Ferie w przedszkolu

Rany, widziałyście jak dużo dzieci zapisanych na ferie?! – grymas niezadowolenia na policzkach Marylki nie komponuje się zbyt fajnie z rumieńcem w tonacji delikatnej opalenizny. W sumie to nie wiem, czy Marylka mnie pyta, czy sama sobie odpowiada.

No co zrobisz, i tak przychodzimy do pracy, to w sumie liczba nie ma znaczenia… – wtrąca się Magda, która zgubiła gdzieś kolczyka i teraz z głową w szafie przeszukuje ją centymetr po centymetrze, badając całą zawartość kieszeni mojej kurtki.

Magda, może spadł ci jak jechałaś autobusem? – staram się odwrócić jej uwagę od rozdrażnienia, które nie nastraja pozytywnie do rozpoczynającej się za parę minut naszej zmiany.

Przecież szkolnych rodzeństw to my mamy od zatrzęsienia! Szkoły mają wolne, więc dlaczego mamy w grupach po 20 zapisanych dzieci?! – Marylka nie daje za wygraną.

Porozmawiaj z Panią Minister… Teraz to szkoły już wolnego nie mają. Dzieciaki ze szkół nie zostają w domach, ale korzystają z zajęć organizowanych przez szkołę. To się nazywa „Zima w mieście” – wtrąca się do naszej dyskusji Monika, która weszła do pokoju socjalnego zalać sobie malinową herbatę. Zapach malin przyjemnie ożywił mroźny poranek.

Organizujecie komitet strajkowy? Chętnie się dołączę – szepcze Marzena, która zapomniała podpisać listy obecności. Wzburzona. Zdenerwowana relacjonuje:

Wiecie, co mi powiedział ojciec Michała?! Że jakim prawem robimy zapisy na ferie, że przedszkole jest placówką nieferyjną i on się nie zgadza, aby jego syn był na ten czas w łączonej grupie! Rozumiecie to? Powiedział, że on to zgłosi do Kuratorium! Dziewczyny, nieźle się zapowiadają te dwa tygodnie.

Trzeba było go zapytać, kiedy jego zdaniem mamy wykorzystać urlopy?! Przecież w wakacje mamy dyżur… – pyta tubalnym głosem Magda, stojąc jedną nogą w szafie.

On żyje w innej rzeczywistości. On może wziąć sobie urlop, kiedy mu się podoba, a my nie możemy przecież brać wolnego w dowolnym terminie i to w trakcie roku! Marzyciel! – Marylka wyjaśnia sobie i nam, skrupulatnie studiując listę zapisanych dzieci.

Każdy ciągnie w swoją stronę… Tak już jest urządzony ten świat – przebiega mi przez myśl. Idę do sali, aby otworzyć okna. Znajomy głos Magdy zawraca mnie jednak z powrotem:

Iza!!! Co ty nosisz w tych kieszeniach?! Jakieś auta bez kół, stare bilety i brokat?! Rany bomba!

Kochana, ja jadę z dwójką przedszkolaków przez pół miasta. Muszę się asekurować. Ostrzegałam, na drugi raz nie zaglądaj! – Uwielbiam ją!

***
Wie pani, mam urlop i jedziemy we trójkę na trzy dni w góry, wracamy w środę, więc Małgosia przyjdzie do przedszkola w czwartek i piątek. Ja mam urlop do końca tygodnia, ale chcę, aby Małgosia zobaczyła się z koleżankami. Czy mogłabym zgłosić córeczkę również na drugi tydzień? – widzę, jak Monika wsłuchuje się w każde słowo tej kobiety i uparcie wbija wystającą pinezkę w wykładzinę.

Iza!!! Czy w życiu tych rodziców nie ma nic prócz przedszkola? Dlaczego im nie mówisz, że będą grupy łączone, że musimy zejść z urlopów, że… zwyczajnie chcemy odetchnąć?

Monika, w jaki sposób miałabym im „o tym wszystkim” powiedzieć, według ciebie?

Oj, Iza, ty i te twoje… Dobra, już nic. Chodzi mi o to, że widzisz, nareszcie jest okazja, może dostałybyśmy trochę urlopu, jakby było mniej dzieci, a ty masz ponad 20 zapisanych na pierwszy tydzień ferii!! O urlopie nie ma co marzyć…

Moniś, zrób sobie meliskę, nie malinową, ale meliskę. Mam, chcesz? – ale Monika mija mnie tylko i z piorunującym rozczarowaniem w oczach daje mi do zrozumienia, że w pewnych kwestiach rozmijamy się zupełnie. A ja nie mam ochoty zmieniać tego, czego zmienić nie mogę.

