Czternasty października

Mówcie o nas.
Świat potrzebuje się wreszcie dowiedzieć, ile dobrego wnosimy w wasze życie…

***
Krople deszczu załamywały się na szybie za każdym razem inaczej. Izabela nie mogła odgadnąć zasady, według której najpierw rozpływają się we wszystkich kierunkach, a potem łączą się w jeden długi strumyczek, aby spłynąć w dół w swoim własnym tempie.

Iza widziała jedynie głowy ludzi siedzących przed nią, zresztą była na tyle zamyślona, że nic nie było w stanie zaprószyć jej uwagi. Senny dzień nie wydawał się różnić od pozostałych równie męczących zmiennością aury. Jesień zrzucała ostatnie liście w towarzystwie drepczącej jej po piętach zimy. W tym dniu nie miało wydarzyć się nic nadzwyczajnego. Był środek tygodnia.

Pod nogami ustawiła papierową torbę, w której starannie ułożyła kupioną rok temu sukienkę specjalnie na czternastego października. Dzisiaj założy ją znowu, ten sam naszyjnik, ta sama bransoletka. Może jedynie makijaż jest nieco wymowniejszy. I jest w niej może ciut więcej odwagi, naturalnie przybywającej z wiekiem. Iza zamknęła oczy i poddała się kołysaniu autobusu, pozwalając na chwilę odpocząć zagonionym myślom. Z tyłu głowy dochodziły ją jakieś głosy, ich tembr był raz przyjemny, innym razem wdzierał się w nią i denerwował, uciskając okolice uszu. W pewnej chwili ktoś szturchnął ją w łokieć i tym samym przerwał spokój, którego strażnikiem niezmiennie był Grzegorz Turnau, motywujący ją do życia w nowych fioletowych słuchawkach. Otworzyła oczy i ujrzała obok siebie rosłą postać w beżowym płaszczu, która z ulgą opadła na siedzenie. Zgrabnie wyjęła telefon i rozpoczęła wymianę poglądów na temat życia z drugą, zapewne identycznie dzielącą bezczas w autobusowym gwarze, dobrze jej znaną osobą. Ta charakterystyczna duża postać na ułamek sekundy spotkała się z Izabelą oko w oko, zahaczając o Izę całkiem przypadkiem. Przed nimi zwolniły się dwa miejsca, na które ta trzymająca przy uchu telefon kobieta, jednym ruchem przerzuciła reklamówkę, zajmując miejsce przy oknie. Jednak uczyniła to chyba zbyt raptownie, bo z siatki wyleciało pudełko Merci, z polską wersją językową w formie nakładki. Kobieta syknęła i schyliła się w kierunku pudełka, Iza również uniosła się z siedzenia, aby ratować skupiające wzrok innych ludzi, kuszące czekoladki. Spojrzenia kobiet znowu się spotkały, tym razem na nieco dłużej i bardziej bezpośrednio. Tych parę sekund wystarczyło, aby Iza zapisała w pamięci owal i wyraz twarzy oraz marszczący się sympatycznie nos.

– Dziękuję – kobieta z trudem odwróciła się i przez ramię podziękowała Izie za uprzejmość.

– Nie ma sprawy – Izabela uśmiechem odprowadziła kobietę, sadowiącą się z czekoladkami pod pachą na swoim ulubionym miejscu przy oknie.

Na jakieś 7 minut zapadła cisza zmieszana z rytmicznym kopaniem w siedzenie znudzonego gimnazjalisty, który widocznie gdzieś musiał wyładować złość dzisiejszego deszczowego poranka; wybrał autobus, twierdząc, że tu nikt nie odważy się polemizować z jego buntowniczym okresem dorastania. Miał rację. W autobusach ludzie są anonimowi i często robią rzeczy bardzo osobiste: kłócą się przez telefon, jedzą, śpią, całują, nadrabiają zaległości w załatwianiu spraw przez telefon, o których jednocześnie informowani są przypadkowi świadkowie. Zajmują się przeważnie sobą, nie innymi.

Iza odwróciła się i skuliła, szukając ciepła w miękkim załamaniu kołnierza kurtki. Wszystko wokoło mokło, deszcz zdawał się padać bez ustanku. W słuchawkach zapanowała nagle cisza i Iza niechętnie stwierdziła, że mp3 się rozładowała. Spojrzała na siedzącą przed nią kobietę. Teraz siedziała w towarzystwie swojej koleżanki, bo zwrócone do siebie z przejęciem wymieniały opinie o czymś. Zadziwiające, jak dużo o nas mówi język ciała.

