Dlaczego mojej mamy jeszcze nie ma?

Tylko w oczach dzieci dorośli nie popełniają błędów.

***
Dlaczego mojej mamy jeszcze nie ma?

Też chciałabym to wiedzieć.

W odpowiedzi słyszę panią Zosię krzątającą się w holu szatni:
– Pani Izabelko, czy tylko Franek nam został? Pójdę sprawdzić okna! – pani Zosia zapytała mnie głośno i zbyt bezpośrednio, aby nie usłyszał tych słów mały zgarbiony chłopiec. Franiu nachyla się nad kartką zbyt nisko, muszę powiedzieć o tym mamie…

No tak, tylko gdzie ta mama?

Kiedy przyjdzie moja mama? – Franek w niebieskiej koszuli w białą kratkę i w ciemnych sztruksowych spodniach wygląda na dużo więcej niż jego cztery lata. Co jakiś czas unosi główkę i zwraca uwagę na mój zaniepokojony wyraz twarzy. Gdy napotka moje spojrzenie, natychmiast opuszcza zdziwiony wzrok i zajmuje się swoim rysunkiem. Zegar z czerwoną tarczą zbyt dumnie wisi na ścianie mojej sali. Uświadamiam sobie, że przecież tyka na tyle głośno, że można by się z nim pokłócić o zasłużoną ciszę pod koniec dnia. Gdybym mogła zatrzymać bieg wskazówek, które gonią mnie i sekundują w tłoczących się w głowie pytaniach…

Kiedy przyjdzie moja mama? – Franio przedszkolak rozumie więcej niż nam dorosłym się wydaje. Powtarza to pytanie z odstępem minuty od poprzedniego, które niczym się nie różni.

Wybiła 17.00. Poczekam, przecież muszą dojechać… Akurat to rozumiem. Ale czy zrozumie Franio? Ile może spóźnić się mama? Minął już kwadrans. Mówią, że kwadrans na studiach jest akademicki i ostateczny. W przedszkolu kwadrans to nadal bezinteresowne oczekiwanie. Wydłużający się czas staje się nieprzyjemny, trudny, niewygodny. Dla dziecka, które tęskni wtedy najmocniej. Dla nauczyciela, który zaczyna się denerwować. A dla rodziców? Nie mam pojęcia.

Franku, poczytamy książeczkę? O kocie w butach, to twoja ulubiona – miły kociak z bajki nie miał pomysłu na rozwiązanie kłopotów moich i Frania. A szkoda. Mały chłopczyk narysował dom, ale nie ma w nim nikogo, bo nikt na niego nie czeka? Rodzice wyszli po niego do przedszkola? Moje zamiłowanie do interpretacji rysunków dziecięcych bierze górę i od razu łapię się na tym, że jestem bardzo ciekawa, kto pojawi się w progu tego pomarańczowego domku?

Ale nie pojawia się nikt. Ani w narysowanym przez Frania domu, ani w przedszkolu, w którym siedzimy od 25 minut w trójkę. Franio, ja i pani Zosia, która zdaje się realnie patrzeć na całą sytuację i nazywa rzeczy tak dosłownie:

No coś takiego, coś takiego! Człowiek zawsze zdąży na 7 rano do pracy, no bo co ma zrobić? A pani, pani Izabelo? Przecież pani musi jeszcze dojechać! A o której pani wstaje?! A, lepiej niech mi pani nawet nie mówi. Koniec świata, koniec świata! No proszę, niech no pani coś wymyśli, pani Izo kochana! – ma całkowitą rację. Korki były, są i będą. Nie zaczęły się dziś. Z drugiej strony, no korki… Pamiętam, jak utknęłam w korowodzie trzech tramwajów i staliśmy chyba z dobre 40 minut. Ale miałam telefon, zadzwoniłam tam, dokąd jechałam… Wszyscy dzisiaj mają telefony i to jakie ładne, fajne i luksusowe. Mój telefon nawet nie robi zdjęć. A szkoda. Zrobiłabym zdjęcie Frania, jak sam czeka w pustej sali. Zastanawia mnie jedno: dlaczego oni nie dzwonią?

Próbowałam skontaktować się z mamą już trzy razy, nikt nie odbiera. A w telefonie taty odzywa się poczta głosowa – to nie uspokaja pani Zosi, ani mnie. Proszę ją, aby przyniosła picie dla Franka.

