Dwudzieste szóste miejsce przy stole

Uwierz, że to, co robisz, jest trochę magiczne. Świąteczne. Niezwykłe.
A z drugiej strony bardzo proste.

***
– Często tu pani przychodzi?

– Tak, dość często… Wolę być wśród ludzi, niż w swoim dużym, pustym domu.

– Nie ma pani rodziny, kogoś bliskiego?

– Nie mam nikogo. Mam tylko tę kawiarnię. Kelnerkom nie przeszkadzam, czasem pomagam układać na stolikach świeże kwiaty. Lubię to miejsce.

– Idą Święta… Z kim pani będzie je spędzać?

– Z nikim. Będę w swoim mieszkaniu.

***
Ja i Magda, uwielbiałyśmy małą kawiarnię na rogu ulicy. W zimowe poranki zamawiałyśmy dwie kawy z dodatkiem gorącej czekolady. Latem podawali tu najlepszą w całym Krakowie mrożoną herbatę. Za każdym razem wybierałyśmy ten sam stolik z miniaturkami goździków w zielonej butelce. Za każdym razem ta kobieta niezmiennie siadała przy tym samym stoliku. Wybrała go już na długo przed tym, zanim zjawiła się tam nadzieja. Towarzyszyło jej wspomnienie, które wtopiło się w jej postać, stało się częścią jej planu dnia, który zaczynał się i kończył w kawiarni. To miejsce stało się ogniwem jej życia, pierwszą myślą o brzasku słońca, rytuałem świtu, składaną obietnicą, że tego dnia, najpóźniej jutro, przestanie tu przychodzić. Ta kobieta zapomniała o smutku, żalu i wszystkich trudnych uczuciach dokładnie wtedy, kiedy usłyszała pierwsze bicie serca pod swoim, dzisiaj popękanym. Żyła spokojnie jak większość szczęśliwych kobiet. W upływających tygodniach jakby czas zatrzymywał się coraz częściej i drwił z jej niemocy, braku i godzin spędzonych w kawiarni, która stała się jej drugim domem. Była drobna, raczej smutna i niczym niezajęta. Sprawiała wrażenie, jakby na kogoś czekała; była przekonywująca w swoim cierpliwym uderzaniu palcami o blat stolika. Co jakiś czas spoglądałyśmy na siebie. Zamówiłyśmy to samo. W pewnym momencie podeszła do mnie i naturalnie zapytała mnie:

– Przepraszam, czy nie widziała pani tutaj małej dziewczynki? – wypowiadając te słowa, zaakcentowała ostatni wyraz. Miała w oczach spokój. I to on mnie przekonał, że nie warto obrócić się na pięcie.

– Nie – odpowiedziałam, w kilkanaście sekund starając się jej pomóc. – Przychodzę tu często, ale żadnych dzieci tu nie widziałam. Czeka pani na kogoś?

– Tak. Czekam. Ale ten ktoś już bardzo długo nie przychodzi…

***
– Piotrek, daj spokój! W sumie to sama nie wiem, po co ci to wszystko powiedziałam! – jak zwykle, nasze drogi rozmijają się już po paru minutach poszukiwania kompromisu dla moich irracjonalnych pomysłów – tak mówi o nich Piotrek. Jest programistą. Ja nauczycielką przedszkola. On programuje, ja projektuję. On tworzy kombinacje znaków i cyfr, ja tworzę udane relacje między ludźmi. Piotrek zmienia ciągi liczb, ja zmieniam ludzi. Małych uczę, jak odważnie wejść w dorosłe życie; dorosłych uczę, jak znowu stać się dziećmi. Moje pomysły nie są irracjonalne. Są prawdziwe, codzienne, tożsame z życiem. To są często stawiane pytania. Wątpliwości. Wzruszenia, do których przyznaję się dopiero po godzinach pracy. Subiektywne przypuszczenia. Interpretacje. Wreszcie: Fundamenty. Cechą charakterystyczną zawodu nauczycielki przedszkola jest: Początek. Inaczej wstęp do nowej opowieści, z którą przychodzi każde dziecko. Już w szatni zaczyna ją opowiadać: Sobą, relacją z rodzicami, energią, jaką obdarza przedszkolne otoczenie. Dlatego my, nauczycielki przedszkola – jesteśmy uważne. Jesteśmy dociekliwe. Chcemy wiedzieć, czy małe serca wypełnia samotność, czy rozpycha się w nich zadowolenie. Rozgryzamy ludzkie zagadki i pełne wrażeń sceny z życia. Kiedy chodzi o dziecko, jesteśmy uparte w docieraniu do drugiego człowieka. Konsekwentne, silne.

