Dzieci, które są bite (cz. 1)

„Kreatywność rodzi się także ze złych emocji” – usłyszałam podczas 9. Festiwalu Inspiracji*. Poczułam się usprawiedliwiona, że w moich odcinkach pojawiają się łzy dzieci. Oscar K., pisarz duński, w jednym ze swoich tekstów napisał: „Moje pisarstwo pozbawione ironii jako zewnętrznego impulsu dla narracji, czyni mnie jako autora bezbronnym. Mogę pisać tylko linearnie i monotonnie. Wieloznaczność znika”**. Zwykle autor umieszcza w sercu swoich tekstów sedno, literacką perełkę, środek, impuls. Wewnętrznym impulsem do napisania tego odcinka był niepokój. Niepokój, który później odnalazłam w błyszczącym spojrzeniu najpiękniejszych zwierząt na Ziemi, pędzących w majestatycznej wolności, pętanych*** przez ludzi żądających podporządkowania i posłuszeństwa.

„Człowiek, który słucha koni” to opowieść napisana przez człowieka, który leczył zranione dusze koni. Ten odcinek to historia pewnej nauczycielki przedszkola, która rozdartym duszom chciała stworzyć drugi dom. To rozdział o znanej Wam bohaterce, której udało się wyzwać serce mężczyzny na pojedynek z jego wygodną rzeczywistością, za zasłoną której czaił się strach i wstyd.

Książka Monthy Roberts zauroczyła mnie, prawie tak samo jak loki Natalki: długie, złote, zawsze w urokliwym nieładzie. Gdy próbowałam ułożyć je w kucyk, odsuwała się i zaczynała płakać. Więcej nie zaproponowałam. Inne dziewczynki garnęły się jedna przez drugą do czesania przez panią… Galopują we mgle, nie lśnią, spod kopyt unosi się kurz i jednostajny tętent ich wolnych serc. Konie od dawna nie chciały zaufać człowiekowi, tworzyły swoją rodzinę, swoją gromadę. Szymek i Natalka nie umieli mi zaufać, bo nie mieli pojęcia o zaufaniu. Siwe w połyskującym słońcu, kasztanowe zwiastujące złotą jesień, kare jak kruczoczarne ptaki, budziły zachwyt, a ja uwielbiałam na nie patrzeć. Zranione obcowaniem ze złym człowiekiem godzącym w ich naturę i temperament. Monthy Roberts budował pomost pomiędzy końmi a ludźmi. Ale najpierw musiał przekonać zwierzęta, że nie każdy człowiek trzyma w ręku bat i nie każdy spęta im kończyny. Ja musiałam przekonać Szymka i Natalkę, że nie każdy dorosły ich uderzy. To było bardzo osobiste, to był niezmiernie indywidualny plan.

„Zaklinacz koni” to człowiek, który dokonywał wspaniałych rzeczy, nie robiąc nic. To on milczeniem zaklinał dusze koni. Nauczycielka, o której Wam opowiem, zaklinała swoje serce do milczenia. Musiała zmienić cały repertuar swoich wyuczonych zachowań. Od kiedy pięcioletni chłopiec rozwiesił w jej spokojnej codzienności pajęczynę nieporozumień, musiała okiełznać swoje serce. Co dzień oddawała je dzieciom, a teraz wciśnięte w najdalszy kąt spętanych myśli, krzyczało i wyrywało się do dwóch smutków, o których jest ta historia. Chciała przytulać te smutne dusze każdego dnia, była w niej przecież naturalna potrzeba kontaktu z dziećmi, przychodziła tu dla nich. Ale nie mogła zbliżyć się do nich w żaden sposób. A to takie dla niej osobliwe, to jej znak rozpoznawczy: otulanie miłością. Pięcioletni Szymon na swoich malutkich barkach wniósł do jej pracy zagubienie i wątpliwość w sens zawodu, który kochała.

Potrzebowała empatii na najwyższym szczeblu swoich zawodowych doświadczeń.

