Dzień Nauczyciela

Dzień Nauczyciela. Wstaję i jak co dzień wykonuję te same czynności. Myję się, ubieram, patrzę na termometr. 2 stopnie. Do tego pada. Parzę kawę. Jej intensywny zapach wypełnia kuchnię. To będzie dobry dzień – te słowa układam w myślach jak muzykę. Turlam kasztany, jesienią dają dobrą energię. Przymykam na moment oczy, aby zagłębić się w tej aromatycznej ciszy. I nagle coś słyszę. Dochodzi do mnie tylko szum. Jakby leciał samolot, albo ktoś taszczył za sobą kilometrową folię… Otwieram oczy i powtarzam do siebie – Nie… Tylko nie to – A jednak to. Wiatr. Wieje jakby głowę chciało urwać. I już nawet kawa nie cieszy. Dopijam ostatni łyk i wychodzę. Na deszcz, chłód i wiatr. Jest szósta pięć.

W tramwaju zamykam oczy. A raczej próbuję, bo zdaje mi się, że siedzę w poczekalni do lekarza. Wszyscy kaszlą, a przy tej chorobliwej muzyce drzemać nie sposób. Zakładam słuchawki. Jest ciut lepiej. Na kolejnym przystanku budzi mnie piskliwe szczekanie. Niezadowolony kundelek o mało nie wyskoczy starszej pani z objęć. Ustępuję miejsca. Przez okna tramwaju niewiele widać, bo deszcz i wiatr zacinają centralnie w szybę. Myślę, jak miło będzie gdy wysiądę. I wysiadam. Ale miło wcale nie jest.

Idę szybko, a raczej biegnę. Kalkuluję, że gdy będę biegła – horror pogodowy mnie ominie, a przynajmniej nie zmoknę tak mocno i szybciej dotrę do pracy. Jak bardzo się mylę, bo deszcz zacina prosto w twarz i po paru minutach jestem przemoczona identycznie jak gdybym szła pieszo. Nawet nie wyjmuję z torebki parasola. Wygnie go w drugą stronę. W taką pogodę sprawdziłby się tylko odrzutowiec z zezwoleniem na ląd w mojej sali.

Jestem na miejscu. Już mam dosyć, a to dopiero początek batalii. Pierwszą stoczyłam z naturą, kolejna czeka mnie z Leosiem. Ściągam mokry płaszcz i idę na parter po dzieci. Koleżanka częstuje mnie torebką herbaty. Chwilę rozmawiamy, po czym znikam za drzwiami swojej sali. Wchodzę i już od progu rzuca mi się w oczy niepoliczona diagnoza. Nie mam na nią najmniejszej ochoty. Obok karteczka z wiadomością od zmienniczki: Rano podejdzie do ciebie Pani Rajska… Moją uwagę rozprasza jakiś szelest podobny do tego, który słyszałam w kuchni dzisiaj rano. Z tą różnicą, że ten szum szybko się zaczyna i szybko się kończy. Gdy milknie za drzwiami, już wiem, że to szmer foliowych butów sunących po schodach. Zgodnie z obietnicą przyszła Pani Rajska. Już od progu zaczyna martwić się o swoją córeczkę: – Marysia kaszle, jest chudziutka i nie chce jeść. Tłumaczę, zapewniam, uspokajam. Ona dziękuje i wychodzi. Potem mam jeszcze pięciu interesantów i dwie interwencje Pani Dyrektor wespół z panem konserwatorem. Staram się pomóc, ale nie bardzo znam się na instalacji grzewczej. Patrzę na Antosię. Jest cała w smutku. Jakby celowo ubrano ją w ten smutny deseń. Pan konserwator mówi coś na temat ogrzewania. Niewiele rozumiem, w ogóle nie dociera do mnie jego głos. Patrzę na Tosię, jak analizuje trasę kropel płynących po szybie. Ja robiłam to samo w tramwaju. Już wiem, że to nie będzie dla niej dobry dzień. Jeszcze domofon, że Olek się spóźni i przyjdzie w trakcie zajęć. Ponownie wchodzi Dyrekcja z informacją, że do grupy przyjdzie jutro nowe dziecko. W tym czasie Ala wylewa na siebie całe kakao. Biegnę ją ratować, wybija ósma i pani Zosia zaczyna pracę. Alicja zanosi się wniebogłosy, jakby co najmniej wyrywano jej serce. Rozmawiam, głaskam, przekonuję. Lecz zanim udaje nam się złapać kontakt, ona artykułuje swój żal nader wyraźnie. Niewzruszony nieszczęściem koleżanki, Krzyś mocuje się z psem. Kłopot, bo pies nie mieści się do półeczki. Chłopiec złości się, wreszcie obkłada szafkę. Ala już z mniejszym wysiłkiem wyżala się przyjaciółkom. Popłakuje jeszcze nad mokrą Elzą na złotej sukience, która na kaloryferze leży jak wyrzut sumienia. Wreszcie daje się namówić Małgosi na wspólną zabawę. Krzyś wyprowadzony z równowagi, głośno oskarża tatę, bo to on kazał mu zabrać taką wielką zabawkę. Winę zrzuca na ojca. Robi to na wszelki wypadek, gdybym chciała z nim cokolwiek wyjaśniać. Nawet nie zaczynam. Spokojnie zabieram psa i sadzam na fortepianie. – Stąd będzie miał lepszy widok – zapewniam. W międzyczasie dzwoni Magda. Ma gorączkę i nie przyjdzie dzisiaj do pracy. A więc nadgodziny. Za moment dzwoni Dyrekcja. Udaję, że nic nie wiem, oczywiście zgadzam się, zostanę. Wyciszam telefon. Zamykam drzwi. Zostaję sama z dziećmi. Nareszcie.