***
Czy nie jest tak,

że my, nauczycielki, zadajemy sobie pytania, a one chodzą w kółko po głowie, stają się tematem rozmów z najbliższymi, aż w końcu okazują się niemym potwierdzeniem tego, co już się zadziało lub dzieje już od dłuższego czasu w wielu domach, lecz nieprowokowane, nienazwane po imieniu – więdnie, umiera, archiwizuje się… Dlaczego przy niektórych dzieciach zatrzymujemy się dłużej, szukamy ich miejsca w hierarchii dzisiejszych czasów? Hierarchii spraw ważnych i ważniejszych. Wyławiamy z tłumu wydarzeń – akurat te, w których ustępujemy miejsca obcym nam problemom, a nie nasze sprawy zabieramy ze sobą do domów, wciskamy w porządek myśli prywatnych. Których nie odkłada się na później.

Tak było i tym razem. Myśl nad jednym pytaniem, które zadała mi ta kobieta, nie pozwalała przejść obok tej sprawy obojętnie. „Czy widziałam dziecko?”. Owszem, widuję je roześmiane, płaczliwe, zamyślone, chore, pełne energii, czasem smutne, częściej szczęśliwe. Widzę je codziennie, parę kroków dalej, na końcu ulicy, przy której znajduje się kawiarnia. Wystarczy wyjść parę kroków. Poza próg tej kawiarni, zostawić tę nadzieję i pozwolić jej zakwitnąć poza tym miejscem, w którym nic się nie dzieje.

Fakty nie łączą się, emocje zbiegają się w jedno: w niewiedzę. O małej, poszukiwanej dziewczynce.

***
Chciałabym zdobyć sympatię tej kobiety, aby zechciała mi powiedzieć coś jeszcze niż tylko to, że czeka. Nie potrafię wymienić trzech argumentów, dla których tak bardzo mi na tym zależy. Mam tylko jeden: ta dziewczynka jest dla tej kobiety kimś ważnym, skoro ona tak cierpliwie na nią czeka. Lecz poza nadzieją i setkami twarzy, które mija w drzwiach kawiarni, nie spotyka tu nikogo, kto by ukoił jej niepokój ogromnych rozmiarów. Bezkresny.

***
– Jesteś nauczycielką, a bawisz się w detektywa! Iza, co cię napadło?! – Piotrek pyta mnie po raz kolejny wchodząc do kuchni, w której podlewam akurat kwiaty. Uratuję nawet najmniejszą roślinkę i Piotrek doskonale o tym wie, że nie odpuszczę.

– Jestem nauczycielką przedszkola – odpowiadam, szepcząc storczykowi na ucho. – Jestem detektywem i szukam ludzkiej samotności, aby raz na zawsze z nią skończyć, w nowym roku pominąć ją identycznie jak czyni to dzisiaj z tą niemal przezroczystą postacią siedzącą w jednym miejscu. Niezmiennie obok swojej nadziei i niedaleko mnie. Zamyka ją w małej kawiarni na rogu ulicy, wciska w przestrzeń myśli o przeszłości, częstuje bladym zaufaniem. Idzie nowy rok. Nikt nie powinien czuć się samotny.

***
– Uspokój się i zacznij myśleć racjonalnie! Iza, gwarantuje ci, że nikt nigdy by się na to nie zgodził… Pomyśl trzeźwo, to jest obca kobieta, o której kompletnie nic nie wiesz! – Piotrek nie daje za wygraną.

– Wiem, że te Święta będzie spędzać samotnie. I że czeka na kogoś, kto do tej pory jeszcze się nie pojawił. I że ten ktoś jest mały i bliski jej sercu. Na kogoś, kogo się nie kocha, nie czeka się tak długo, cierpliwie. Myślisz, że ona z kimś o tym rozmawia? Jak myślisz, czego brakuje jej najbardziej?

***
– Proszę pani…

– Proszę mówić mi Dorota…

– Iza – odpowiadam. Prawie słyszę jak szeleszczą skrzydła dobrych aniołów. Jeszcze nie odleciały, ale szykują się do drogi. A więc zdążyłam. Zostały, bo usłyszały, jak proszę o dobry splot okoliczności. Na nowy rok.