Moja sala. Marysia układa klocki na dywanie. Pierwsze promyki słońca rumienią jej małą buzię i zaspane oczka, które trze piąstką zwiniętą w małą kuleczkę. Cichutko wchodzi Antoś. Przytula swojego krecika tak mocno, że policzek chłopca robi się czerwony. Uwielbiam Antosiowe poranki z krecikiem, który wygląda identycznie jak z kreskówek mojego dzieciństwa. Razem z nimi w kątach sali mieszkają moje seledynowe nastroje pachnące słodkim kakao na śniadanie. Tu zdobywam się na odwagę, aby nie myśleć o tym, co mnie przerasta. Tu przychodzą dzieci, które przynoszą ze sobą wiosnę, nieważne o jakiej porze roku. Dzieci są jak niezapominajki. Kiedy już je poznasz, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Budzą w człowieku ogrom różnorodnych uczuć! Rzadko mówią: dziękuję. Ale czynią to w inny sposób: okazują Ci zainteresowanie. Nie zrobią tego, jeśli nic dla nich nie znaczysz.

***
Takich rozmów jak z mamą Małgosi odbyłam chyba około 20. Prawie zawsze był ten sam lub podobny argument: aby spotkała się z…, aby pobawił się z… Doskonale wiedziałam, o co chodziło Monice. Ale nie potrafię mieszać soli z cukrem. Wyjdzie niedobre. Ten zawód to miejsce, do którego wstęp mają najpierw dzieci, a dopiero potem niezadowolenie.

Chciałabym upoważnić babcię, przyjeżdża do nas na ferie i będzie odbierała Kacperka przez tydzień… Myślę, że babcia będzie przychodzić po podwieczorku.

Wie pani, nareszcie dostaliśmy z mężem urlop w tym samym czasie, tak długo na niego czekaliśmy! Wyjeżdżamy na narty na dwa dni, dlatego po Zosię przyjdzie moja koleżanka, taka przyszywana ciocia. Zosieńka wie o tym, ale proszę zwrócić na nią większą uwagę, gdyby była trochę markotna i tęskniła za nami. Proszę, to jest upoważnienie dla mojej przyjaciółki…

Ale prezent zrobiła paniom i dzieciom nasza pani zima! Będziecie wychodzić na saneczki, przygotowałam mojej wnusi ciepłe skarpetki i dwie pary rękawiczek, gdyby te pierwsze przemokły. Ach, tak się cieszę, że wreszcie mamy trochę tego śniegu, choć go jak na lekarstwo, ale zawsze… Wie pani, przyniosłam też książeczkę dla Antosi, aby poćwiczyć z nią szlaczki, wie pani, w domu kompletnie nie ma na to czasu, no a szkoła za pasem, no to proszę tam usiąść z nią po obiadku najlepiej i poćwiczyć te jej bohomazy. – No to może ja pójdę do domu, bo ta przemiła pani doskonale wie, jak zaplanować dzień. I nie tylko jej Antosia jest w tej grupie. Jest 22 pozostałych dzieci z różnych grup, nie znam wszystkich, nie wiem nawet, jak niektóre mają na imię.

***
Nie minęło 10 minut dzikiej zabawy w ogrodzie, a dostrzegam niewielką grupkę dzieci przy ogrodzeniu. Natychmiast idę w tamtym kierunku, ale… skręcam do Zosi, której sprawdzam, czy ma dobrze zawiązane sznurówki. No nie!!! Matka Michała przechadza się wzdłuż ogrodzenia, prowadząc monolog z własnym niezadowoleniem. Coś komentuje, czegoś jej brakuje.

Pani Izabelo! – woła mnie przez jedną jedyną dziurę w ogrodzeniu, którą pan Leszek miał dzisiaj załatać. Przypomnę mu o tym niezwłocznie. Nie reaguję, no bo jestem w pracy. Muszę obserwować, pilnować i zajmować się dziećmi, nie mam czasu rozmawiać przez płot.

