Gunia – o chromosom szczęścia więcej

Po epizodzie wolontariatu na popołudniowych zajęciach z niepełnosprawnymi dzieciakami z gminy, postanowiłam sobie, że nie wmieszam się nigdy w oligofrenopedagogikę. W głębi serca wiedziałam, że nie wystroję swojego emocjonalnego temperamentu w sztywny, patetyczny mundurek metodyki tej pracy. Bałam się, że nie wpiszę się w odpowiedni poziom taktu, łagodności, cierpliwości i dystansu. Miałam rację, bo kilka lat później mając w nosie zasady o niefaworyzowaniu wychowanków – zakochałam się bez pamięci w swojej podopiecznej z Zespołem Downa.

Pojawiłyśmy się w żłobku prawie w tym samym czasie – na początku wakacji. Stawiałam pierwsze nieśmiałe kroki w maluszkowej grupie, gdy zjawiłaś się przerażona w moich ramionach z kciukiem w ustach. Od początku mnie urzekłaś. Tuliłam Cię i kołysałam, scałowując nieprofesjonalnie z Twoich rumianych policzków łzy strachu, zapewniając, że poradzimy sobie. Obie. Trafiłaś do nas mając 15 miesięcy. Jeszcze nie chodziłaś. Po pierwszych dniach adaptacji powolutku, ciekawsko zaczęłaś odpełzać na czworaka od moich kolan, badawczo przyglądając się koleżankom i kolegom. Nie miałaś podobno od urodzenia wykształconego odruchu ssania, nie potrafiłaś pić z butelki. Szybko nadrobiłaś zaległości – musiałam odpędzać Cię od maluchów, którym w czasie snu wykradałaś smoczki i zaszywałaś się w kąciku sali próbując utrzymać w wargach dziwny, gumowy przedmiot. Pamiętam rozbawienie i zachwyt, jaki poczułam, gdy zobaczyłam jak siedzisz po turecku, a smoczek porusza się w Twoich intensywnie ssących ustach.

Rehabilitacja pozwoliła Ci postawić pod koniec lata pierwsze kroki. Kroczyłaś dumnie, majestatycznie – na sztywnych, prostych w kolankach nóżkach. Byłaś moją małą pomocnicą przy naszych półrocznych nowicjuszach, którzy pojawili się we wrześniu. Dzielnie rozróżniałaś i donosiłaś im odpowiednie smoczki, w czasie płaczu podrzucałaś grzechotki albo w skupieniu, z przygryzionym w kąciku ust językiem, huśtałaś je do snu w plastikowych bujaczkach. W wolnych chwilach zabierałaś się za czytanie. Wybierałaś książeczkę, siadałaś przy grzejniku i przejeżdżając paluszkiem po literkach ruszałaś ustami. Czasem kiwałaś przy tym główką, robiłaś zaskoczoną minę albo wybuchałaś śmiechem. Świetnie radziłaś sobie z klockami i trzymaniem pędzla czy kredki. Miesiące mijały, a ja zakochiwałam się w Tobie coraz bardziej. Podobno już widząc wejściowe drzwi żłobka zaczynałaś się śmiać.

Podczas naszego popołudniowego rytuału zabierałam Cię do łazienki – byłaś strasznie dumna, że pozwalałam Ci iść obok mnie na płytkach. Jako jedyna radziłaś sobie z nocnikiem. Toczyłyśmy przy nim rozmowy, o tym jak pójdziesz za niedługo „papa”, co zobaczysz na spacerze. Zawsze domagałaś się też podniesienia Cię do okna – za szybą, na dachu u sąsiadów, przesiadywały gołębie. Patrzyłaś na nie urzeczona, prawie tak samo poruszona jak ja Tobą. Potem stawałyśmy przed lustrem przy umywalce, wycierałam Ci nosek i robiłyśmy dziwne miny do naszych odbić. Kiedy podjęto decyzję o przeniesieniu Cię do starszej grupy, te chwile przy lustrze trwały trochę dłużej. Miałam naiwną nadzieję, że zapamiętasz nasz obraz i moje słowa szeptane Ci do ucha, że jesteś cudem, że będziesz kim zechcesz. Próbując wyzbyć się egoizmu – tłumaczyłam sobie, że już czas na Ciebie, że jesteś najstarsza w mojej drużynie. Że tak będzie dla Ciebie lepiej, bo w grupie Starszaków zapewnią Ci kontakt z rówieśnikami i zajęcia dodatkowe. Że niewiele już Ci dam wśród tych naszych niemowlaków, śliniaków i smoczków. Żegnałam się z Tobą powolutku od początku grudnia, by wreszcie zdezerterować i mieć urlop po świętach – gdy byłaś u nas ostatni dzień.

Minęły dwa miesiące odkąd Cię tu nie ma. Tęsknię bardziej niż się o to podejrzewałam. Wpadamy na siebie czasem w szatni albo na korytarzu. Dzieje się wtedy coś niesamowitego, coś co nie miało miejsca u innych dzieciaków, które były przenoszone do starszych oddziałów – pamiętasz. Witasz mnie z uśmiechem, wyciągasz do mnie paluszki albo wystawiasz do całowania czoło jak w ubiegły piątek. Zdarza się, że gdy Twoja grupa wychodzi na spacer – wpadasz do nas w odwiedziny. Jest tak, jakby nic się nie zmieniło – chodzisz po sali roześmiana, jednocześnie przytulasz stare pluszaki i bujasz łysolków. Robię sobie wtedy chwilę przerwy i wcinamy na dywanie moje bułki ze śniadania, przeczesuję Twoje włosy, witamy się z gołębiami. Ostatnio świętowałyśmy przy upieczonych przez Ciebie z mamą muffinkach – Twoje drugie urodzinki. Guniu, tak wielu ludzi nie wie, że chciałoby Cię poznać…

Marta Jasic

***
Tekst został nadesłany na konkurs:

opowiedzswojahistorie_baner

Dowiedz się więcej o konkursie:
www.blizejprzedszkola.pl/przemieniamswiat

Jeden komentarz do “Gunia – o chromosom szczęścia więcej”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.