Trzydziesty pierwszy sierpnia

Wsłuchaj się w siebie.

***
Iza wieszała dekoracje. Była w sali sama, tylko znajome gruchanie gołębi przerywało od czasu do czasu jej ciszę, którą przyniosła dzisiaj do przedszkola. Wypełniła nią sporą część sali, pozostałą zajęła pani Zosia, zaglądając w każdy niemal kąt i wyrzucając to, co jej zdaniem nie nadawało się już do zabawy. Co jakiś czas w milczący, lecz dosadny sposób, wyrażała dezaprobatę dla swojego kręgosłupa, który dawał o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie. Na przykład odezwał się akurat dzisiaj, kiedy pani Zosia zaplanowała porządkowanie najniżej ułożonych szuflad trzylatków. Iza była zbyt mocno zamyślona, aby obdarzyć współczuciem panią Zosię i tylko to, że pracowały ze sobą już parę lat, zwalniało ją z tego obowiązku. Pani Zosia dochodziła do najlepszych wniosków, rozprawiając z losem sam na sam i dobrze wiedziała, że Iza nie unika jej z powodu braku sympatii, której nie brakowało im ani przez chwilę. Iza „jest u siebie” – tak tłumaczyła swoją przyjaciółkę, bo dawno już zawarła z Izą niepisany pakt o przyjaźni, jaka łączy dwie kobiety pracujące razem przez pięć dni w tygodniu.

Iza niewątpliwie o czymś myślała i było to dla niej kolejne doświadczenie, z którym musiała się zmierzyć osobiście. Pochodziła z rodu Wrażliwców i było jej trudniej niż innym sprostać wyzwaniom, jakie wyznaczało jej teraz życie. Był trzydziesty pierwszy sierpnia. Siódma rano. Przyszła wcześniej do pracy, bo nie mogła spać. Jej snów nie przerwał budzik, ale lęk. Był tak nierzeczywisty, że aż trudny do zdefiniowania, gdzie koncentrował się w ciele. Nie dawał się zwerbalizować, bo dla każdego innego człowieka byłby tylko babim latem delikatnie opasającym zwoje pędzących myśli. Iza nie umiała łagodnie przejść z jednej rzeczywistości w drugą, nie umiała zrezygnować z rodzinnej, długo planowanej rutyny, w której miesiąc dojrzewała do bycia szczęśliwą. Trudno było rozpocząć nowe życie. Zawodowe.

Przez okna autobusu słońce rozpogodziło wszystkie najsmutniejsze miny, którym Iza starała się nie przyglądać. Zdawała sobie sprawę, że rok szkolny rozkręca się z zawrotną szybkością i że kończy się ten ważny czas. Zbyt krótko mieli go z Martynką i Adasiem tylko dla siebie. Teraz musiała iść do innych dzieci, które też pokocha… – obiecała sobie cicho, śledząc mijane po drodze latarnie. Gdy jutro będę wracać, będą się świecić – pomyślała. Moje życie od jutra się zmieni. Ta zmiana kosztowała o wiele więcej emocji, niż można było sobie wyobrazić. Dlaczego?

***
Iza otworzyła okno. Zaczerpnęła powietrza, uwielbiała poranny zapach ogrodu, niemal identyczny jak przed ich starym domem nad Dunajcem, w którym kochała spędzać weekendy. Oddychała równo i prawie się uspokajała. Prawie, gdy nagle…

Coś zaszurało w szatni, z której zniknęła nawet pani Zosia, zostawiając niepodlane kwiaty i swoją tradycyjną zieloną konewkę z wodą na środku holu. Iza obróciła się prawie tak gwałtownie, jakby ktoś postukał ją w ramię. Nie, nie przestraszyła się, bardziej stanęła zaskoczona naprzeciwko drzwi i czekała, czy szelest ustanie. Nie ustawał, a wręcz nasilał się i stawał nieco natrętny. Lęk o przyszłość stał się teraz bardziej przyziemny, Izę ogarnął lekki niepokój i chłodne zniecierpliwienie. Była tak zajęta swoim zadumaniem, że nie zauważyła, gdy ktoś wszedł do szatni. Wyjrzała zza drzwi i ujrzała małą jasną główkę w kolorze blond, z pasemkami jakby słońce pomalowało tę rozkoszną puszystą czuprynę. Śmiejące się oczy przywitały Izę niemałym zaskoczeniem, jakie nie różniło się dużo od jej spojrzenia, w którym mogło być wszystko, tylko nie to dziwne spotkanie. Chłopiec stał w progu niczym samotny anioł zagubiony w chmurach, który wstąpił na Ziemię w poszukiwaniu bratniej duszy.