Zaczynam zajęcia, trzymam emocje na wodzy, bo mają ochotę zerwać się jak dzikie spienione konie – piękne, ale nieprzewidywalne. Kolejny raz nie udaje mi się trafić do duszy Leosia. Kolejny dzień, kolejny tydzień robi na przekór. Nie wstydzi się i nie jest mu przykro. Przeszkadza, dokucza wszystkim. Mnie najbardziej. Kolejny raz przerywa czytanie. Tym razem atakuje Marysię, wciskając się pomiędzy nią a Olę. Marysia się denerwuje: – Proszę pani, on się wpychnął! – i drapie. Po co tam szedł, doigrał się. Jest bardziej zdziwiony i nieco zakłopotany, skąd w takim grzecznym kotku – tyle niezadowolenia… Próbuje się odgryźć, więc w zabawie podkłada jej nogę. Marysia opada na dywan jak motylek z zamiarem przycupnięcia na kwiatku. Płacze. Nie pomaga jedenasta królewna, piosenka ani kolana. Po dwudziestu minutach rozprostowuje sukienkę. Doskonale wiem, że odda. – To on pierwszy zaczął – ja mu tylko oddałam – argumenty Marysi trafiają do mnie jak żadne inne. Rozmawiać z pięciolatkami, że istnieje inny sposób na załatwienie bolesnych spraw, to jak rozmawiać z nimi o reformie w edukacji. Biorę na rozmowę najpierw ją, a potem Leosia. A na koniec ich oboje. Przepraszają się, po czym są już kumplami.

Takie sytuacje mają miejsce codziennie, dzieją się… Znasz je. Znasz, prawda? Bo wciąż pełnisz tę rolę, nie przestajesz być nauczycielką. Kolejny rok dokładasz cegiełkę – stawiasz nowe filary wartości. Kolejny rok obiecujesz sobie, że nie dosięgną Cię wątpliwości, bo o tym zawodzie wiesz już bardzo dużo. I tak wiele w nim doświadczyłaś. Dobro rodzi się w przedszkolu z Twoim udziałem. Przyjaźń nabiera świeżych kształtów i dojrzewa. Czas przedszkola jest podróżą po tajnikach przyjaźni. Wchodzisz w nie, za Tobą dzieci. W ciepłych, bezpiecznych zakątkach, spędzacie jakiś czas. Potem dzieci ruszają w szkolny świat. Czasem tylko wracają utrudzone drogą i zmęczone. Mówią, że nie znalazły zrozumienia. Ale ruszają ponownie.

Nawet jeśli życie zweryfikuje to, w co wyposażysz swoich wychowanków, nie smuć się. Działaj zgodnie z intuicją i wiedzą o tym, że życie ewaluuje. Bądź więc przykładem. Zdobywaj praktykę. Przyda się więcej niż najlepsza teoria. Każdego dnia czerp ze swojej pracy jak najwięcej radości. Zaangażuj się w pracę, posłuchaj, o czym mówią dzieci, spójrz im w oczy. Co w nich jest? Nadzieja? Radość? Niepewność? Dzieci same nie wiedzą, jak mogłyby nazwać „to, z czym” przychodzą do przedszkola. To bagaż, w który zapakowane są wydarzenia. Te z wczoraj, sprzed tygodnia i sprzed miesiąca. Ciężkie torby upakowane po zęby. Aż roi się od nich w sali i Ty musisz pomóc je wyartykułować, nazwać i okiełznać. Nie kto inny. Bo Ty masz tę wiedzę, której uczyłaś się latami. Albo do której właśnie się przygotowujesz. Niezależnie od tego, jaki masz staż – bądź uważna. Codziennie, codziennie tak samo, nie mniej. Mimo że pewne wartości dezaktualizują się i powoli ustępują miejsca nowym, nauczaj o tych tradycyjnych. Auto bez solidnego podwozia nawet o najbardziej błyszczącej karoserii, nie wygra wyścigów. Trzeba mieć najpierw prawo jazdy, aby móc marzyć o starcie w zawodach.

