Argument miłości

Argument miłości.

***
– Iza, słyszałaś, że Beata… zwolniona?

– O czym ty mówisz?

– No nie słyszałaś? Rano wezwała ją dyrekcja no i stało się. Kurcze, jak oni sobie teraz poradzą, Wojtek też ma przestój w pracy, podobno od marca nie ma zleceń…

– Ale dlaczego?! Przecież Beata…

– …była świetna. Też jestem tego samego zdania. Ale widzisz, nowe oblicze edukacji nastało. Nieważne, kim jesteśmy i co potrafimy. Dzisiaj ważny jest certyfikat. To on otwiera drzwi do lepszego życia, odbiera chleb jednym, podtyka pod nos drugim. Lecę Izulku, miłej pracy ci życzę, jutro się zamieniłam, to pogadamy. Głowa do góry. Jeszcze pracujemy. – Magda wybiega z socjalnego i mijając mnie, wciska mi w rękę dwa cukierki. Na osłodę gorzkich wiadomości.

Beata zwolniona. To zdanie jak burza, której nikt się nie spodziewał, zalało serce Izy, czyniąc w nim spustoszenie i pustkę rozmiarów nieba zaciągniętego deszczem na długie tygodnie. Od razu łzy dogoniły jej zmartwienie, a oddech skrócił się o połowę. Dłonie drżały i nie mogły poradzić sobie z torebką herbaty. Czas płynął, a wraz z nim wydarzenia, którym nikt nie odważył się wyjść naprzeciw.

***
Iza polubiła nową koleżankę, która pracowała u nich od początku tego roku. Była jej sąsiadką, graniczyły ze sobą przez ścianę, na tej samej zmianie. Była trochę do Izy podobna, nie bała się nowych pomysłów, które pojawiały się w jej głowie całkiem spontanicznie. Obie z Izą zaskakiwały dyrekcję, wspólnymi siłami szukały sponsorów na zrealizowanie marzeń o nowym placu zabaw. Beata miała świetne podejście do dzieci, angażowała swoje serce nawet po godzinach, tuląc w ramionach płaczliwe czterolatki. Skrupulatna, miła, wrażliwa dziewczyna. Dostała szansę od życia, została przyjęta na wolny etat. Wynajęła mieszkanie w Krakowie, nie miała swoich dzieci, nie miała przystani na Ziemi. Odnalazła ją tutaj, w tym przedszkolu. Poznała Wojtka, razem było im raźniej pokonywać przeciwności, jakie podkładał im los. Potknęli się oboje. On przestał otrzymywać zlecenia, ona straciła pracę. Dwoje młodych ludzi na zakręcie, dwoje wykształconych, zagubionych w rzeczywistości.

Beata ukończyła studia kierunkowe z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej, tyle że to praca w przedszkolu miała urzeczywistnić noszoną pod sercem pasję pracy z dziećmi. Dodatkowe studia ukończyła trzy lata później z osobistego zamiłowania do sztuki. Edukację plastyczną na Uniwersytecie ukończyła z wyróżnieniem. Wieczorami w swoim ciasnym m1 przygotowywała barwną dekorację na Jasełka dla rodziców. W pracy okazało się, że świetnie gra na pianinie, bo jako dziecko ukończyła szkołę muzyczną pierwszego stopnia. Gdy zapalałyśmy świece na parapetach okien wychodzących na przedszkolny ogród,  przy zapachu i świetle choinki Beata grała nam kolędy, a my tłumiłyśmy obawy o to, co przyniesie przyszłość. I doczekałyśmy się. Przyniosła rozczarowanie i same kłopoty.

Ta dziewczyna była bezinteresowna i oddana temu, za co się zabrała. Będąc studentką, wyjechała na pół roku do Francji, gdzie opiekowała się trzyletnim dzieckiem z polskiej rodziny. Obserwowała tamtejszą codzienność, odprowadzając Jasmin do przedszkola, poznała tamto miejsce trochę od kuchni. Próbowała przenieść na polski grunt pogodę ducha i szacunek, z jakim za granicą naszego państwa obdarzają się wszyscy bez względu na to, jak wyglądają i co potrafią. Czerpałyśmy z jej doświadczeń i świeżych pomysłów, korzystając z francuskich piosenek, które dostała od mamy Jasmin. Gdy wyjeżdżała z Francji, Beata zwierzyła się, że jej marzeniem jest znaleźć w Polsce pracę nauczycielki. Mama Jasmin wróżyła jej dobrą przyszłość.