Będąc studentką miałam okazję spędzać sporo czasu przy koniach czystej krwi arabskiej. Długie godziny spędzone przy tych wspaniałych stworzeniach na rozległych pastwiskach oraz w pachnących słomą stajniach, stały się impulsem do sporządzanych po latach porównań tych zwierząt do istot ludzkich. Gdy podjęłam pracę nauczycielki przedszkola, wspomnienia osobliwych chwil obcowania z tymi niezwykłymi zwierzętami powróciły w dojrzalszej, pragmatycznej formie. Skorzystałam z zapisanej w sercu wiedzy, że jest tylko jedna droga, która prowadzi do tych zwierząt, jeden sens porozumienia człowieka i zwierzęcia. Istnieje jeden sposób, aby zmienić bolesny sposób postrzegania świata przez bliźniacze dusze. Komunikować się z tymi dziećmi bez słów. Jak Monthy Roberths, autor bestselleru pt. „Człowiek, który słucha koni”.

Młode konie i dwójka rodzeństwa. Uparte w nierównej walce o życie zgodne ze swoją naturą. Na małej, ciasnej przestrzeni szarpią się z codziennością, nie mogą zerwać się z wędzidła bolesnych doświadczeń.

Niepokój oparty na faktach, wyraźny, poruszający – oto środek, niech Was napełni ciszą i melancholią jesieni. Dzisiejszego wieczoru usiądźcie na bujanym fotelu i wypiszcie imiona swoich wychowanków z przedszkola. Wsłuchajcie się w siebie i przywołajcie obrazy, twarze i gesty. Wrzesień i spadające kasztany. Każdy soczysty jeszcze w łupince, skrywa tajemnice domu, które Twoi wychowankowie zostawiają wśród liści kasztanowca rosnącego tuż za rogiem przedszkola. Bo jeśli w tym odcinku nie opowiem Wam o bólu, strachu, o matce, której odebrano odwagę, to nie wzbudzę wątpliwości w Waszych sercach. Nie poruszę Was. Ten odcinek pozostanie zwyczajny, jak pisał Oskar K.: monotonny. Chcę, aby ten odcinek pozostał w Waszych duszach na długo, abyście do niego wracały po siłę, inspirację, wiarę w to, że warto wykonywać zawód nauczycielki przedszkola. Mam jedyną szansę. Niepowtarzalną. Aby opowiedzieć Wam o chaosie, jaki rozpętał się w moim sercu, o rodzącej się miłości, której nigdy nie było i o magii stawania się niezwykłym nauczycielem.

***
Była jesień. Zmęczone drzewa pozrzucały ciężar niespokojnych spojrzeń przechodniów w wieku maturalnym. Będąc uczennicą zbierałam kasztany leżące u stóp rosnącego tuż przy moim liceum pięknego kasztanowca. Rodziły się zawsze we wrześniu, ale dopiero w klasie maturalnej przyłapały mnie na niepokoju zwiastującym ostatni najważniejszy egzamin w średniej szkole.

Pierwszy egzamin dojrzałości zdała w wieku 18 lat. Cenzurka z drugiego sprawdzianu z kompetencji do bycia świadomym i cierpliwym rodzicem, została wystawiona tej kobiecie przez jej córkę. Ta kobieta obchodziła akurat swoje 39 urodziny. Drugie świadectwo wystawione przez ich syna, wydane zostało mężczyźnie o brązowych oczach, zaciśniętych ustach i wysokiej, pewnej siebie sylwetce będącej w nieustannym ruchu. Mieli dwójkę dzieci. To najsmutniejsze dzieci, jakie widziałam w ciągu mojej siedmioletniej pracy zawodowej. Gdy nasze losy przecięły się, tych dwoje dorosłych zdawało akurat najtrudniejszy egzamin przed swoim dziećmi. To drugi egzamin z dojrzałości, zaliczony po około 10 latach w naturalnych, bezpiecznych warunkach przeciętnej codzienności: w środku deszczowego tygodnia, z niżem atmosferycznym znad Skandynawii, z obniżonym ciśnieniem do granicy trzeciej kawy, po przekroczeniu której sięgają po czwartą dla ukojenia tłoczących się wyrzutów sumienia. Na nieszczęście (czyje?) zdawali już bez egzaminatorów, inaczej żaden profesor nie przepuściłby ich do następnej klasy. Nie otrzymaliby przepustki do bycia rodzicem. Nie każdy człowiek pragnie zostać rodzicem, ale każdy może nim być. Nie każdy potrafi poradzić sobie z ogromnym bagażem zobowiązań, wyrzeczeń i narzuconym obowiązkiem bycia przeważnie cierpliwym. Ale każdy w swojej niecierpliwości i tęsknocie musi wejść na właściwą drogę. Jako nauczycielka przedszkola miałam obowiązek wyznaczenia tym rodzicom właściwej drogi. Inaczej błądziliby nieustannie.

