Raz cicha przystań, raz niespokojny brzeg

Będziesz płynąć i zawracać, tam i z powrotem.
Tyle razy, ile okaże się to potrzebne,
Raz będziesz przystanią, a raz osamotnionym brzegiem.
Ale zawsze zagubiony okręt odnajdzie przy Tobie swój ląd.
Bo jesteś nauczycielką przedszkola.

***

Boli mnie brzuch, nie, raczej biodro. Ból „rwie” lewą nogę aż po kostkę. Fatalnie się czuję. Gorzej, że zrobiłam zakupy. Wprawdzie małe, ale i tak wymagają wysiłku, na który nie stać mnie po dzisiejszym starciu z parą ciężkich butów ortopedycznych. W dodatku o numerze o wiele za dużym jak na wzrost 1,32. Uciska mnie w lewym boku i próba założenia na ramię tornistra Martynki, kończy się syknięciem i wykrzywieniem ust, bo ciężar nasilił „rwanie” już w całej lewej stronie mojego ciała. Kurcze, no boli, a Piotrek wyjechał akurat dzisiaj na delegację. Musimy wracać sami.

– Mamusiu, pomogę… – mój syn wyszarpuje mi z rąk torebkę. Ta jego urocza nachalność rozbawia mnie i przez moment udaje mi się nawet uśmiechnąć. Zastanawiam się, jaki będzie, gdy dorośnie, jak ułożą się jego relacje ze światem?

– Nie trzeba, poradzę sobie, Adasiu. Powiedz Martynce, że idziemy, a ty daj mi, proszę, rączkę.

– Mamo, dlaczego trzymasz się za bok? Boli cię? Może zadzwoń po taksówkę…

– Nie, nie trzeba Martynko. Trochę boli mnie z tej strony, ale poradzę sobie. Weźmiesz Adasia za rączkę? Pójdziecie przodem. Ja za wami, trochę wolniej.

Martynka bierze brata za rękę i wychodzą z przedszkola. Daję jej cukierki, które dostałam od dziewczynki z mojej grupy. Ola przyniosła je z okazji swoich piątych urodzin i obsypała moje biurko słodkościami. Martynka posłusznie dzieli się z bratem, a ja, by ukryć rwący prąd, przeszywający nagle, niespodziewanie i całkiem ode mnie niezależnie, zakładam okulary przeciwsłoneczne i idę parę kroków za dziećmi. Szczęśliwe z powodu słodyczy, nie zwracają na mnie uwagi aż do samego przystanku.

***
W domu oglądam swoją nogę, która dobrze nie wygląda. Jest mocno stłuczona i ma sinoczerwony kolor. – Przejdzie… – staram się półgłosem przekonać samą siebie, bo poza mną w kuchni nikogo nie ma. Wracam do odpoczynku, opadając delikatnie na oparcie bujanego fotela.

– Nie tak prędko. Nieźle oberwałaś. – Spodziewałabym się wszystkiego, ale nie Piotra, który stał w drzwiach i przecząco kręcił głową, wpatrzony we mnie jak w nieszczęście. Uniósł w górę brwi, jakby się dziwił, że taka duża dziewczyna nabiła sobie siniaka.

– Piotrek! Nareszcie jesteś! – Byłam przekonana, że wróci grubo po północy. Gdy znikał w chmury na delegację, jeszcze ani raz nie udało mu się wrócić wcześniej niż w środku moich słodkich snów.

– Stęskniłem się za wami i wyszedłem wcześniej z ostatniego spotkania. Poradzą sobie beze mnie. Dostałem bilet na ostatni lot jeszcze dzisiaj… I chyba dobrze zrobiłem. Iza, co to jest? – Piotr natychmiast zwrócił uwagę na moją opuchniętą kostkę.

Pulsujący od stóp po kolano i narastający tuż nad biodrem złośliwy ból, do tego zmęczenie i zagubione serce, złożyły u mych stóp broń i kiedy Piotr wziął mnie w ramiona, dałam za wygraną demonom dzisiejszego dnia. Ciągnący się od tygodni horror, teraz zbierał fatalne w skutkach chore żniwa. Rozpłakałam się jak dziecko, a wraz ze łzami poczułam chwilową ulgę. Przez moment miałam nadzieję, że wydarzenia ostatnich dni, już nigdy więcej nie zdołają nas dosięgnąć. Splot okoliczności tego wieczoru wypełniał moje serce zarówno wzruszeniem wywołanym bliskością Piotrka, jak również obawą, że to, co się już zadziało, nie skończy się tak szybko.

– Zamierzasz coś z tym zrobić? – Piotr uwolnił mnie z ramion, jakby był czymś pochłonięty i rozproszony na zmianę. Jeszcze chwilę temu był skupiony, gładził koc, którym przykrył nas oboje. Nagle wypuścił mnie z objęć, a że uczynił to mało uważnie, skrzywiłam się, łapiąc za kostkę, która siniała pod wieczór coraz bardziej. Pytająco spojrzałam na Piotrka, a on w zamian sięgnął do torby wypełnionej po brzegi służbowymi notatkami.