Beatę lubili rodzice, miała z nimi świetny kontakt. Szybko nabrali do niej zaufania, z przedszkola wychodzili spokojni i zadowoleni. Pożyczała im swój czas, zaangażowanie i książki, których kupowała całe mnóstwo. Nie zdążą jej oddać poświęconego im czasu, nie zdążą się odwzajemnić. Odchodzi w milczeniu, będąc winną braku kolejnych umiejętności. Sprawi zawód wielu rodzicom, zasmuci ich tą wiadomością. Przecież (jeszcze) pracuje w przedszkolu, w którym złożyła obietnicę miłości. Ma im teraz powiedzieć, że idzie szukać szczęścia gdzie indziej, że tu nie znalazła tego, czego szukała? Gdyby miała siłę stu słoni, upór dwustu przedszkolaków, dar przekonywania trzystu negocjatorów, to może… zostałaby w tej placówce. Może zrealizowałaby marzenia o sobie w roli nauczycielki przedszkola. Gdyby… znała angielski… na poziomie FCE i mogła położyć na stole Certyfikat, wtedy zostałaby tutaj i byłaby idealną nauczycielką. I już nikt by od niej niczego nie oczekiwał. A tak jest taka niekompletna, nie ma zalet. Brak jej umiejętności, które mogłyby świadczyć o tym, jak bardzo pragnie dać dzieciom jeszcze więcej z siebie.

Nieważne, kim jesteś dla dzieci, jak odbierają Cię rodzice i jakie relacje udało Ci się z nimi wszystkimi stworzyć. Nieważne, że potrafisz tak pięknie dzielić się miłością, że rozdajesz ją sprawiedliwie pomiędzy swoich wychowanków i że nazywasz ich podopiecznymi swojej duszy. Twój Certyfikat miłości nie wystarcza, w zasadzie jest nieważny. Ważny by był Certyfikat FCE. Byłabyś poszukiwana, a tak, teraz to Ty szukasz pracy. Jak Beata, której odcięto drogę do wszystkiego.

***
– Betka, kiedy ślub? – Monika pyta bardziej z ciekawości niż z rozsądku.

– Nie w tym roku… Oboje zostaliśmy bez pracy. Planowaliśmy w tym roku, ale nawet na skromne przyjęcie nie będzie nas stać… – Beatka wciska kurtkę do plecaka, w który spakowała już część swoich rzeczy.

Nie zadaję jej żadnych pytań, widzę jak wiele kosztuje ją każdy ruch, każde słowo, które brzmi jak tłumaczenie się. To wszystko, co wydarzyło się w tym roku w jej dwudziestodziewięcioletnim życiu, zabolało ją jak rany w gardle, które porobiły się, gdy miała ostrą anginę. Wzięła zwolnienie od pracy, ale nie brała wolnego od dzieci. Myślała o nich, wycinała serduszka i drukowała kolorowanki. Tęskniła, uzupełniała obserwacje i nie mogła się doczekać, kiedy zobaczy znowu „swoje” czterolatki. Ostatniego czerwca miała urodziny. Trzydzieste, okrągłe, uroczyste. Wojtek czekał pod przedszkolem z bukietem róż, ona przywitała go wiadomością o utracie pracy. Mieli tego wieczoru świętować, mieli planować ślub, mieli cieszyć się wspólną przyszłością. Gdy dostała tę pracę, ich skromne mieszkanie wypełniła wielkimi marzeniami o macierzyństwie. On był z niej dumny i podwoził do pracy, żegnając ją długim pocałunkiem i nadzieją, że nareszcie wszystko się dobrze ułoży. Gdy zamykała drzwi ich pierwszej skody kupionej na kredyt, jeszcze długo siedział i patrzył, jak biegnie do przedszkola radosna, uśmiechnięta i wypoczęta, mimo że kładła się po północy. I przez jakiś czas jej zazdrościł, że idzie do pracy taka szczęśliwa, że kocha, to, co robi i że być może ta jej nowa praca okaże się miejscem, z którego będą mogli wystartować w życie. Ona czuła, że go zawiodła, że nie była na tyle świetna, aby zostać w tej pracy, że nie była na tyle przekonująca, aby ją chcieli. Nie przekonała do siebie nikogo, prócz dzieci. Ale to to akurat było mało znaczące dla kogokolwiek na górze.