Przedstawiam Wam rodziców Szymka i Natalii.

***
Kasztany już dawno opadły na ziemię, wołając ulicznych gapiów o nie rozchodzenie się z pustymi kieszeniami. W moich kieszeniach, w mojej duszy było tego dnia zupełnie pusto. Opustoszały ulice, jakby czas cofnął się o kilkanaście lat. Kiedy byłam na studiach, usłyszałam o emocjach po raz pierwszy jak o przyjacielu. Że mam prawo o nich mówić, wyrażać je na różne sposoby i nie powinnam się ich wstydzić. Czy ta kobieta też kiedyś o tym usłyszała? Za około 10 lat zostałam mamą. Ona też ma dziecko w tym samym wieku co moja Martynka. Nauczyłam moją córeczkę mówić, a potem nauczyłam ją mówić o tym, co czuje. I zachęcałam, aby pytała o moje emocje, jeśli staną się dla niej niezrozumiałe. W ten sposób budujemy zaufanie od sześciu lat. Czy Natalka, Szymek i ich mama mają okazję usiąść pod altanką zaufania w ogrodzie życia? Czy schronią się tam razem przed deszczem ran, które już zostały zadane? Czy ta konstrukcja gry i pozorów nie runie z głośnym trzaskiem pękających zasad postępowania tych rodziców i trwającej do granic niemożliwości zmowy milczenia tej rodziny?

Runie. Z końcem drugiej części tego odcinka.

***
Co roku zachwycam się magią jesieni. Dlaczego tak wiele osób jej nie lubi? Według mnie jesień musi być córką wiosny. Córki chcą być takie jak ich mamy. Jesień przemienia świat w paletę ciepłych kolorów. Czyni świat wielobarwnym, niebanalnym, zaskakującym. Która pora roku to potrafi? Rozejrzyjcie się. Ogarnia nas melancholia. Całe szczęście, że jest taka pora roku, która mobilizuje do przemyśleń, uspokaja, zwalnia bieg, relaksuje duszę. To takie potrzebne. Wszystkim bez wyjątku.

Ojciec Natalki musi odpocząć. Jest zapracowany, spięty, sfrustrowany sytuacją polityczną w naszym kraju, o której wciąż mi opowiada, a ja słysząc to kolejny raz denerwuję się. Niech porozmawia ze mną o sytuacji emocjonalnej Szymona i Natalki w grupie rówieśniczej. Niech powie mi, dlaczego karze ich w sposób, który dla mnie jako kobiety, matki, nauczycielki jest kategorycznie nie do przyjęcia. Karanie jest rzeczą dyskusyjną, nie zajmuję stanowiska. Ale wolno mi zastanowić się

skąd bierze się złość?

Z braku kreatywności dla samych siebie. Z braku pomysłów na inny sposób postępowania, z braku zgody na zmiany. I wreszcie z zaszeregowania. Czego?

Opinii, sądów, zasad wychowania i przekonań o stawaniu się lepszym człowiekiem poprzez bicie. Przekonań, które ranią. Nie tylko fizycznie. Byłam ich świadkiem i mimo że już minęły, tkwią we mnie i uwierają nadal. Rozdrapują emocjonalnie.

Czy tych dwoje ludzi są przyjaciółmi dla swoich dzieci? Czy są przystanią, do której te dzieci o każdej porze ich nastroju i samopoczucia mogą wpłynąć? Czy tych dwoje bliźniaków ma prawo przyznawać się do zranionych uczuć? Na wszystkie pytania odpowiedź jest jednoznaczna: Nie. Od łez rozmazują mi się litery na monitorze. Muszę przerwać pisanie…

***

Przeczytaj drugą część: tutaj


* 9. Forum Wychowania Przedszkolnego
** „Tabu w literaturze i sztuce dla dzieci” B. Sochańska,
J. Czechowska
*** Pętanie – metoda zmuszania zwierząt do całkowitej uległości człowiekowi, dziś już nie stosowana wobec koni

2 komentarze do “Dzieci, które są bite (cz. 1)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.