Archiwum kategorii: Karolina Turek

Nie wolno mi uśpić emocji

„Z czym kojarzy Ci się dzieciństwo?
Z marzeniami o lataniu…
A z czym kojarzy ci się smutek?
Z podeptanymi skrzydłami…”

***

Zapomnieć.

Wpadam do pracy z niedosuniętą czapką na uszy. Jestem zmarznięta, chcę tylko gorącej herbaty. Koleżanka atakuje mnie od progu: „wiesz, te materiały, o które prosiłaś w zeszłym tygodniu, będą gotowe po weekendzie. Tak bolała mnie głowa, że nie miałam siły… no rozumiesz…”. Nie, nie rozumiem. Idę przebrać się, ochłonąć. Myślę, że jestem skonstruowana z innej materii, może kosmicznej: mam dwójkę dzieci i zawsze wyrabiam się z terminami, też boli mnie głowa, mimo to jestem lojalna wobec koleżanek. Nieważne. Na ten moment jest to kompletnie nieważne. Wyciągam czystą kartkę, dzielę ją na pół. Po jednej stronie piszę: co już wiem. Fakty. Po drugiej stronie: domysły. Trzecią kolumnę dorabiam i ręka mi drży: co mogę z tym zrobić?

Nie angażować się.

Poniedziałek. Ledwo dojechałam, autobusy grzęzną w śniegu i błocie. Korki. Komunikacyjne szaleństwo. Telefony się urywają, rodzice nie mogą dojechać. Dzwonił tato Amelii z twojej grupy, spóźnią się – na tę informację odwracam się gwałtownie w stronę pani Zofii: Dziękuję za wiadomość… z trudem przechodzi mi przez gardło.

A więc przyjadą, spóźnią się – powtarzam usłyszane słowa jak mantrę. Wchodzę do sali. Uwielbiam ten moment, gdy salę wypełnia cisza przerywana leciutkim tupaniem gołębi przysiadających na parapecie okna i czekających na okruchy mojego śniadania. Przyzwyczaiły się. Ja też przyzwyczaiłam się do figlarnego spojrzenia, dwóch warkoczyków i głośnej, zaskakującej osobowości Amelki. Ale jedna rzecz nie daje mi wewnętrznego spokoju. To, co mówi o swoim „tacie”. Od trzech miesięcy czuję się nieswojo w towarzystwie swoich mieszanych uczuć i burzliwych myśli o tej małej dziewczynce. Od trzech miesięcy szarpię się z podjęciem decyzji, aby podzielić się tą informacją z kimś jeszcze. Długie absencje Amelki w przedszkolu „zacierają ślady” i sprawiają, że wyciszają się obawy i dni płyną znowu w swoim pozornie spokojnym rytmie. Tylko we mnie wciąż są wątpliwości. Jestem nauczycielką przedszkola. Nie wolno mi uśpić emocji. Nie mogę przestać się niepokoić.

Amelia sama podchodzi do mnie i mówi szeptem, niemal mi na ucho: Wiesz, tata przychodzi do mnie w nocy i opowiada mi różne historie. Wczoraj głaskał mnie po brzuszku i mówił, że brzuszek jest głodny. Dał mi czekoladkę, często daje mi słodycze, ale to nasza tajemnica i mama nie może się o tym dowiedzieć… Tato to przyjaciel mamy. Może przychodzi wieczorem, aby opowiedzieć Amelce bajkę, może kładzie się przy niej, bo w ten sposób usypianych jest wiele dzieci… Może.

Wchodzą rodzice Julii. Mają na twarzy niepokój zmieszany z ulgą, że wreszcie ich córeczka jest w ciepłym miejscu. Wstaję od biurka i idę w ich stronę, zapraszam! Uśmiecham się ciepło i w ich obecności delikatnie poklepuję Julkę po ramieniu, okazując jej swoje uznanie. A do mamy zwracam się milczącym uśmiechem. Doskonale ją rozumiem, też jestem mamą. Tato mierzwi z rozmachem fryzurę Julci. Robi to naturalnie, spontanicznie. Staram się

nie porównywać.