Wojtek objął ją w serdecznym uścisku i wiedział już, co Beata chce mu powiedzieć, nie musiał pytać, nie dociekał powodów. Wziął ją za rękę i wręczył bukiet pięknych róż na oczach rodziców, którzy szli odebrać swoje dzieci z przedszkola. Zabrał ją daleko od tego miejsca, nie pozwolił jej tłumaczyć się, nie była przecież niczemu winna; nadal uważał ją za wspaniałą kobietę. Gdy znikali za rogiem budynku, minęła ich kobieta ze spuszczoną głową, w szarym, perfekcyjnie skrojonym kostiumie, w rękach sztywno trzymała teczkę na gumkę i kluczyki od błyszczącego BMW. Gdy dzieci wybiegły z szatni, wpadły prosto na nią, krzycząc beztrosko: przepraszamy!

– Uhh… – syknęła tylko i weszła do przedszkola, nie obracając się za siebie. Spotkałam ją na dole, gdy czekałam na swoją kolej do Dyrekcji, przynosząc gotowe sprawozdanie z wydarzeń, które udało nam się razem z Beatą doprowadzić do końca.

***
Ta kobieta ogląda mnie od stóp do głów. Mierzy mnie miarą swojego kostiumu i zawartością teczki, która jest jej przepustką do szczęścia. Wychodzi ojciec Amelki, serdecznie kłaniając mi się, ja zaś odpowiadam ciepłym uśmiechem. Zupełnie pomija tę stojącą tuż obok mnie szarą eminencję, żałując, że nie może zamienić ze mną parę słów. Dyrekcja widząc nas obie, zaprasza do środka zarówno mnie, jak i tę nieznajomą i zamyka za sobą drzwi. Zamyka pewien rozdział, który daje początek czemuś nowemu, lecz budzi to jednak sporo moich obaw. Jednocześnie zamyka we mnie jakąś część, jaką wypracowałam z Beatą przez cały ten rok owocnej pracy.

– Pani Izabelo, dobrze, że pani akurat tu jest. Proszę, poznajcie się. W przyszłym roku będziecie pracować w jednej grupie.

Milczenie, które wdziera się w Twoje gardło nagle i niepostrzeżenie, obezwładnia je i sprawia ból, z którym trudno jest polemizować. Dlatego nie warto zmuszać się do zabierania głosu jako pierwszej. Istnieje ryzyko, że zabrzmi się nie dość wiarygodnie. Ona podaje mi rękę bardziej z uprzejmości niż z naturalnej sympatii. Po drodze do mojej ręki, kładzie na biurku jakiś dokument.

– Pani Żaneta ma kwalifikacje do nauki języka angielskiego potwierdzone Certyfikatem FCE – recytuje mi Dyrekcja, rekomendując tym samym moją zmienniczkę. Rozumiem, ale czy coś poza tym się dowiem? Jakie ma doświadczenie, czy gdzieś już wcześniej pracowała, jakimi pracuje metodami i które ze szkoleń wywarło na niej największe wrażenie? I najważniejsze, czy lubi dzieci? Dla mnie istotne jest to, czy poradzi sobie z grupą dwudziestu pięciu starszaków, czy wzbudzi ich zaufanie i czy razem stworzymy zgrany duet?

– Skoro nie macie do siebie na razie żadnych pytań, pożegnajcie się, a ja oprowadzę panią Żanetę po naszej placówce. Mam nadzieję, że uda wam się dobrze współpracować i nawiązać nić porozumienia. Jestem pewna, że współpraca ułoży nam się pomyślnie także na kolejne lata… – Pani Dyrektor mówi to z takim przekonaniem, jakby była wróżką. A przecież nie jest.

– Zatem do zobaczenia we wrześniu. – Wyciągam w jej stronę zdecydowaną dłoń, a ona ujmuje mnie za rękę, bez emocji i bez tych iskierek, które od razu wyłapałam w oczach Beaty, gdy spotkałyśmy się dokładnie w podobnych okolicznościach u Dyrekcji rok temu. Tylko wtedy panią Dyrektor nie ogarniał taki entuzjazm z powodu przyjęcia do pracy nowej osoby, kipiącej zaangażowaniem i uczuciami do tego miejsca.

No i proszę, ile papier potrafi przyjąć na siebie odpowiedzialności niepotwierdzonej żadnym doświadczeniem i gratyfikacji spowodowanej treścią tego, co tam jest napisane. Zadziwiające są prawa rynku.