– Wiesz, ta dziewczyna… nie mam pojęcia jak ona ma na imię, widzisz, mój mąż odprowadzał Konrada przez te dwa tygodnie, ja mam taki młyn w pracy, że głowa mała. No więc Przemek odprowadzał Konradka, niewiele mi o niej powiedział, podobnie od Konrada nie dowiem się za dużo, bo w kółko nas męczy, żeby tata przychodził później, bo on nie ma czasu się pobawić.

– Mówisz o wychowawczyni naszych dzieciaków? Taka niewysoka dziewczyna, w ostatnim tygodniu była rano, gdy przyprowadzałam Wiktorię. Nie dziw się Konradowi, w przedszkolu jest przecież tyle zabawek! Wyślij męża po zakupy, niech odbierze Konrada o 15.30, wtedy ja przychodzę po Wiktorię. Wrócimy razem.

– A słuchaj, wracając do tej nauczycielki… Powiedz mi, jaka ona jest?

– Wiesz… taka niedzisiejsza. W ogóle to przedszkole… to miejsce jest jakieś takie…

– Jakie?

– Strasznie fajne! Wiktoria przytula się do tej dziewczyny tak sama z siebie, a ta nauczycielka za każdym razem gdy mnie widzi, coś o Wiktorii mówi. A to, że nie chciała jeść, albo że zjadła dokładkę. Że popłakiwała lub głośno śpiewała piosenkę. Świetnie wyczuwa rodziców. Wie, czego potrzebujemy, jest niezwykle bezpośrednia, a przy tym jej słowa są rzeczowe i jak najbardziej na miejscu. Jak tam wchodzisz, nie czujesz nic.

– Jak to nic?

– Nic poza zadowoleniem. No tak, jakby ktoś ściągnął ci z barków wszystkie troski. Ta dziewczyna zaraża uśmiechem, są w niej wyważone emocje i spokój za każdym razem, gdy informuje cię o różnych rzeczach. Ona otwiera drzwi, a mała stoi przyklejona do niej i śmieje się od ucha do ucha. Gdy myślę, w jakim pośpiechu i nerwach wychodziłyśmy z domu i jak kolejny raz obiecywałam sobie, że więcej już tak nie będzie, mam ochotę wrócić do przedszkola i zabrać ją stamtąd, nie iść do pracy tylko zrekompensować jej ten ciągły pośpiech. Ale potem od razu przypominam sobie słowa pani Izabeli: proszę spokojnie iść do pracy, czekałam na Wiktorkę z niecierpliwością. Wiem, że ona potem już nie pamięta i dobrze się bawi. Znakomicie odnajduje się w przedszkolu i jestem o nią zupełnie spokojna. Gdy wchodzi do sali, jestem spokojna, wiem, że to miejsce dużo dla niej znaczy.

– Uspokoiłaś mnie. Od Przemka nie dowiem się za wiele, a i Konrad nie jest wylewny. Dzisiaj zobaczę ją pierwszy raz, zmienił mi się grafik w pracy i przez jakiś czas będę mogła odbierać Konrada. Kupiłam czekoladki, dzisiaj jest Dzień Nauczyciela. Świętują. Słuchaj, a jak ją poznam?

– Na sali są zwykle dwie panie. Jedna to nauczycielka, a druga rozkłada posiłki i pomaga. Spytaj o panią Izabelę, każdy ci ją wskaże. Jest charakterystyczna.

– Co masz na myśli?

– Wiesz, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, bo od zawsze sądziłam, że nauczycielki przedszkola to tylko proste dziewczyny, które potrafią opiekować się dziećmi i robią to przeważnie intuicyjnie, bo raczej nikt ich do tego nie przygotował.

– No a jest inaczej?

– Wiesz, kiedy więcej zaczęłam rozmawiać z nauczycielką Wiktorii, otworzyły mi się oczy. Na to wszystko, co one robią, te nauczycielki przedszkola. Czy ty słyszałaś, ile one muszą się szkolić i jak podnoszą swoje kwalifikacje? Podobno spotykają się, wciąż wymieniają doświadczeniami i wiedzą ze szkoleń… No powiem ci, że urosłam, gdy dowiedziałam się, że pani Izabela pojechała na szkolenie i dlatego jest nieobecna. A kiedyś podpisywałam coś i zaprosiła mnie do biurka. Kątem oka zobaczyłam, no nie to żebym była ciekawska, choć może trochę, ale tam leżały takie papiery z napisem „Certyfikat uczestnictwa”. Dzisiaj to już nie jest przedszkolanka, ale nauczycielka przedszkola przez duże N. Jestem strasznie dumna, że moją Wiktorkę uczy taka osoba, no wiesz, której kompetencje są na naprawdę wysokim poziomie. Serio, no nie mogłam uwierzyć, zresztą do dzisiaj patrzę na nią z szeroko otwartymi oczami. Słuchaj, ty wiesz, ile ona musi wiedzieć o dziecku, jakie musi mieć doświadczenie, z iloma rodzicami rozmawiała, ile dzieci oddała do szkół?