Włączam piosenki dla dzieci. Przerywam milczenie – nieznośne dla dziecka, które jako pierwsze wchodzi do pustej sali. Na myśl przychodzi mi Amelka i komfortowa sytuacja na rozmowę bez świadków. Wiem, że Julia czuje się onieśmielona i nie bardzo rozumie całą sytuację. Tłumaczę jej, że z powodu śliskich dróg, wiele dzieci nie może dojechać… Zapewniam jednak, że na pewno przyjadą. Widzę jej uśmiech, czuje się o wiele lepiej, gdy wie, dlaczego w sali jest sama. Podsuwam jej kolorowanki do wyboru, chwalę jej nową czerwoną sukienkę, lecz widzę, że nie ma ochoty na rozmowę. Piosenka będzie znacznie lepszym towarzystwem niż ja. No tak. Dzisiejszy poranek wymaga silnej odporności psychicznej, nawet od takiej małej dziewczynki jak Julia. Przyglądam się jej. Jest taka sama jak Amelka. Tak samo ładnie koloruje, lubi kucyki i chętnie słucha piosenek. A to, że Amelka nadmiernie koncentruje się na swoim ciele, to przecież naturalne w tym wieku… Dzieci odkrywają wiele różnych prawd, także prawdę o sobie i swoich sferach intymnych. Wystarczy przecież odwrócić uwagę Amelki. Zachowuje się wtedy tak samo jak inne dzieci: jest wesoła, ma ciekawe powiedzonka, uwielbia zwracać na siebie uwagę. A to, że z niepokojącą szczerością opowiada o swoim tacie? Może to nie powinno mnie dziwić. Wtedy ścisza głos, nachyla się do mnie, jakby nie chciała, aby ktoś inny usłyszał jej prawdę. Ale mnie ufa. Bezgranicznie.

Mam o rok starszą córeczkę, ta myśl przelatuje mi przez głowę w ułamku sekundy i powoduje potworny ból w jej tylnej części. Spróbuję

nie zastanawiać się.

***

Pani Zosia wnosi śniadanie. Salę wypełnia słodki zapach kakao i moje unoszące się w powietrzu zdenerwowanie połączone z dłużącym się oczekiwaniem. …Dzień – do –bry!, to Amelka wchodzi na górę, ze swoim znamiennym sylabizowanym powitaniem, którym wita wszystkich napotkanych na schodach. Amelce towarzyszy przyjaciel mamy. Tato – w ten sposób dziewczynka zwraca się do mężczyzny, który w oczach wszystkich wspaniale odnajduje się w tej roli. Słyszę, że przeprasza panią Zosię za spóźnienie z powodu utrudnień na drogach. Elegancki, zawsze w garniturze i kluczami w ręce. Rozgadany, wielokrotnie punktuje i chwali moje kompetentne podejście do „córeczki”. To niewiarygodne jak wiele emocji wzbudza we mnie ten facet – emocji negatywnych, rozdzierających serce, oskarżających, dezorganizujących moje prywatne życie. Przepraszam, czy możemy spotkać się w dogodnym dla Pana terminie, aby porozmawiać o Amelce? – trzęsę się chyba z powodu zimowej aury za oknem i jednocześnie jestem z siebie dumna.  Odważyłam się poprosić go o rozmowę. Czy przyczynił się do tego wewnętrzny spokój, który ogrania mnie niemal codziennie, gdy Amelia wchodzi do sali? Lubię ją mieć obok siebie. Bądź stanowcza i naturalna, oddychaj – powtarzam w myślach.

– Ale coś się dzieje? Niegrzeczna? Zaraz ją tu przywołam do porządku… Amelia!!!!

– Nie, nie ma potrzeby. Wolałabym, abyśmy mieli więcej czasu i spokoju, przy dzieciach w czasie godzin mojej pracy nie jest to możliwe. Proponuję dogodny termin popołudniowy, choćby dziś.

– Wie pani, w tym tygodniu zawalili mnie robotą w pracy, wszyscy chorują, ciągnę nadgodziny… – brutalna rzeczywistość i chroniczny brak czasu? Czy taktyczne posunięcie: zawalili mnie robotą… fatalne słownictwo.

– Może Pan zaproponuje dogodniejszy termin? Dostosuję się – nie daję za wygraną.

– Porozmawiajmy teraz, jestem już i tak spóźniony, więc parę minut nie zrobi mi różnicy. I robi krok w kierunku dzieci. Staję w progu i podświadomie moja fizykalność nie wpuszcza go do sali. Kładę rękę na klamce jakby odruchowo, drugą podpieram futrynę ściany, jakby miała się przewrócić. W czasie trudności szukamy możliwości rozładowania silnych emocji i chwytamy się przedmiotów będących najbliżej nas. A więc zachowuję się całkiem naturalnie, książkowo. Jestem opiekunką – bardzo nie lubię, gdy rodzice używają tego słowa w odniesieniu do nauczycieli przedszkola. Ale w tej sytuacji jest ono jak najbardziej na miejscu. Opiekuję się tymi dziećmi i jestem za nie odpowiedzialna. Więc za Amelkę też. I zanim nie dowiem się o co tu chodzi, nie wpuszczę Pana na salę. Jeszcze nie.