Dzień nauczyciela potraktuj jak swoje prywatne święto, jak osobistą refleksję. Zastanów się, czy tego roku jesteś o krok dalej? Dalej to znaczy: bliżej dzieci, bliżej „tego”, co ważne jest dla Ciebie i dla nich? Czy potrafisz już spojrzeć na świat ich oczyma, czy jeszcze wciąż się tego uczysz?

Zawodowe przeciwności. Mnożą się, gdy pada deszcz i gdy niemiłosiernie wieje. Gdy Leoś dokazuje, a na smutek Marysi nie znajdujesz lekarstwa. Gdy dzieci męczą, bo nie mogą wyjść na dwór. Chcą najpierw rozsadzić salę, a potem Twoją głowę. Zresztą kolejność i tak nie ma znaczenia. Czekasz, aż będzie obiad, bo wtedy będą wreszcie w jednym miejscu. Nie za bardzo. Leoś większość czasu spędza pod stołem. Wstając, strąca kubek Zosi. Kompot barwi zosiną sukienkę na różowo. Jej delikatna buzia wykrzywia się i powoduje, że natężenie dźwięku w sali narasta z zawrotną prędkością. Upominasz Leonka i wyjaśniasz, jak niebezpiecznie jest wchodzić pod stół w czasie posiłku. Niewiele go to obchodzi. Ma własny pomysł na obiad. W końcu jest indywidualistą – jak twierdzi jego tata. Za plecami masz już trójkę ciekawskich. Muszą się upewnić, czy aby na pewno sukienka Zosi zmieniła kolor i jakich rozmiarów sięga nieszczęście koleżanki. O mały włos na nich nie wpadasz, bo jak duchy przenikają niemal przez Ciebie, zupełnie nie bacząc na to, ze wciąż powtarzasz, czym grozi spacerowanie w czasie obiadu. Gdy w końcu na ułamek sekundy wszyscy milkną, koncentrując się na drugim daniu, pierwszy odzywa się Adaś: ja tego nie lubię… Uwielbiasz te słowa. Słyszysz je codziennie. Kilkanaście razy. Razy dwadzieścia pięć daje to znacznie więcej niż przeciętna mama słyszy to od co najwyżej trójki dzieci. Do Adasia przyłącza się Dorotka i teraz wtórują już oboje przy akompaniamencie pozostałej dwudziestki. Dzieci marzą o makaronie z masełkiem i rosołku. Rosołek codziennie być nie może, a makaron sote – jest ubogi w witaminy. Rodzicom by się to nie spodobało. Obiad kończy się więc szybciej niż myślałaś.

Dzień Nauczyciela. Popołudnie. Pierwszy domofon. Odbieram. Pod domofonem skacze dwójka. Kłócą się o pomarańczową kredkę. Słyszę przerywane: wejdę – do pani – na górę… Odkładam domofon i mówię: – Idzie mama. Najpierw wchodzą kwiaty. Piękne róże: długie, pachnące i soczyście czerwone. Uśmiecham się i mówię, że przecież nie trzeba było… Ojciec Leosia nie pozwala mi dokończyć. Mówi całkiem od siebie: – Pani Izabelo, dziękujemy za trud i opiekę nad naszym synem. To prawdziwe szczęście, że pani jest z nami.
– Przepraszam, mam domofon – uprzejmie odstępuję w lewo i podnoszę słuchawkę:
– Możemy wejść na górę? – zostaję bez szans na odpowiedź, bo zanim zdążę wziąć oddech, domofon dzwoni po raz kolejny, a oni są już na górze.
– A to na osłodę takich dni jak ten – mama Marysi wciska jej w rączki czekoladki. – No daj pani. I powiedz wszystkiego najlepszego – grzeczna Marysia powtarza. I wręcza mi czekoladki.

Tak widzi nas świat czternastego października. Przedszkola stają się kolorowe, pachnące, radosne. A takie są przecież na co dzień, a takie są przecież o każdej porze roku.

