazienki, widzę jej sine rączki, bynajmniej nie od ciepłej wody. Ta kobieta czeka już z kurtką w rękach. Dziewczynka wkłada rączkę, ale myli rękawy. Ona szarpie ją za ramię i krzyczy:

– Ty ofermo!! Którą rękę wkładasz! – zapina zamek z takim impetem, że sprzączka zamka odbija się idealnie od środka szyi dziewczynki. To nie było przyjemne… Jej łzy srebrzą się. Ale ściska je i nie puszcza, bo roztrzaskując się o podłogę, narobią straszliwego hałasu.

***
Północ, pierwsza, druga piętnaście, druga trzydzieści, czterdzieści pięć, trzecia, czwarta, świt… Ból uciska do tego stopnia, że tworzy obręcz opasającą wszystkie myśli. Może za jasno świeci księżyc?

***
– Piotrek, nie mogę zasnąć…

– Iza, znowu, kurcze, może chodźmy do lekarza…To już trzecia noc, kiedy nie śpisz… Jeździsz z dziećmi, jeszcze zasłabniesz po drodze… Jak mogę ci pomóc?

***
Reaguj. Albo dostanę w twarz, albo zabiorę jej to dziecko. Reaguj. Muszę podejść. Muszę zareagować. Brak reakcji jest nieludzki. Reaguj. Ktoś musi przerwać to błędne koło. Reaguj. Nie bój się. Uratowałaś sarnę, okaleczoną przez rolników, którzy nie zauważyli jej podczas pracy w polu. Uratujesz teraz dziecko, nie ma w tym nic wstydliwego.

– Proszę pani, proszę o natychmiastową rozmowę w cztery oczy, zapraszam na górę.

– Właśnie, czy mogłaby pani zwracać uwagę, aby dzieci myły ręce?! Czego pani ode mnie chce?

– Chcę, abyśmy porozmawiały. Teraz.

– Ale ja nie mam czasu… – ona kieruje się do drzwi, a ja zachodzę jej drogę, blokując przyciskiem drzwi. Tylko pracownicy wiedzą o tej możliwości. Co ona teraz zrobi? Szarpnie mnie tak jak Natalkę? Zacznie krzyczeć? Co robi stado, gdy na ich oczach silniejsze zwierzę krzywdzi słabsze? Nic. Nie prowadzi je przed sąd do króla sawanny. Ale puszcza wolno i podziwia. Takie jest prawo dżungli. Ale nie ludzi. Człowiek od Boga otrzymał sumienie, a postawienie go przed lustrem – dotyka najboleśniej.

– Chcę porozmawiać z panią o tym, w jaki sposób traktuje pani swoje dziecko.

– Co też pani mówi! Jak pani w ogóle…

– Proszę mi nie przerywać, tylko mnie wysłuchać. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo obie wiemy doskonale o co chodzi. Nie reagowałam od razu, chociaż powinnam. Ale żyjemy w takich czasach, że ludziom puszczają nerwy. Rozumiem pośpiech, zmęczenie, trudne warunki pracy, sytuację finansową, naprawdę wiele jestem w stanie zrozumieć. Ale jestem świadkiem, jak niemal każdego dnia stosuje pani psychiczną przemoc wobec swojej córeczki, która nie zasłużyła, aby w tak okrutny i poniżający sposób ją traktować! Dałam pani szansę. Czekałam. Ale pani jej nie wykorzystała. Obnosi się pani z tą swoją złością, nie zważając już na okoliczności, w jakich pani się znajduje. To jest przedszkole, tu są dzieci, one to słyszą. Pani córka to słyszy, jak pani ją nazywa, traktuje, ocenia. Proszę mi zaprzeczyć, jeśli się mylę. Czy pani zdaje sobie sprawę, że stosuje pani przemoc wobec swojej córki?! – emocje, nasza druga natura. W tej sytuacji dobierają się do głosu jako pierwsze, degradują ostatnią porcję słodkiego spokoju, którą trzymałam w cieple serca daleko od rzeczywistości. Aby nie ostygła, zanim wrócę do domu. Niestety. Moje ogromne zdenerwowanie stanęło w duecie z tą kobietą.

– Czy ja ją biję?! – uniosła się…

– Nie wiem, czy pani wie, że agresja werbalna jest według prawa również przemocą i podlega takiej samej karze jak przemoc fizyczna!

– Prawo?! Dlaczego pani w taki sposób się do mnie odnosi?

– Bo jestem nauczycielką Natalki i moim obowiązkiem jest dbać o bezpieczeństwo moich podopiecznych. Pani córka jest jedną z nich i dlatego bardzo się o nią martwię. Jestem bardziej niż pewna, że Natalka jest identycznie traktowana przez panią w domu. Zresztą nie pozostawia to wpływu na jej funkcjonowanie w grupie. Czy pani o tym wie, że ona nie chce wracać do domu? A wie pani dlaczego? Ponieważ się boi. Wiele razy prosiła mnie, abym zabrała ją ze sobą do domu. Powiem coś pani, mam dwoje dzieci i doskonale wiem, jak potrafią wyprowadzić z równowagi. Ale obowiązkiem zarówno moim, jak i pani, jest powstrzymać emocje. Wszystkie, o jakimkolwiek byłyby charakterze, sile i jakkolwiek mocno by prowokowały. W momencie, kiedy pani została matką, wyraziła pani niepisane zobowiązanie, że będzie pani swoje dziecko chroniła i o nie dbała. Proszę sobie odpowiedzieć: czy pani dba o swoją córeczkę?

– Przecież codziennie ma czyste ubranie, je za trzech, a wciąż wygląda jak patyk!