Unika rozmowy w cztery oczy. Z natchnieniem detektywa staram się dopasować tę informację  do całej układanki. Brakowało mi tego akuratnie puzzla.

– Czekam na propozycję daty spotkania. Proszę jeszcze tylko o podpis potwierdzający, że został pan zaproszony na spotkanie z wychowawcą Amelii we wtorek o godz. 16.00. – wiem, że nie podpisze…

– Podpiszę popołudniu, spieszę się, jestem już…

– Ach tak, spóźniony, nie będę w takim razie pana zatrzymywać. Rozumiem, trzeba jeszcze dojechać do pracy. Mam nadzieję, że będziemy mieli przyjemność swobodnej rozmowy jutro. Bardzo proszę o podpis, że został pan poinformowany o dacie spotkania. Wręczam długopis stojącemu przede mną mężczyźnie. Nie ma już odwrotu, bo długopis znajduje się zaledwie parę centymetrów od jego prawej dłoni. Czynność tę wykonuje bardzo niechętnie, niedbale, szybko. Oddaje mi długopis i ociera kropelki potu z czoła, jakby od niechcenia, a jednak…

Amelia powinna skończyć pracę z wczorajszego dnia. Wołam ją do siebie. Za każdym razem, gdy pracujemy indywidualnie, zaczyna opowiadać o tacie. Dużo mniej mówi o mamie. Dziewczynka przelicza i nakleja śnieżynki. Ja uważnie śledzę każdy jej krok.

– Wczoraj, gdy tata mnie kąpał, mama wyszła po bułeczki na kolację, i przyszła cała biała obsypana śniegiem! – wtrąca niepytana o nic dziewczynka. Czuję ucisk w brzuchu.

– Często tato cię kąpie? – pytam i od razu karcę siebie za to, że wkraczam na terytorium Amelki.

– Tak, tato mówi, że mama jest zmęczona i niech sobie lepiej odpocznie. Ale jest fajnie, chlapiemy wtedy całą łazienkę i tata mówi, że następnym razem założy kalosze!

– A mama czyta Ci bajki na dobranoc? –pytam z nadzieją, że tak.

– Nie, zawsze tatuś mnie usypia. Długo opowiadamy sobie różne historie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, przecież gro tatusiów kąpie swoje pociechy i usypia, przy moim mężu cały rytuał zasypiania trwa o wiele krócej niż ze mną. Spróbuję się

nie niepokoić.

***

Gimnastyka. Prowadzę ją raz w tygodniu i na te zajęcia dzieci przebierają się w stroje gimnastyczne. Moją uwagę zwracają czerwone plamki na przegubach dłoni dziewczynki. Nieruchomieję, lekko unoszę ręce ku górze i takie same plany znajduję tuż pod paszkami. Myślę: uczulenie… rodzice by zgłosili… Poza tym uczulenie wygląda całkiem inaczej. Przecież nie panikuję. Instynktownie, odruchowo chciałabym ją przytulić, ale poprawiam tylko spinki przy warkoczykach. Odsuwam się, nie chcąc popełnić jakiegoś nierozważnego kroku. Udaję, że nic nie widziałam i pozwalam Amelii założyć koszulkę. Zwracam się do niej, że bluzeczka z kucykami jest bardzo ładna. Do naszej sali wchodzi Pani Dyrektor. Idzie w moim kierunku, pewnie ma coś do przekazania.

– Pani Izo, dzwonił tato Amelki. (Paradoksalnie…) pytał, czy to dziś jest dzień gimnastyki

– Tak? – tylko tyle udaje mi się…

– Prosił, aby nie ćwiczyła, rano pokaszliwała i tato obawia się, że jest podziębiona. Gdzie ona jest?

– Bardzo dziękuję Dyrekcjo za przekazanie mi informacji, zaraz pomogę z powrotem przebrać się Amelce, będzie pomagała mi rozkładać przybory do ćwiczeń. – Niemal automatycznie ucinam, nie chcę konfrontacji z nikim. Jeszcze nie teraz.