– W sumie to nigdy o tym nie myślałam…

– No ja też nie. Dlatego tak cię zachęcam, abyś zechciała poznać ją osobiście. Zagadnij do niej, na pewno nawiąże z tobą rozmowę. Jest otwarta i bardzo życzliwa. Spodoba ci się. Znam cię i wiem, że zawsze byłaś wymagająca w stosunku do osób, które zajmowały się Konradem. Bądź spokojna, bo tym razem trafiłaś w dziesiątkę. Ta nauczycielka jest świetna.

Iza wbiła nos w szybę. Naliczyła dziewięćset siedemdziesiąt osiem kropel, policzki miała ciepłe i oczy wilgotne. Chłonęła każdy szczegół przesuwający się z prędkością jazdy autobusu. Świeże powietrze wpadło przez otwierające się ze świstem drzwi. Ludzie przepychali się, dosłownie walcząc o szansę wyjścia i wejścia. Późna jesień spiera się z zimą o pierwszeństwo w bramie codzienności. Dwie siostry, dwie pory roku przepychają się, odnajdują, przyciągają się i odpychają. Tak samo jak opinie na temat naszego zawodu – pomyślała Izabela, ściskając papierową torbę z seledynową sukienką.

***
Złota jesień pachnie dzisiaj sukcesem. Jesienią zakwita czternasty października w doniczkach i wazonach, ozdabiając biurka setek nauczycieli. Niektórzy dziękują im tradycyjnie, inni sztampowo i po prostu, pozostali z rozmachem i gestem, a jeszcze inni, stając w progu drzwi, nieśmiało patrząc Ci w oczy. Wszystkie słowa duże i małe, przygotowane lub spontaniczne, wyuczone na pamięć czy wzruszające i mało odważne… One wszystkie są potrzebne, aby usłyszeli o nauczycielach ci, którzy nie mają o nas pojęcia. Ten dzień jest potrzebny, aby otworzyć oczy tym, którzy mają je przymknięte na co dzień, gdy wchodzą do przedszkola. Dorośli. Zabiegani, zagubieni, zachłanni. Oczekiwaliby jeszcze więcej, gdyby nie nasz zdrowy rozsądek. Niby świat idzie do przodu, a poglądy na nasz zawód stoją w miejscu. Ludzie mówią o nas: nianie, opiekunki, przedszkolanki. Mają nas za panie do opieki.

Niech nazywają nas jak chcą.

Ale niech zobaczą, ile dobrego robią nauczycielki przedszkola. Bo jeśli dziecko się śmieje, nawet jesienne popołudnia przestają tak mocno doskwierać. Zadowolone dziecko jest jak spacer po parku, jak garść szczęścia w kieszeni i czerwone słońce zwiastujące dobrą pogodę. Jak lasy malowane jesienią i puszysty śnieg na czubkach prezentów. Skoncentruj się na tym, co jest w życiu ważne. A potem spójrz… Ile w nim jest nadziei i ile czekających na realizację szans. Wcielaj je w życie, realizuj, podejmuj. Nie stój w miejscu. Droga nauczycielki prowadzi przez wiele osamotnionych wysp, meandruje, zmienia się. Nasz zawód jest okrętem dla wielu rodziców, nieświadomych, jak wielkie znaczenie może mieć nauczycielka w paroletnim życiu dwudziestu pięciu małych dzieci. Nauczyciel jest jak słońce, które wschodzi i zachodzi nieprzerwanie tańcząc swojego walca. Wspina się na palce, aby objąć troską wszystkich swoich wychowanków i siada na dywanie, aby zrównać się z najmłodszymi. Jest na wyciągnięcie ręki, by złapać za nią każde dziecko. Pracujemy w przedszkolu, a przedszkole jest przed szkołą, jest przed wszystkim. Jest przede wszystkim. To wstęp do kolejnych historii, w których mały człowiek uczy się, dojrzewa i dorasta, znajdując przystań w ramionach już nie naszych, a innych ludzi. I idąc przed siebie, ma w pamięci opowieść o swoim przedszkolu, w którym nie istniał czas, ale miłość.