Podchodzę do stolika, na którym dziesięć paluszków chodzi po brzegu białej kartki w rytmie ciszy i monotonii tykania zegara. Franciszek wygląda ładnie i odświętnie. Dzisiaj w naszej grupie odbyło się uroczyste zakończenie roku. Piękny występ dla rodziców, na który czekały wszystkie dzieci podekscytowane uroczystym charakterem całego wydarzenia. Nie było tylko rodziców Franka. Widziałam jego twarz: zdawało mi się, że był na niej zdumiewający dystans i cicha zgoda na samotność. Ale to tylko wrażenie z nadzieją w środku. Byłam świadkiem walki, jaką stoczył mały chłopiec z blaskiem oślepiających go fleszy kamer i aparatów, nie dla niego. To walka z uczuciami, których on doświadczył po raz pierwszy, których nie rozumiał. Obiecałam, że będę patrzyła tylko na niego. I tak było. Najmocniej biłam mu brawo, gdy powiedział swój wierszyk. Mimo braku rodziców. Mimo największego braku, jaki może w ogóle zrodzić się w małym dziecięcym sercu. Gdy on występował, nikt nie robił mu zdjęć. Ale byłam ja. Jego nauczycielka. Podziwiałam go za odwagę, która w czteroletnim sercu zdobyła berło pierwszeństwa. Tę odwagę udało się nam obojgu wydobyć chyba spod ziemi. Mieliśmy na to tylko niecałą minutę. Przez 60 sekund tuż przed samym występem, ściskałam mu rączkę, obiecując, że nie odejdę. Nie ja! Rodzice zawiedli, nie przyszli jako jedyni. Wiem, że życie pisze czasem swoje scenariusze, na które nie jesteśmy… nie możemy być przygotowani. Ale…

Moja mama po mnie nie przyjdzie? – Franek ma różowe policzki, jest rozpalony, jego oczy są jakby przezroczyste. Przykładam rękę do czoła. Czuję jak gorączka przejęła władzę nad jego strachem, nad małym ciałkiem, które odmówiło już bycia silnym ponad swoją miarę, zmęczone emocjami dzisiejszego dnia. Najpierw oczekiwanie, godzina zero – uroczystość, potem zawód, rozczarowanie i znów oczekiwanie. Wytrzymalibyście? Dzieci mają niezwykłą konstrukcję. Podporządkowują się tym, którzy odkładają wciąż na później ich towarzystwo. Dzieci charakteryzuje wyjątkowy mechanizm wypierania ze świadomości tego co przykre, zwłaszcza jeśli te przykre emocje pochodzą od osób ważnych i najbliższych…

Już nie wystukuję numeru na telefonie, ale wciskam zielony przycisk, który automatyczne wybiera na zmianę dwa numery: mamy i taty Frania. Sygnał wciąż nie odpowiada. Franio ma 37,9. Biorę go na kolana, a on zwyczajnie wtula się w moje ramię. Oddycha spokojnie, jakby znów pogodził się, ale tylko pozornie. Wie, że będę przy nim. Jestem jego nauczycielką. Tkwimy tak bez ruchu i bez żadnego pomysłu na zmianę tej napiętej do granic możliwości sytuacji.

Wertuję notes z numerami telefonów. Dzwonię do pracy ojca. Mówią, że wyszedł już godzinę temu. Mama dziś miała urlop. Dowiedziałam się o tym, rozmawiając z pracownikiem jej zakładu fryzjerskiego. Zaczynam podejrzewać, a moje myśli wykraczają poza to, co dopuszczalne w takiej chwili. Przecież nie mogło stać się… coś… nic… zaczynam myśleć chaotycznie. To bez sensu.

Franio płacze… Nie dziwi mnie to. Dziwię się, że dopiero teraz. Nie działają propozycje gier, rysunki, budowanie z klocków, śmieszne powiedzonka. Naiwnie wierzę, że uda mi się odwrócić uwagę Franka od nieobecności rodziców. Sięgam do swojej torebki, wyciągam swój telefon. Może, gdy zobaczą inny numer, odbiorą… Nic. To samo: „abonent jest czasowo niedostępny”. Identycznie niedostępne jest teraz serce Franka na jakiekolwiek wyjaśnienia z mojej strony. Nie próbuję mu tłumaczyć, że korki, że ważne sprawy w pracy, że może kolejka w sklepie… Próbowałam już. I chyba jednak go zawiodłam. Korki w końcu odpuszczają, w pracy nie można siedzieć wiecznie, a kolejka kiedyś się kończy – o tym wie nawet czterolatek.