Na razie z nikim w placówce nie dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Zbyt mało wiem i zbyt dużo zarazem, aby podejść do sprawy pospiesznie, machinalnie, służbowo, plotkarsko i niekompetentnie.

***

Proszę panią psycholog, aby przyszła do mojej grupy w przyszłym tygodniu. Organizuję zajęcia gimnastyczne w inny dzień niż są planowane. Znajdujemy kolejne ślady na ciałku Amelki, tym razem stoję krok za panią psycholog. To ona ma decydujący głos: Możemy przypuszczać, że ślady na ciele dziewczynki mogą sugerować

molestowanie.

Z trudem przełykam ślinę. Pęka granica, za którą silne i niszczące emocje: strach i złość trzymane są na uwięzi. Czuję, jak zrywają się ze smyczy i ujadają głośno i boleśnie. To, co odróżnia dorosłych od dzieci, to posiadanie przez dorosłych zapasowej energii zwanej rozsądkiem. Dzieci nie mają wykształconej umiejętności zachowania równowagi pomiędzy rozsądkiem a rozszalałymi emocjami. Dzieci kierują się głównie emocjami. Jestem dorosła, więc muszę zachowywać się rozsądnie. Emocje zostawię na później, gdy nikogo już koło mnie nie będzie.

Jest luty. Od listopada minęły trzy miesiące. Amelia dołączyła do naszej grupy właśnie w listopadzie. Przeprowadzili się. Dlaczego? I dlaczego zmieniła przedszkole? Tysiące pytań bez odpowiedzi sprawia, że czuję się bardzo zmęczona dzisiejszym dniem. To początek trudnej i krętej drogi. Ubieram się. Zwykłe czynności przychodzą z trudem. Muszę jeszcze iść do grupy niżej po swoje dzieci. Brakuje mi ich dzisiaj bardziej niż zwykle. Podnoszę się i sprawnie zbiegam na dół. Po drodze znajduję pogniecione i porozrywane rysunki. Wydają się znajome. To przecież prace Amelki… Sama podpisała: tata. Pogniotła, wyrzucając kartkę na schody. Podnoszę skrawki i skrupulatnie chowam do segregatora.

Czuję się jakby ktoś podciął mi skrzydła. I w żaden sposób nie mogę unieść się do lotu…

***

Jak się zachować, jak postąpić w sytuacji, gdy zaczynamy się  niepokoić?

  • Pamiętaj, że twoim obowiązkiem jako nauczyciela przedszkola jest reagować.  Reagowanie to nie panika, informowanie, gotowa recepta. To raczej obserwowanie, zdobywanie zaufania dziecka, skupianie na nim uwagi.
  • Nie dziel się natychmiast tą wiadomością lub swoimi potencjalnymi spostrzeżeniami z pozostałymi pracownikami przedszkola. Nigdy nie jesteś pewien, czy argumenty, które zdobędziesz będą na tyle silne, aby dowieść prawdy. Tego zapewne nigdy się nie dowiesz…
  • Podziel się swoimi wątpliwościami ze specjalistą. Pomoże Ci spojrzeć na całą sprawę fachowym okiem i zasugeruje, jakie kroki Ty możesz uczynić dla całej sprawy.
  • Odpowiadaj krótko, nie wdawaj się w dyskusje, gdy ktoś na terenie placówki lub poza nią zarzuci cię pytaniami. Musisz zdobyć zaufanie obojga rodziców, jeśli dojdzie do konfrontacji.
  • Nie panikuj. Zachowaj zdrowy rozsądek, podchodź do sprawy naturalnie, nawet jeśli taką nie jest. Nie pokazuj przed dziećmi, że czymś się niepokoisz. Zaczną być nieufne wobec ciebie i poczują lęk. Jesteś dla wszystkich dzieci, nie zaniedbuj pozostałych.
  • Notuj wszystkie spostrzeżenia, gdy do głosu dojdzie stres, nie trudno o pustkę w głowie. Informacje będą potrzebne także ze środowiska przedszkola.
  • Otocz uwagą dziecko, które budzi twój niepokój. Spróbuj przeanalizować, dlaczego tak Cię ono absorbuje i co Cię w nim najbardziej niepokoi?
  • Chroń przed komentarzami, uwagami, podejrzeniami z zewnątrz. Zapewnij bezpieczeństwo i spokój, bądź uważnym obserwatorem i cierpliwym słuchaczem. Bądź krok za dzieckiem, chroń je.