Iza zerknęła na kalendarz wiszący tuż przy futrynie drzwi, był trzydziesty pierwszy sierpnia. To jutro miała być zmobilizowana. Dopiero jutro miała opowiadać trzylatkom, że odnajdą tu swoje Eldorado i że nigdzie nie będzie im tak dobrze jak tu, w przedszkolu. Przy niej. Przy obcej kobiecie, którą widzą najwyżej drugi raz. Jutro miała stać się tą kłamczuchą prosto z serca, która będzie obiecywać, że właśnie dzwoni do mamy i że tata już jedzie, a dziadek jest strasznie zazdrosny, że nie może pobawić się zabawkami. Od rana przygotowywała się starannie. Zapisywała cały repertuar słów, jakimi będzie częstować obawy i wątpliwości rodziców, będzie spółkować z wiatrem i posyłać je na cztery strony świata. Ale to jutro, słodkie, błogie jutro. Dlaczego już dzisiaj los każe jej działać, nie była gotowa na takie przedwczesne zbieranie się w garść. Obiecała sobie, że dzisiejszy wieczór spędzi w ramionach Piotra, że do syta nakarmi się jego wsparciem, jakim obdarzał ją w każdym momencie jej życia. Ale to dopiero wieczorem. Nie teraz. Teraz stał przed nią ten mały, czarował dołeczkami w policzkach, które pojawiały się, gdy się uśmiechał. Machał zadziornie butem w tę i z powrotem, jakby chciał dodać animuszu swoim zaledwie trzem wiosnom. Patrzył na Izę, jak gdyby była przezroczysta. Odsunęła się lekko w bok, a na jego wyciszonej twarzy, nienazwana emocja wywołała dziką radość z powodu odsłoniętego raju, w który pogalopował jak młody źrebak, po raz pierwszy doświadczając wokół siebie przestrzeni. Iza stała teraz przodem do kalendarza, studiując jego układ i coraz mocniej nie mogąc uwierzyć, że mogła coś przeoczyć. Był trzydziesty pierwszy sierpnia. Wszystko było w porządku. Z wyjątkiem wydarzenia, jakie miało miejsce na dywanie, gdzie jeszcze dziesięć minut temu panował idealny porządek, a cały dzień zaplanowany został i poukładany od a do zet.

Przypominał Małego Księcia, który „spadł” na Ziemię z misją przypominania dorosłym o przyjaźni. Ten mały chłopiec z uroczo jasnymi włosami, milczącą i łagodną przestrzeń przemeblował zupełnie sam. Wprowadził swoje zabawne połykanie ostatnich głosek i ciche nucenie przekręcanych przebojów, które mama puszczała zapewne w samochodzie. Niczym mały żywioł, sam organizował sobie szczęście. Czynił to z entuzjazmem, jakiego brakowało gorącym, nagrzanym samotnością murom, mimo że od rana Iza starała się ożywić je swoją osobą. Była skupiona na tym, jak jutro poradzić sobie z batalią krokodylich łez, jak przeskoczyć pierwsze rozstanie maluszków z rodzicami, wreszcie jak przebić się przez ten wyjątkowy smutek i głęboki żal, aby zacząć wreszcie budować na wzajemnym zaufaniu i pewności, że tutaj czeka ich niezwykła historia. Tymczasem ten mały, odważny trzylatek wpada w pajęczynę jej planów, zamierzeń i wszystkiego po kolei…

Porozrywał jej skrupulatnie budowaną melancholię. Odważył się. A ona jest starsza od niego dwanaście razy i się boi. Jej lęk to jak satyra w jednym odcinku. Jego odwaga jak kunszt wieku dziecięcego. Oni razem to najwięksi przyjaciele, którzy jeszcze nie mają o sobie pojęcia…

***
– A gdzie jest twoja… – zaczynam w końcu, bo jego zapał mi nie wystarcza. Dziecko w przedszkolu bez opieki, w przeddzień pierwszego września. Nic się nie zgadza.

– Dzień dobry, przepraszam najmocniej za Adasia. Od rana nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy swoje przedszkole. Obudził nas o szóstej, spakowany i gotowy do wyjścia. Nie mogliśmy być na dniu otwartym, dlatego poprosiliśmy panią dyrektor, aby pozwoliła nam przyjść dzisiaj… My tylko na chwilkę, nie zajmiemy pani dużo czasu. Adaś mnie wyprzedził i popędził pierwszy. Po drodze spotkałam panią dyrektor… Adaś bardzo cieszy się, że będzie miał nowych kolegów i zabawki… Fenomenalna sprawa to wasze przedszkole, proszę pani!

Jestem zmieszana jej zdecydowaniem, z jakim oceniła to miejsce, nazywając go tak nieziemsko i jednocześnie niepewna, czy podołam temu wyzwaniu, w jaki wmanewrował mnie ten dziwny splot okoliczności.