Odruchowo sięgam ponownie do torebki i znajduję w niej małe pudełeczko z autkiem. Wyjmuję je i w ułamku sekundy podaję Franiowi:

Proszę, to dla ciebie. Za piękny występ, którym sprawiłeś mi mnóstwo radości. Byłam z ciebie dumna.

 Po co ci takie auto, pani Izo? – na ułamek sekundy udaje mi się zatrzymać kolejną łezkę, która zaraz uderzy z wielkim hukiem o podłogę i zaleje nas wielką falą natrętnych myśli.

A trzymam w torebce takie małe niespodzianki dla takich dzielnych chłopaków jak ty. Kupiłam go dla mojego synka, ale wiesz, właśnie sobie przypomniałam, że on już taki ma i chętnie się z tobą podzieli.

Brutalnie decyduję za mojego syna, ale korzystam z jego nieobecności w przedszkolu. Adaś na ten moment ma tatę i Martynkę i dwadzieścia dziewięć samochodzików, które zapewne teraz układa do spania obok swojego łóżeczka. Byłabym niesprawiedliwa, gdybym postąpiła inaczej.

 Ty masz syna? Ile ma lat?

3, na imię ma Adaś.

To jest ode mnie młodszy. A z kim on teraz jest?

Z tatą.

Martwisz się o niego? – Franciszek pyta mnie w taki sposób, jak gdyby bagaż smutku, który niesie na swoich ramionkach opakowany był zazdrością o moje myśli, które krążą wokół Adasia, zamiast niego.

Nie, bo wiem, że jest w domu ze swoją siostrzyczką i z tatą. Zanim wrócę, będzie już spał. Bardziej martwię się o ciebie. Masz temperaturę, nie chcę, abyś się rozchorował.

A czy on za tobą tęskni? – Franek nie przestawał pytać… Drążył temat, jakby chciał się dowiedzieć, jak to jest, kiedy mama i tata zawsze dotrzymują słowa…

Pewnie tak. Ale wie, że pracuję z dziećmi i muszę być jeszcze w pracy.

A nie zostawisz mnie i nie pójdziesz do swojego Adasia? – czułam się, jak gdyby ktoś rozdarł mi serce na pół. Ile niewidzialnych trosk mieści się w małym chłopcu?

Kątem oka patrzę na zegarek. Jest 17.51.

Franiu, jestem twoją wychowawczynią, lubię cię i jesteś dla mnie bardzo ważny. Nie zostawię cię i będę czekała tutaj dotąd, aż nie przyjdą po ciebie mama albo tata. To jak? Rysujemy trasę wyścigów samochodowych? – Rozkładam dużą kartkę, kładę pisaki. Ale Franek nie ma ochoty na to, co było zwykle jego ulubionym zajęciem. Podchodzi do okna i patrzy jakby bez określonego kierunku. Każdy potrzebuje być czasem sam. Nawet czterolatek. Dlatego nie przerywam tej delikatnej ciszy. Nie mam nawet śmiałości, aby zaburzyć ją szeptem myśli czy szelestem rozkołatanego serca.

Zastanawiacie się, dlaczego nie przyłączę się do błędnego maszerowania w kółko, w który dla ukojenia nerwów wdała się pani Zofia? Nieźle zdenerwowana dyskutuje sama ze sobą, wpatrując się w telefon, jakby wzrokiem chciała wydobyć z niego dźwięk.

Iza, gdzie jesteś? – to mój mąż dzwoni z lekkim niedowierzaniem, że o tej porze mogę być jeszcze w pracy… To, co dziwi innych, nie dziwi nas… – Adaś dostał temperatury, prawie 38, co takiego zatrzymało cię w pracy?

Nie co, ale kto…

Czekam z chłopczykiem z mojej grupy, rodzice jeszcze po niego nie przyszli… Podaj Adasiowi syrop przeciwgorączkowy i postaraj się, aby zasnął. Spróbuję złapać busa, będę najszybciej jak to tylko możliwe, pa.