– Proszę pani, dbanie o drugiego człowieka to nie tylko troska o jego czyste ubranie i pełny żołądek. A szczególnie, gdy mówimy o małym, bezbronnym dziecku. Pani jest odpowiedzialna za całą Natalkę, również za jej emocje, które na ten moment są tak rozhuśtane, że martwię się o równowagę Natalki w jej przyszłym życiu. Dziewczynka ma bardzo niskie poczucie własnej wartości i to pani zawdzięcza tę niską samoocenę. Widzę w szatni, jak funduje pani córce przegrany start w życie. Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani robi to własnej córce? – Zaparzyłam rano herbatę. Zamiast tradycyjnej kawy unosił się po sali zapach liści melisy. Obeszłam dywan siedemnaście razy zamiast nadrabiać zaległości w dzienniku. Wystukałam rytm palcami o blat pianina bez celu, bez sensu, bez powodu. Patrzyłam w okno. Bałam się, że one już nie przyjdą, a ja nie zdążę zareagować.

Ta kobieta nagle ciężko opiera się o własne sumienie. Nasza rozmowa ją męczy. W jej oddechu nie ma już odwagi i pychy, które jeszcze przed chwilą w swoich szponach więziły małą Natalkę. Za to są spuszczone oczy. Już samo zaproszenie jej na rozmowę było jak trzęsienie ziemi. To zachwianie porządku jej nawyków i stylów postępowania. Czy zdała sobie sprawę z tego, co robiła; czy wołała o pomoc wybierając najokrutniejszy z możliwych sposobów? Czy nie kochała swojej córeczki? To nie mieści mi się w głowie… rozpycha w sercu.

***
Nie oczekuję usprawiedliwienia. Wyjaśnień też nie chcę. Po co mi one? Ta dziewczynka jest wystarczająco przygotowana do życia, którego nie powinna doświadczyć. Jej mała złota główka pełna jasnych loków ustala każdego dnia nową strategię radzenia sobie ze złością mamy. To małe serduszko dzień po dniu traci wiarę w to, że gdzieś istnieje miłość. W jej oczach gasną iskierki, które powinny być ozdobą każdego pięciolatka. Jej duże oczy skryte pod firanką rzęs zdradzają, że rzadko bywają roześmiane. Częściej uwierają. Jej czas płynie w kolorach nieporozumienia, ta dziewczynka rośnie, rozwija się. Matka nie uczy jej szacunku, nie pokazuje tęczy na niebie. Tam nieustannie burzowe chmury wypełniają pokój małej królewny. To dziecko przeszło więcej niż niejeden maratończyk.

Wzięłam Natalkę pod swoje skrzydła. Zareagowałam. I ty też reaguj, gdy zobaczysz dziecko stawiane na ringu emocji i dorosłego, który nie fair staje do tego pojedynku. Nawet jeśli malec przestanie płakać, nie myśl, że nic go to nie obchodzi. Dzieci przywykają szybko. Bardzo szybko. A gdy nie widzą innego wyjścia, jeszcze szybciej. One milczą. Bo nie chcą więcej stawać na drodze. Wolą po cichutku liczyć godziny aż skończy się kolejny dzień i położą się w swoich łóżeczkach, tuląc pluszowych przyjaciół. Reaguj zawsze, gdy dziecko wystawione zostaje jak zawodnik do walki o swój należący się mu spokój. Jesteśmy nauczycielkami. Do nas należy stworzenie przedszkolakom warunków do wszystkiego, co one kochają: twórczej zabawy, spotkań z rówieśnikami, głośnej radości i potknięć, za które nie należy karać. Niezdarność nosi charakter dziecka. To, co odróżnia dziecko od dorosłego: dorosły sprzeciwia się z premedytacją. Dziecko z przekory i naturalnego dla rozwoju buntu. Dorosły jest świadomy tego, co robi. Dziecko jeszcze nie. Ono ponosi konsekwencje emocjonalne i ma to wpływ na całe jego życie. Dorosły zapomni o całej sprawie jeszcze w tym samym tygodniu.

I jeszcze jedno: dziecko kocha bezwarunkowo. A dorosły?


Nie generalizuję, dyskutuję tylko ze swoim sercem. Jakie lekarstwo zabliźni rany w psychice dziecka? Dobra terapia? Lekarstwo jest jedno: niech ta kobieta przestanie!

***
Często wracam do tej historii. Nie zapomniałam jasnych loków Natalki rozwianych po całej sali, za rogiem której kończył się jej raj. Mała dziewczynka rozpływała się w holu szatni, rozdarta na tysiące smutków. Dzisiaj razem próbujemy zbudować nowy system wartości. Od podstaw. Nati uczy się przy mnie, co to znaczy ufać. Na razie tylko mnie patrzy w oczy. Każdego dnia walczę o to, aby ucieszyła się chociaż z jednej rzeczy. Ale to walka z wiatrakami. W domu szybko przekonuje się, że radość i zaufanie nie istnieją.

– Iza, słyszałaś już najnowszą wiadomość?

?

– Ta kobieta dostała nadzór kuratora!

Ktoś zapalił światło w korytarzu i rozjaśnił całe przedszkole… Już siódma. Powinnam zejść na dół po swoją grupę. Wstaję pospiesznie, chcę już mieć ją w ramionach. Od rana czekam, aby zapleść jej złote warkocze. Udało nam się wczoraj raz uśmiechnąć. Złapała mnie za rękę, gdy wywołałam jej imię do domu. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie. Wy nie przeżywacie tak jak my, nauczycielki przedszkola, każdej małej rączki w dłoni dorosłego. A to wielki zaszczyt, gdy oswaja się nową miłość.