– Zamierzam pomóc temu chłopcu… – moja odpowiedź zginęła w szeleście papieru, który Piotrek odwijał teraz nadzwyczaj ostrożnie.

– Mam coś dla ciebie – na te słowa uśmiechnęłam się jak dziecko, zwiedzione obietnicą czegoś słodkiego. Piotrek wyciągnął maleńką postać, która przelewała się w przezroczystej mgiełce wśród miliona drobinek. Wszystko zamknięte w gładko oszlifowanym okręcie. I do tego w rozmiarze małego palca.

– To ty, Iza. – Piotr łagodnie poturlał tę maleńkość po przegubie moich dłoni, aby zaraz ułożyć ją w ich zagłębieniu. – To jesteś ty, to małe w środku. Jesteś tak pochłonięta swoją pracą, jak ten żeglarz, którego żywiołem jest bezkresny ocean. Stałaś się zamknięta na argumenty otoczenia, jak ten maleńki człowiek dryfujący po mapach swoich racji. Pływasz w łodzi, która nie daje ci stabilności ani bezpieczeństwa. Czasem przecieka, czasem się chwieje, lecz ty płyniesz i płyniesz i nie ustajesz w swoim zawodowym rejsie. Bo jesteś ambitna, bo wierzysz, że zdołasz zmienić dziecięcy świat, bo jesteś nauczycielką przedszkola. Rozumiem i wiem, że potrafisz być uparta. Ale gdzie jest granica tej pomocy, która zmienia się w heroiczną walkę o twoje zdrowie i samopoczucie? Iza, proszę, nie wypływaj w kolejny rejs kosztem siebie. Bo kolejny raz okaże się, że płyniesz zupełnie sama.

Piotr nie przestawał mówić. W jego głosie było napięcie:
– Cztery dni temu wyjechałem w delegację. W nocy przed moim wyjazdem opowiadałaś mi o jednym z twoich podopiecznych. Wtedy nawet nie podejrzewałem, że ten chłopak może być tak niebezpieczny. Broniłaś go, że agresywny jest dlatego, bo doświadcza agresji w domu. Zapewniałaś, że poradzisz sobie z jego gniewem, siłą i niekontrolowaną złością. Uspokajałaś mnie, że to tylko dziecko. Tymczasem to dziecko cię uderzyło – przerywam, a raczej chcę, ale Piotrek nie dopuszcza mnie do głosu, jakby bronił dostępu do jakichkolwiek wyjaśnień. On jeszcze nie skończył:
Nie próbuj mnie powstrzymywać. Wobec prawa jesteś nietykalna. Gdyby to była osoba dorosła, cała sprawa zostałaby skierowana do sądu. Jesteś chroniona prawem! I to nic mnie nie obchodzi, że on ma dopiero sześć lat!! Ale zadaje ciosy jak zawodowiec. Jego rodzice milczą. I nikt z tym nic nie robi! – Na skroniach Piotra dostrzegam delikatne żyłki, poruszające się w górę i w dół. Oczy ma nieobecne, a jego szerokie barki zdają się być jeszcze silniejsze.

– Więc zrobię coś ja – Piotrek powiedział to, kompletnie na mnie nie patrząc. Zdawało mi się, że ktoś, do kogo mówi, stoi właśnie za oknem. – Skoro sześcioletni łobuz stawia się do mojej żony, niech spróbuje zaczepić faceta o wzroście 1,90. To dziecko to mały bokser. Wiem, że moneta ma zawsze orła i reszkę. I może ten chłopiec chciał grać z tatą w piłkę i oglądać z nim mecze w telewizji, zamiast mierzyć ciosy małymi słabymi piąstkami, które z czasem przestały umieć robić cokolwiek innego. Ale na miłość boską! On cię uderzył! I zrobi to jeszcze raz. Czy wy nie możecie usunąć go dyscyplinarnie z przedszkola? Przecież zagraża dzieciom i wam – ale Piotr palcem złożonym na ustach uprzedza mnie, że zna już odpowiedź. Doskonale wie, że znajdę wytłumaczenie dla każdego dziecka i najdziwniejszego zachowania. W końcu od pięciu lat jest mężem nauczycielki przedszkola.

Twoi bliscy uczą się od Ciebie wiele. Oni stoją obok. Nie pomiń ich, gdy będą chcieli dotrzymać Ci kroku lub Cię wyprzedzić. Zrobią to wtedy, kiedy Ty zatracisz się w dążeniu do absolutnego dobra. Dopuść do głosu również świadomość, że niebo nie składa się tylko ze śnieżnobiałych chmur układających się w kształty cukrowych baranków. Są też sytuacje, których nie da się wygrać za pomocą dobrych emocji. Te same chmury dają deszcz, grad i burze. Wtedy trzeba oddać stery i pozwolić pokierować swoim zagubieniem komuś, komu na Tobie zależy i kto ma dystans do całej sprawy.