 Franku, pytałeś mnie… Tak, martwię się o Adasia, bardzo się martwię, ma gorączkę tak jak ty. Teraz martwię się o was dwóch – głaskam Franka po jego gładko przyczesanych włosach. Położył głowę na stoliku, przytrzymując moją rękę na swoim policzku. Ile razy my, nauczycielki przedszkola, mamy rozdarte skrzydła pomiędzy obowiązkiem w pracy a obowiązkami we własnych domach? Ile razy musimy rezygnować z własnej prywatności wobec wymagań tego zawodu? Ile razy pasja angażuje nas tak mocno, że w przedszkolach zachowujemy się i czujemy jak we własnych domach?

Wchodzi ona. Za nią on, w ręku trzyma telefon komórkowy. W ich oczach jest bezwzględny spokój. On wciąż odbiera smsy, ona… jest dla mnie taka nienaturalna. Strofuje Frania za źle założone buty…

Czy pani wie, która jest godzina?!! Czy pani myśli, że my nie mamy swoich domów, swoich rodzin? – patrzę na panią Zosię, która jest oburzona ich nader stoickim spokojem, brakiem słowa „przepraszam”, brakiem wyjaśnień… Nie tylko ona. Czuję jak koniuszki moich palców bolą w dłoniach ściśniętych ze sobą.

Wreszcie ona pyta:
A przedszkole to do której jest godziny? Byliśmy przekonani, że do 18. Byliśmy oglądać panele do salonu… Ach tak, mąż tydzień temu zmienił numer telefonu, proszę, tu jest zapisany…

Przerywam ten chaotyczny wstęp do zbliżającej się katastrofy szacowania wzajemnych interesów. Staję naprzeciw nadchodzącej fali ostrej wymiany zdań, w której i tak wszystkie strony w dyskusji będą bronić tylko swojego stanowiska. Jest późno, zbyt późno, aby roztrząsać, które z nich zawiniło. Bez wyjaśnień oboje są winni tego, że ich numery telefonów nie odpowiadały i nie poinformowali przedszkola o swoim spóźnieniu czy zaistniałej wyjątkowej sytuacji, która uniemożliwiła odebranie syna z przedszkola.

W moich oczach, w mojej duszy pozostał tylko dźwięk pędzących nowych tenisówek, którymi chwalił mi się dzisiaj Franciszek. Biegł do mamy i taty tak szybko, że zdołałam tylko usunąć mu się z drogi… Wpadł w nich z taką siłą, że mama musiała dobrze przytrzymać się taty, aby się nie przewrócić.

***
To niewiarygodne, jaka siła rządzi umysłem dziecka. Skąd bierze się u nich moc usprawiedliwiania błędów popełnianych przez dorosłych? Stałam się świadkiem pewnej historii. Historii bezwarunkowej miłości, jaką darzył swoich rodziców czteroletni chłopiec. Uratowała ich z tonącego statku naiwna i najpiękniejsza zarazem wiara ich syna w to, że wreszcie przyjdą. Nie oni byli winni, że musiał siedzieć 1,5 godziny w pustej sali tylko ze swoją panią.

***
Nie chcę: „dziękuję”, chcę wyjaśnień sensownych, mądrych i takich, które mnie przekonają. Jutro z samego rana.

Proszę o podpisanie oświadczenia, w którym oznajmia pani, o której godzinie odebrała pani dziecko w dniu dzisiejszym. Jest 18.45.
I jeszcze jedno, Franciszek ma temperaturę 38,4. Jest bardzo zmęczony.

 Skąd pani wie, że mój syn jest zmęczony?! – jest tak nieprzyjemną kobietą, że patrzę w zdumieniu na szeroki uśmiech Frania… Nie wolno mi oceniać tej rodziny…

Akurat wiem – ale jej nie odpowiadam. Nie mogę dyskutować. Nie o tej porze, nie przy najmniejszym świadku, który jest najbardziej kompetentny spośród nas, aby nazwać wszystkie uczucia krążące po holu szatni w tym momencie. Jest za mały, aby je wszystkie przyjąć, aby im wszystkim sprostać i je zrozumieć…

***
Świat zatrzymał się 17 czerwca. Moje dni w pracy stały się jeszcze dłuższe niż same plany wyznaczone skrupulatnie na każdy wieczór. Od tamtego zdarzenia minął miesiąc. Nauczyłam się od tamtego czasu jednego: że zawód nauczyciela przedszkola niesie ze sobą pewne ryzyko. To ryzyko to odpowiedzialność. Jestem odpowiedzialna nie tylko za swoje emocje, które najlepiej czasami (jak w ostatnim przypadku…) uwiązać na sznurku, ale i za emocje innych, głównie rodziców, którym muszę dać gotowe, inne, na zastępstwo tych dotychczasowych. Stare, już nieaktualne emocje przeterminowały się z czasów, kiedy byli jeszcze narzeczeństwem… Teraz mają dziecko. Jest ich więcej niż dwoje.