Pracujesz od poniedziałku do piątku. W sobotę nadrabiasz zaległości, a niedzielę wypełniasz myślami, jak będą wyglądały zajęcia w poniedziałek. W piątek zabierasz to, czego nie udało Ci się zrobić przez cały tydzień. Czternastego października Twoje zawodowe życie nie będzie wyglądać inaczej. Nie wyróżni się czymś szczególnym. Będzie może bardziej pachnące, a Ty będziesz miała odważniejszy makijaż. Może założysz sukienkę, ale nie będziesz robić nic innego, nic nadzwyczajnego, czego nie robiłaś w pozostałe dni w ciągu roku. Bo w przedszkolach każdy dzień stawia wymagania. Każdego dnia dowiadujesz się, że nauczycielka przedszkola pełni o wiele więcej ról niż tylko tę zawodową. I każdego dnia nowa wiedza zapada Ci w serce. Wiedza o tym, kim jest dziecko. A jeśli już tę wiedzę połączysz z życiem, stworzycie z dzieckiem znakomity duet. Oparty na wzajemnym zaufaniu: że Ty pomożesz im uporać się ze światem, a one pomogą Tobie – spojrzeć na ten świat inaczej. Bardziej pozytywnie. Dziecinnie.

Toniesz w kwiatach. Salę wypełnia intensywny zapach goździków, margerytek, róż i liliowych kalii. Nabierasz rumieńców. Czy Dzień Nauczyciela jest tylko raz w roku? Powinien być każdego dnia. Wszyscy powinni pamiętać, jak ważne miejsce zajmujemy w życiu dzieci.

Wracasz tramwajem i uśmiechem zapewniasz pasażerów, że dasz sobie radę. Oni mierzą Cię wzrokiem i szepczą: Nauczycielka – takim to dobrze… Słyszysz, nie dyskutujesz. Minął kolejny dzień. Myślisz, czego nauczył się dzisiaj Leoś, o ile więcej oswoiła się ze światem Marysia. W torbie rozpoczęte pomysły na jutro, w głowie głośno, emocje Antosi nie dają spokoju. W rękach torebki, czekoladki i kwiaty. Wpadasz prosto do kuchni, bo w poszukiwaniu klucza, naruszyłaś znakomicie opracowaną strategię dowiezienia tego wszystkiego do domu. Siadasz, rzucasz klucze obok. Jesteś zmęczona. Dzień Nauczyciela. Dzień jak co dzień – mówisz cicho.

Wkładasz kwiaty do wazonu i czekasz, aż zejdzie z Ciebie zmęczenie. Dzień Nauczyciela. Serce nauczycielki przedszkola nie bierze wolnego. Wracasz myślami do minionego dnia. Odkładasz czekoladki na półkę. Niby nie stało się nic nadzwyczajnego. A jednak dusza śpiewa, a myśli kołatają. Niby dzień jak co dzień. Nie stało się nic wielkiego. A jednak. Twoje oczy błyszczą i promienieje cera. Uspokoiłaś mamę Marysi, że zadbasz o to, by mała zjadła. Mama poszła do pracy ufna i pewniejsza. Rozweseliłaś Tosię, dla której zawalił się jej mały świat. Pogodziłaś Alę i Leosia. Kto wie, może jutro się zaprzyjaźnią? Uśmiechasz się do wielu podobnych sytuacji, które przywołujesz w myślach. Tak, to był wyjątkowy dzień… Udało Ci się coś zmienić, kogoś uszczęśliwić, uspokoić, zapewnić. Kolejny raz zrobiłaś coś dobrego. Tak, to był jednak udany dzień…


Karolina Turek – mama dwójki dzieci, nauczycielka przedszkola „zainspirowana” dzieckiem. Uwielbia pisać i tę pasję konsekwentnie łączy z zawodem, opisując swoje zawodowe doświadczenia zdobywane w pracy z dziećmi. Między wierszami Karoliny, spotyka się wrażliwość „o parę numerów za dużą” – jak sama o sobie mówi. Czasem jej to przeszkadza, a czasem pomaga w dostrzeganiu tego, co istotne w byciu nauczycielką. Stara się jak najwięcej mówić o empatii, stawiając ją za fundament w budowaniu swoich wartości. Autorka książeczki adaptacyjnej „Wkrótce będę przedszkolakiem. Książka wprowadzająca dziecko w świat przedszkola” i „Niekończąca się historia… Poradnik dla rodziców o tym, jak wprowadzić dziecko w świat przedszkola”, oraz książki „Nauczycielka przedszkola. Pomiędzy pasją a zagubieniem”. Pisząc bloga, konsekwentnie zadaje pytania o miejsce nauczycielki przedszkola w dzisiejszej edukacji, a także w zwykłej codzienności wielu rodzin. Blog traktuje jak wartościową przestrzeń, w której spotyka się coraz więcej nauczycieli przedszkola – świadomych swojego zawodu i otwartych na szczerą dyskusję.

nauczycielka_blog