***
Więcej nie spotkałam Beaty, mam nadzieję, że znalazła swoje miejsce na Ziemi i że nadal budzi się szczęśliwa u boku Wojtka. Chcę widzieć ją, jak planuje ich kolejne wakacje, odważnie biorąc pod uwagę kogoś trzeciego w tych planach. Chcę wierzyć, że ułożyła sobie życie i realizuje się gdzieś w miejscu przyjaznym dla jej ciepłych i serdecznych uczuć, jakimi obdarzała to przedszkole. Chciałabym zobaczyć ją roześmianą i promienną w tym swoim trochę zwariowanym zabieganiu, które kochała w zawodzie nauczyciela. I chcę pamiętać jak najdłużej jej słowa, które powiedziała do mnie, pakując parasolkę, z którą nigdy się nie rozstawała, twierdząc, że odstrasza w ten sposób deszcz:

Pamiętaj, kim jesteś i co potrafisz robić najlepiej. Nie zapominaj, że najpierw jesteś nauczycielką przedszkola, a dopiero w drugiej kolejności – nauczycielką języka angielskiego. Dzieci nie będą kochać Cię bardziej niż do tej pory, jeśli zrobisz dodatkowe kwalifikacje. One nawet tego nie zauważą. One chcą, abyś je kochała, potem uczyła. I nie daj się zdetronizować, tylko dlatego, że nie masz wystarczających dokumentów. Nie zapominaj, że to dzieci założyły Ci koronę na głowę, czyniąc Cię ich królewną. I to nie kompetencje językowe nadają właściwy rytm i napędzają Cię do owocnej pracy w tym zawodzie. Ale kompetencje serca, które unoszą Cię ponad ziemią i czynią ten świat lepszym. Nie zapominaj o miłości w swoim działaniu. Tylko w ten sposób nadasz mu wartość i znaczenie. Trzymaj poziom. Bo to, co nas wyróżnia spośród innych zawodów świata, to że w swojej pracy wykorzystujemy serce, a ono podpowiada nam nieustannie: idź i rób swoje, nie oglądaj się za siebie. Idź i przemieniaj świat, póki jeszcze masz do tego siłę i energię. Bądź uparta i nie rezygnuj z tego, co wychodzi Ci najlepiej. Dopóki kochają Cię dzieci, jesteś górą, bo nie zabiorą im ich najukochańszej pani. Nie odważą się.

***
Wobec dokonujących się wokoło zmian, rujnujących nasze dotychczasowe zalety i kompetencje, nadal trwamy przy swoim i uparcie jesteśmy nauczycielkami przedszkola. To miejsce rządzi się swoim prawem miłości. Czy ktokolwiek zdoła zmienić ten ustalony porządek rzeczy? Ci, którzy chcą wprowadzać tu zmiany, niech najpierw przyjdą do przedszkola we wrześniu i pobędą z nami jeden tydzień. I niech wtedy podejmą decyzje jeszcze raz, czy nauczycielki przedszkola mają rzeczywiście zbyt mało obowiązków i są za mało kompetentne, aby wykonywać swój zawód? Mamy kwalifikacje do obdarowywania miłością. Do odpowiedzialności ogromnych rozmiarów, wreszcie do stawania w obronie dzieciństwa ze wszystkimi jego przywilejami. Nasza praca wychodzi i tak poza zakres obowiązków, jakie z tym zawodem wiążą się według opinii publicznej. Angażujemy emocje, serce, a często i życie prywatne wplatamy w życie przedszkola. Czy to za mało, aby nam uwierzyć, że mamy naprawdę sporo do zrobienia? Jesteśmy zdyscyplinowane, sumienne i obowiązkowe. Poszukujące, twórcze i czułe. Zatem nie zmieniajcie nas na siłę, pracujemy z dziećmi! I potrzebujemy do tego spokoju. Nie wprowadzajcie zamieszania, od września przychodzą tu maluszki. One potrzebują harmonii, rytmu, ciszy. Nie stawajcie im na drodze, nie zakłócajcie naszej współpracy z nimi. To są dzieci, nie dorośli, z którymi można polemizować. One nie będą wysuwać argumentów jak armaty, one będą szukać miłości. Musimy mieć na to siłę, czas i spokojne serca, aby się przygotować na taką batalię emocji, jaka rozgrywa się w pierwszych dniach września w przedszkolach. To wymaga ogromnej energii. Zostawcie nas, pozwólcie nam działać. A zrobimy to dobrze, jeśli tylko uznacie nasze argumenty miłości.