Pani Izo, jakaś pani panią woła! To chyba mama Michała! On tam płacze, bo chce do mamy! – Krzyś nieco przejęty, relacjonuje mi bieg wydarzeń zza drugiej strony ogrodzenia jak komentator na meczu piłkarskim.

Po co ona tu krąży?! No po co! Skoro jest zajęta i przyprowadziła syna do przedszkola na czas ferii, to niech wykorzysta sobie ten czas chociażby na nudę! Sprawdza mnie? Denerwuje mnie!!

Przepraszam panią, przechodziłam po zakupy i zobaczyłam, że mój Michaś nie ma saneczek, a dzieci tak się fajnie bawią, o tam dalej, widzi pani? Może mu pani przywieźć saneczki?

Nie chcę jeździć na sankach! – wydziera się na całe gardło Michaś. – Chcę być żółwiem!

Jakim żółwiem Michasiu, co ty opowiadasz?! Przecież ty na saneczkach lubisz jeździć…

Ningiago nie jeżdżą na sankach! To nuda!!!

Pani Izabelko kochana, no proszę mu przemówić do rozsądku… Przecież jest zima, dzieci powinny jeździć na sankach…

Proszę pani, dzieci spędzają czas na dworze tak jak chcą, mają szansę się wybiegać, wyszaleć. W końcu mają ferie. Dajmy im odetchnąć, na co dzień wykonują dużo różnych zajęć. Nie widzę celu w tym, aby przekonywać Michasia do zabawy w taki sposób, który nie sprawi mu żadnej przyjemności. – Bez komentarza zostawia mnie i odchodzi, nawet się nie oglądając. Michaś nawet za nią nie zawołał. Był żółwiem ninga. Był w swoim żywiole. I był na swój sposób bardzo zadowolony. Zima nie wymusza, aby wszystkie dzieci musiały bawić się w identyczny sposób.

Po białych szaleństwach wracamy z ogrodu, za którym dzieciaki tęskno odwracają główki. Chętnie zostałyby jeszcze… Przy drzwiach tarasu czeka na mnie ojciec Pawełka. W ekspresowym tempie rzucam wzrok na Pawła, który ma czerwone policzki od lekkiego mrozu i szczęśliwe oczy. Chcę upewnić się, że wszystko ma na miejscu, zanim nastąpi atak na moją osobę. Bo nie sądzę, aby ojciec przyszedł w środku dnia podziękować mi za opiekę nad synem.

Czy pani ma dobrze w głowie? Są ferie, posłaliśmy z żoną naszego syna do przedszkola, aby odpoczął, aby odetchnął, a pani, nauczycielka tego przedszkola, o którym miałem takie dobre zdanie, no ale w tej sytuacji będę musiał je chyba zmienić, ciągnie go na pole! Na mróz!!

A nie sądzi pan, że skoro ma pan urlop, syn najlepiej odpocząłby w domu, skoro to państwo tak świetnie wiecie, co jest dla niego najlepsze. Też mam prawo być zmęczona.

Proszę pana, są ferie, jest śnieg, który dzieci kochają. Zabawa na lekkim mroziku działa jak najlepsze lekarstwo na lutowe przeziębienia. Może zapytajmy syna, czy jest nieszczęśliwy z powodu zabawy na śniegu ze swoimi kolegami?  – Nie odpowiedział ani jednym słowem, bo do jego pleców przytulił się cieplutki od wrażeń Paweł, który z wypiekami na twarzy prosił tatę, aby mógł zostać tu jeszcze chwilkę.

***
Dwa tygodnie. Tłum spojrzeń, morze opinii, wnioski na przyszłość. Interesy różnych ludzi przebiegały przez moją salę kilkanaście razy dziennie. Dzieci potykały się o wątpliwości swoich rodziców, czy aby spędzają czas ferii wystarczająco atrakcyjnie i czy nie mają czasu na nudę. Obserwowana i śledzona przez ich brak zaufania, czułam się jak podczas castingu na kompetentnego nauczyciela pełniącego rolę „opiekunki”. Każdy mój krok był negocjowany. Każdy podopieczny dokładnie przepytany.

A jeśli dziecko się śmieje, czy to nie jest wystarczająca odpowiedź? – Czy trzeba jeszcze pytać:
jak było?