Proszę, to nowy zestaw emocji dla was, współczesnych, zabieganych rodziców. Emocji odpowiedzialnych i dostosowanych do potrzeb i pragnień waszego dziecka, które zdołałam poznać wystarczająco dobrze… pełniąc rolę nauczycielki. A wy? Zdajecie sobie sprawę z tego, co czuje i myśli dziecko, kiedy wszystkie inne dzieci zostały już odebrane, a ono nadal czeka w pozbawionej życia, pustej sali? Jest splątane w sprzeczności tego, co myśli i czuje. Po co fundować mu taki stres, skoro żyjemy w erze telefonów komórkowych?
Chciałabym zmienić porządek rzeczy w ich sercach.

Jestem nauczycielką przedszkola. Jestem odpowiedzialna za wielką nadzieję w małym sercu, której nie wolno spłoszyć ani mnie, ani im. Narysowany domek Franka nie zapełnił się uśmiechniętymi twarzami członków jego rodziny. Ale tętnił swoją niewidzialną, adekwatną i niezwykłą wiarą, że rodzice przyjdą po niego, że o nim nie zapomnieli. I nam, nauczycielom, nie wolno tej wiary zniszczyć ani się jej sprzeciwić. W jakichkolwiek nie znajdowalibyśmy się okolicznościach…


lis_blog

8 komentarzy do “Dlaczego mojej mamy jeszcze nie ma?”

  1. Jakie to prawdziwe, ile razy musimy się zderzyć z takimi sytuacjami, wewnętrznym rozdarciem; dobrem tego małego – wielkiego człowieka, który widzi w swoich rodzicach cały swój świat i niejednokrotnie nieodpowiedzialnymi, ignorującymi przedszkolna rzeczywistość rodzicami.

  2. Szczerze mówiąć, tekst strasznie męczący. napompowany górnolotnymi tekstami i pompatyczny jakby ktoś opisywał dziecko patrzącege na zwłoki rodziców i zrujnowany dom podczas wojny.
    Sposób pisania w ogóle nieadekwatny do sytuacji.
    Nie dobrnęlam do końca.
    Ale na etapie, na którym zakończyłam jestem ciekawa jak to będzie, gdy autorka będzie posiadała własne dzieci, które też trzeba będzie odebrać z przedszkola, a na przykład sama się spóźni bo spóźni się inny rodzic.
    Życie.
    Nie ma co robić melodramatu ze spóźnienia.

    1. Ale nie spóźni się z powodu oglądania paneli które można obejrzeć po odebraniu dziecka. Wspólnie całą rodziną. I nawet nie zadzwonili, że się spóźnią. Przeczytaj do końca…

    2. Jasne 125 dzieci w przedszkolu, kazdy się spóźni raz to nauczyciel bedzie siedział wiecznie po godzinach, ale po co dramatyzować….

  3. teraz dopiero docieraja do mnie z podwojona sila takie teksy. Mam nadzieje M, że jak autorka tego telstu spozni się to przynajmniej bedzie miala czelnosc ZATELEFONOEA-to chyba jest mozliwe w dzisiejszych czasach?????Proste!!!!! pisze:

    Do M

  4. Do M.
    Gdybyś M. doczytało do końca, to byś wiedziało M., że autorka ma własne dzieci. A świat opisany jest w ten sposób, bo to jest właśnie świat dziecka. Nic innego nie istnieje.

    Dziękuję Pani Karolino za ten wpis. Jest Pani bardzo mądrą opiekunką. Emocje niektórych przedszkolanek muszę niestety moim dzieciom tłumaczyć w domu. Np. dlaczego pani krzyczała na Hubercika, jak zwymiotował na dywan…

Pozostaw odpowiedź Gosia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.