– Pani Izabelo, zabiorę na moment panią Aleksandrę, nie zdążyłam panią uprzedzić, że będzie pani miała gości – tu śmieją się obie, jakby znały się znacznie dłużej niż tylko przez drogę do przedszkola. – Ale doskonale wiedziałam, że nie będzie pani miała mi tego za złe. Pani Iza ma wyjątkowe podejście do dzieci, to ona potrafi zaczarować maluszki jak nikt inny. Myślę, że dzień wcześniej nie robi pani różnicy, aby zacząć przełamywać trzyletnie lody. Ech! Wreszcie mury przedszkola zaczną żyć… – znikają w kancelarii. Entuzjazm Adasia udzielił się najwyraźniej również dyrekcji. To miłe, że wierzy we mnie i głośno przekonuje, że jestem kompetentna. Ale wolałabym mimo wszystko… zostać poinformowana. Tak byłoby mi łatwiej. Przygotowałabym się.

Zostaję sam na sam z Adasiem. Jest pochłonięty układaniem aut na piętrowych stacjach parkingu. Nie istnieje dla niego świat. Istnieje przedszkole.

Nie chcę przerywać jego znakomitej radości, którą wypełnia teraz salę. Chwilę przyglądam się z jaką dokładnością ustawia auta jedno obok drugiego i z jaką precyzją odsuwa je od siebie, pilnując, aby się nie zderzały. Co jakiś czas spogląda na mnie i czuwa, czy jestem przy nim. Zerka i bada swoim spojrzeniem moją osobę, bo abym mogła towarzyszyć jego trzyletnim marzeniom, powinnam uśmiechać się całą sobą. I wtedy poczułam, jakby ktoś poklepał mnie po ramieniu i powiedział:

Jesteś nauczycielką przedszkola. Wiesz co robić. Nawet bez przygotowania.

I wtedy wszystko potoczyło się jak w dobrej bajce, której zakończenie – możesz być pewna, że było wzruszające.

Wreszcie to poczuła. To coś, na co czekała, a czego nie mogła wywołać żadna, nawet najsłodsza kawa. Udało się jej poczuć ten znajomy pęd i orzeźwiający wiatr. Zwyciężyła swoje słabości, które niczym bumerang wrócą zapewne jeszcze któregoś dnia, ale zanim to się stanie, zdąży się z nimi oswoić. To przyszło samo. Razem z tym małym chłopcem o wielkim sercu czekającym na miłość swojej pani nauczycielki. Chęć i motywacja do czynienia dobrych zmian, rozłożyły skrzydła. Przypomniała sobie, jak potrafi działać na pełnych obrotach, jak lubi to współdziałanie z miłością. Przedszkole to jej przestrzeń, to jej ląd. Tu rodzą się najpiękniejsze motywy ludzkich działań, inspirowane przyjaźnią i projektowane na przyszłość.

***
Jeśli nie pozwolisz sobie na wiarę w swoje możliwości, nie zdołasz nawiązać udanej relacji ze swoimi podopiecznymi. Pewność siebie wyzwala w nas dobre emocje, które wykorzystujemy w naszej pracy. Nie trzeba tej pewności sobie odpuszczać, nie należy jej oszczędzać. Pewność jest gwarantem bezpieczeństwa, a bez tego praca z dziećmi jest przecież niemożliwa.

Nie musisz się przygotowywać do godziny zero. Dla dzieci nie musisz być idealna. Wystarczy, że dla nich będziesz. To bardzo wiele. To prawdziwy skarb, taki nauczyciel, który jest. Być – brzmi tak zwyczajnie, mało wyniośle… a tyle kryje w sobie satysfakcji z życia! To tak samo jak z pojęciem nauczyciel – nie brzmi niezwyczajnie. Ale gdy poznasz jego historię i zobaczysz, ile robi dla innych jeszcze zanim rozpocznie się rok szkolny, następnym razem, gdy usłyszysz o nauczycielce przedszkola, powiesz, że to zaszczyt móc poznać ją osobiście.

Nie możesz się teraz zatrzymać. One to zauważą, poznają po Twoim nieobecnym spojrzeniu, braku uśmiechu i poczują się oszukane. A więc nie oszukuj, ale bądź. Całą sobą, otwórz się dla nich. Opowiadaj, śpiewaj, zaprzyjaźniaj się. Ale nie udawaj, nie pomiń tego, co najważniejsze w naszym zawodzie. Nie bój się, nie obawiaj, nie kwestionuj. Przypomnij sobie, jak Ciebie uskrzydla obecność kogoś bliskiego, na kim Ci zależy. Dzieciom zależy na Tobie. Dziecięce potrzeby i pragnienia nie różnią się wiele od tego, czego potrzebują kobiety. One też w pierwszej kolejności potrzebują czułej i uważnej obecności. A więc z tą wiedzą, świadomością swoich marzeń, wejdź do sali. Tylko Ty potrafisz najlepiej wejść w ich świat. Poradzisz sobie.