Rozumiem, że dzieci w ferie zapisywane są do przedszkoli, mimo iż rodzice nie kryją informacji o swoich urlopach. Dorośli obawiają się, że nie sprostają oczekiwaniom, które za to znakomicie ich zdaniem spełnią nauczycielki w przedszkolu. Tu ma kolegów, więcej miejsca do zabawy i chętniej zje. Po obiedzie odpocznie. Czy aby te opisy czasem nie pasują do obrazu domu?

A przeciwności? Już o nich zapomniałam. To urok zawodu, którego jednak nie rzuciła zła czarownica, ale który znalazłam w lecie w bukieciku niezapominajek pozrywanych przez moich wychowanków. Nie umiem długo się gniewać. W tym zawodzie trzeba być niebywale odpornym na cudze racje, umieć godzić interesy, bagatelizować napięcia. Każdy kolejny miesiąc, mijający rok uczą mnie, jak ewaluuje stosunek rodziców do nas, nauczycielek przedszkola. Z roku na rok oni coraz mniej nam ufają, coraz rzadziej podają rękę i wpadają w pajęczynę osobistych pytań, z których najwięcej odpowiedzi znają przecież same dzieci.

***
Kto uzna dziecko za partnera w dialogu, ten dowie się najwięcej. Wystarczy nam zaufać, że zrobimy to najlepiej, jak umiemy. Że dzieci będą zadowolone, że spędzą tu czas prawie jak w domu. Ale ten czas… Przecież on w czasie ferii nie różni się od dni i tygodni, które dzieci spędzają w ciągu roku.

Czy my w czasie ferii zakładamy maski karnawałowe, aby z ukrycia zwyczajnie sobie odpuszczać? Czy dajemy z siebie mniej? Czy można dostrzec różnicę w nas i w naszym postępowaniu? Czy te pytania są w ogóle potrzebne?

Nauczycielki przedszkola nie dzielą swojej uwagi, zapału i kompetencji pomiędzy dwie części roku. Ferie to refleksja, dużych lub małych rozmiarów przerwa w całorocznej rutynie postępowania wielu rodzin. Są zachłanni na parę dni wolnego, które udało im się wyrwać z notesu zapisanego po brzegi ważnymi sprawami. Spieszą się odpoczywać. I chcą, aby wszystko było idealnie. Aby wszyscy byli zadowoleni. I dzieci szczęśliwe. Przecież dla dzieci ferie niczym się nie różnią od reszty roku, panie nie kochają ich mniej. Dlaczego w takim razie „te ferie” wywołują takie poruszenie? W przedszkolach życie toczy się w swoim niezmiennym, ustalonym i sprawdzonym rytmie. Nam nie potrzeba przypominać o tym, co dla nas jest oczywiste i ważne. Nam nie trzeba tłumaczyć, co dla dzieci jest najlepsze. My też nie wiemy tego w stu procentach. Wiedzą to tylko same dzieci. A ponieważ my, nauczycielki, kierowane doświadczeniem zwracamy się zawsze w kierunku dziecka, dowiadujemy się pierwsze o tym, czego potrzebują małe serca. One chcą bawić się ze swymi rówieśnikami. Rodzice chcą czegoś więcej. Nagle. Zrywają się ze szczęściem w kieszeniach. Niestety, dziurawych w ciągu całego roku.

3 komentarze do “Ferie w przedszkolu”

  1. Smutna prawda, jednak nasza praca wymaga „zadowolenia” w każdej sytuacji oraz tłumaczenia się ze wszystkiego. Taki zawód, taka praca. Trafnie opisane sytuacje, ale niektóre z przesadą 🙂 pozdrawiam wszystkie nauczycielki!

    1. aga… nie wiem czy z przesadą, ja bym jeszcze dodała kilka innych bardziej bolesnych historii rodzicielskich argumentów- serio!
      rodzice są z roku na rok coraz bardziej roszczeniowi i… niestety powodują, że nasza praca staje się coraz mniej przyjemna
      tylko dziecięce uśmiechy i oddawane uczucia rekompensują trud obcowania z rodzicami

      1. Święta prawda… choć coraz mniej jest rodziców zadowolonych z naszej pracy to nie zmieniło się zadowolenie naszych wychowanków:-) aż serce rośnie i chce się człowiekowi iść do pracy wiedząc, ze każdy dzień- choć inny-przynosi słońce w uśmiechu dziecka:-).

Pozostaw odpowiedź Feryjka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.