Chciałabym jej pokazać, jak pięknie w przedszkolu dzieci odnajdują swoje Betlejem, ustrojone siankiem i marzeniami o prezentach. Rozumieją te Święta na swój własny sposób. Z piernikami na choince, okruchami na dywanie i buziami rumianymi od ciepłego barszczu, z których nie znika uśmiech. Podając Dorocie rękę, podaję jej przepis na radość: tę najbardziej zwykłą, najprostszą, fundamentalną. Której sama nauczyłam się w przedszkolu. Tego, co ważne, tu się nauczyłam. Że jakkolwiek mocno targają duszą wiatry zdarzeń, one zmuszają Cię do równowagi, do wygładzenia obyczajów, odłożenia na później bólu, ciszy, wreszcie samotności. Jakkolwiek dużych rozmiarów by ona nie była, skurczy się, gdy znajdziesz się w obecności dzieci. One pochłoną Cię, zasłonią Twój świat swoim, zmęczą pragnieniem posiadania Cię na wyłączność. Kiedy nie miałam Piotra obok siebie podczas pierwszych Świąt w naszym nowym domu, zima zdawała się nie mieć końca. Jej czar odkryłam, gdy wieszałam z moimi podopiecznymi bombki na choince, kiedy kleiłam łańcuchy, a dzieci przekonywały moje serce, że tylko one potrafią tak wyjątkowo śpiewać kolędy. I gdy łamałam się opłatkiem, a życzenia dla swojej pani – brzmiały szczególnie, nieco niezdarnie i wzruszały, poruszały, wzbogacały o tę świadomość, że przecież tu bije źródło Ziemi. To z niego wypływa strumyczek, w którymś momencie zmieniając się w wartki strumień pędzący dalej z nurtem rzeki. Kiedyś te małe dzieci wypłyną na wielkie wody, szerokie oceany. Kiedyś to one będą ubierać choinkę z Twoimi wnukami. Dbaj więc o dobry wiatr; o każdą gałązkę, by była ustrojona. Z każdą bombką obchodź się bardzo delikatnie, niech dzieci poczują, jak ważne jest bycie razem. Dwudzieste szóste miejsce przy stole w te Święta niech będzie zajęte. A na ten wieczór, Dorota niech odnajdzie w sobie dziecko. Niech ono zadecyduje za nią, w jakiej relacji ze światem przywita nowy rok.

***
– Przyszłam, bo miałam nadzieję, że panią tu dzisiaj spotkam… Chciałam panią zaprosić na Wigilię. Proszę, tu jest zaproszenie – czuję ulgę, że to zrobiłam. Ulga to takie niebywałe samopoczucie, podobne trochę do motywacji. Mobilizuje do życia, napełnia ciało nową energią i daje wewnętrzną satysfakcję, że zrobiło się coś dobrego. Coś tak dobrego, że serce rośnie. Spójrz, jak wysoko.

***
– Czy to ktoś z pani bliskich odwiedził panią wczoraj w naszej kawiarni? – kelnerka pyta i unosi brwi, a w tym spojrzeniu jest ziarno ciekawości, może dwa życzliwości. I znowu kolejna nadzieja, że Dorota w te Święta nie będzie sama.

– Nie… Raczej to znajoma, w zasadzie nie wiem, jak ją określić, ona też przychodzi do tej kawiarni, zaczęłyśmy rozmawiać trochę więcej… Zaprosiła mnie na Święta.

– Wspaniale! Prawdziwy skarb taki człowiek. Nie zna pani zupełnie, a zaprasza panią do domu. Godne podziwu – kelnerka oddycha jakby czuła się za tę drobną postać odpowiedzialna.

– Iza nie zaprosiła mnie do swojego domu. Zaprosiła mnie do przedszkola.

***
Zaczął padać śnieg. A wraz z nim chodnik przed kawiarnią pokrył biały puch. Nienaruszony, bielusieńki, błyszczący. Na tej białej drodze pojawiły się ślady. Było ich coraz więcej. To ślady Doroty, która zawsze ostatnia opuszczała kawiarnię. Tamtego dnia wyszła o wiele wcześniej niż zwykle. Czy było to taktowne wobec przyjaciółki nadziei, którą zostawiła bez słowa przy niemym stoliku, do którego nikt nigdy się nie przysiadał?

Może i nie było. Ale ona nareszcie była trochę szczęśliwa. Przecież musiała się przygotować. To jej pierwsze spotkanie od paru miesięcy. To pierwszy raz, jak opuszcza kawiarnię, aby już nigdy do niej nie wrócić.

Przeczytaj część drugą odcinka

***
Karolina Turek – mama dwójki dzieci, nauczycielka przedszkola „zainspirowana” dzieckiem. Uwielbia pisać i tę pasję konsekwentnie łączy z zawodem, opisując swoje zawodowe doświadczenia zdobywane w pracy z dziećmi. Między wierszami Karoliny, spotyka się wrażliwość „o parę numerów za dużą” – jak sama o sobie mówi. Czasem jej to przeszkadza, a czasem pomaga w dostrzeganiu tego, co istotne w byciu nauczycielką. Stara się jak najwięcej mówić o empatii, stawiając ją za fundament w budowaniu swoich wartości. Autorka książeczki adaptacyjnej „Wkrótce będę przedszkolakiem. Książka wprowadzająca dziecko w świat przedszkola” i „Niekończąca się historia… Poradnik dla rodziców o tym, jak wprowadzić dziecko w świat przedszkola”, oraz książki „Nauczycielka przedszkola. Pomiędzy pasją a zagubieniem”. Pisząc bloga, konsekwentnie zadaje pytania o miejsce nauczycielki przedszkola w dzisiejszej edukacji, a także w zwykłej codzienności wielu rodzin. Blog traktuje jak wartościową przestrzeń, w której spotyka się coraz więcej nauczycieli przedszkola – świadomych swojego zawodu i otwartych na szczerą dyskusję.

nauczycielka_blog