***
Przyznaj się do niewygodnych uczuć. Stań się przyjaciółką dla samej siebie. I otwórz przed sobą swoje serce. Spójrz, ile jest w nim różnych emocji. Nie wstydź się tego, że nie wszystkie są w jasnych kolorach radości. Nie udawaj, że emocje, które uwierają, nic Cię nie obchodzą. Są w naszych grupach takie dzieci, których życie ukształtowało mniej spokojny scenariusz, w którym coś zgrzyta i nie jest dostosowane do ich wieku. Dzieją się w naszych salach małe dramaty, o których dowiadujesz się, bez zadawania pytań, bez dochodzenia do prawdy. Nie wolno Ci o nich mówić, bo to, co łączy Ciebie i Twoich wychowanków, to więź oparta o wzajemne zaufanie i określony kodeks postępowania. Lecz nie zapominaj, że to dzieje się z poszanowaniem obu stron. Kiedy w Twojej pracy zawodowej zaczyna brakować słońca, nie wspinaj się po nie na palce. Zabraknie Ci sił, zasłabniesz, zwątpisz… Taki wysiłek jest ponad Twoją miarę, a gorące słońce poparzy Cię i oślepi blaskiem. Pozwól sobie odpocząć, przyznać się, że nie jest całkiem w porządku. Że wykorzystałaś już wszystkie możliwości. I że Twoje starania nie działają tak, jak sobie wymarzyłaś. Gdy dziecko podnosi rękę, gdy bije, mając wokół siebie bezradnych dorosłych, zapętla się w swojej tragedii jeszcze mocniej. Nie przyznawaj się przed nim, że nie masz już siły zmieniać rzeczywistości. Oddaj stery komuś, kto Cię kocha, komu ufasz i kto ma do Ciebie ogromny szacunek. Powiedz mu o tym, ukryj twarz w dłoniach, usiądź. Przestań gonić. Przyznaj się, że w Twoim zawodzie jest jeszcze jedna przestrzeń, której obawia się każdy nauczyciel. Agresja. Samemu niełatwo stawić jej czoła. Wymaga czasu i wiedzy o dziecku, zdobywanej nieraz miesiącami i w bardzo trudnych okolicznościach. Rozglądnij się, posłuchaj innych, zwolnij. Dzieci mają nieprzebraną energię, kryją w sobie wiele niezrozumiałych historii. Musisz mieć siłę, aby sprostać im wszystkim, aby się z nimi oswajać, aby dotrzymywać im kroku. Skąd w takim razie będziesz ją czerpać? Nie ukrywaj swoich trudnych uczuć, nie umniejszaj ich. A być może okaże się, że po coś było to potrzebne, że dzięki tej chwilowej słabości, odkryjesz jakiś nowy sens. Sens, który zaowocuje nowym spojrzeniem na dziecko i nowym sposobem przyjmowania rzeczywistości. Może otworzysz oczy i zobaczysz, że niebo nie jest wciąż w tym samym kolorze, jak Cię dotąd uczono. Może wreszcie odkryjesz, że niebo ma wiele odcieni błękitu.
Usiądź, spójrz w niebo. Nie spiesz się. Ono wymaga czasu, aby się zmienić.

Przeczytaj część drugą odcinka

***
Karolina Turek – mama dwójki dzieci, nauczycielka przedszkola „zainspirowana” dzieckiem. Uwielbia pisać i tę pasję konsekwentnie łączy z zawodem, opisując swoje zawodowe doświadczenia zdobywane w pracy z dziećmi. Między wierszami Karoliny, spotyka się wrażliwość „o parę numerów za dużą” – jak sama o sobie mówi. Czasem jej to przeszkadza, a czasem pomaga w dostrzeganiu tego, co istotne w byciu nauczycielką. Stara się jak najwięcej mówić o empatii, stawiając ją za fundament w budowaniu swoich wartości. Autorka książeczki adaptacyjnej „Wkrótce będę przedszkolakiem. Książka wprowadzająca dziecko w świat przedszkola” i „Niekończąca się historia… Poradnik dla rodziców o tym, jak wprowadzić dziecko w świat przedszkola”, oraz książki „Nauczycielka przedszkola. Pomiędzy pasją a zagubieniem”. Pisząc bloga, konsekwentnie zadaje pytania o miejsce nauczycielki przedszkola w dzisiejszej edukacji, a także w zwykłej codzienności wielu rodzin. Blog traktuje jak wartościową przestrzeń, w której spotyka się coraz więcej nauczycieli przedszkola – świadomych swojego zawodu i otwartych na szczerą dyskusję.

nauczycielka_blog