Jesteś tam jeszcze? Nauczycielko przedszkola?

Zanurzyłam serce w morzu zaangażowania.

Wyrwałam z korzeniami swoją zawodową hierarchię wszystkiego, niczym tykającą bombę. Przewartościowałam czas. Zapomniałam się, popłynęłam… i wylądowałam na brzegu miękkiej perspektywy zmian.

Wiele mnie to kosztowało, ale czy zdobywanie swojego osobistego Mont Blanc nie jest warte wysiłku? Rzadko uśmiecham się, kiedy dręczą mnie demony nieporozumień. To w ich sidła wpadłam po zakończeniu zajęć w obecności Pani Dyrektor, prowadzonych przez moje mocno zmobilizowane serce. Sieć wątpliwości była tak gęsta, że odbierała ochotę na  kolację. Mimo że od rana nie mogłam przełknąć ani kęsa. Nerwy. Zdenerwowanie. Zdenerwowana ja. Rozsiane po całym sercu głodne argumenty trzymały mnie konsekwentnie w silnym uścisku sytości. Nie było czasu na składanie dowodów, że mam rację. Pani Dyrektor musiała wyjść na ważne spotkanie. Spotkanie ze mną nie było aż tak ważne.

Jak smakuje rozczarowanie?

Gorzko.

Nadal pytam siebie:
Jesteś tam jeszcze, nauczycielko przedszkola?

***
Wiadomość tekstowa:
od: Magda
Dalej Cię to gryzie?

Dalej…

Oj daj spokój, idź spać. Napij się ciepłego mleka z miodem.

Nie pójdę i nie lubię miodu.

***
Czuję jak rozpiera mnie tętniąca w żyłach lawa satysfakcji i szczerej dumy z Michała i Katarzyny. To moje dwie perełki, które błyszczą na każdych zajęciach. Zaskakują znajomością tematu, słownictwem. Mobilizują mnie. Prowokuję więc grupę z ufnością i konsekwencją. Odważnie stawiam pytania, cierpliwie czekam. Zarażam świetnym samopoczuciem, skupieniem i delikatnym humorem. Wierzę w nich. Hospitacja. Obserwacja. Zajęcia w towarzystwie Pani Dyrektor. Obowiązek. Część mojej pracy. Ważna część.

Rumiane policzki Jasia wypełniają salę przyjemnym podekscytowaniem. Zapach wrzosów miesza się z fantastycznym zapachem drożdżowego ciasta, rozchodzącym się po całym przedszkolu. Cały świat mi dzisiaj sprzyja! Zmysły tańczą w głowie i pieszczą zakamarki podniebienia. Pytania rodzą ciekawość, z ciekawości rodzi się zainteresowanie. Nie martwię się, że zabraknie go sześciolatkom. Nie dzisiaj, nie na tych zajęciach. Temat zaangażował ich serca, przypomniał o sześcioletnim doświadczeniu i urozmaicił wiedzę. Chcą odpowiadać i ta silna chęć mobilizuje i sieje zbawienną dyscyplinę. Małe rączki rwą się w geście odpowiedzi, po czym posłusznie wędrują na kolanka. Wyprostowane plecy utożsamiają się z panią nauczycielką i tak znacząco świadczą o zaufaniu pomiędzy nami. Długo na to pracowałam: na tę dyscyplinę w kolorach najłagodniejszego nieba. Wypracowaliśmy z dziećmi solidne fundamenty współpracy: to, co mówi każdy z nas, jest ważne. Słuchamy innych i szanujemy swoje wypowiedzi, a przekrzykiwanie rodzi smutne uczucia. Z sześciolatkami można się naprawdę świetnie dogadać. Na plecach czuję wzrok Pani Dyrektor i obsypuje mnie gęsia skórka.

Napięcie we mnie. Zniecierpliwienie Dyrekcji…

Kątem oka zerkam na zegar tak cierpliwie utykający na trzecią nogę. Dwie białe wskazówki rozleniwiły się i jestem im za to lenistwo wdzięczna. Ale czerwona wskazówka z każdym okrążeniem popycha tę większą i z tego powodu zaczyna mnie denerwować. Czas dał o sobie znać. Sekunda w szponach zegara rozszarpała cudowne zadowolenie. Za długo!!! Prowadzę zajęcia już za długo! Czas działa na moją niekorzyść. Już tak późno? Pytam siebie w największej ciszy, nie dając sobie jednocześnie szansy na wybicie z fajnego rytmu pracy. Włączam muzykę. Bo od zawsze pomagała mi odświeżyć zapał, to w niej kryje się rezerwa i potencjał. Dzieci regenerują się poprzez dynamiczny ruch, a towarzysząca temu muzyka wspaniale rozładowuje moje napięcie wzniecone sprzecznością interesów: strażniczki czasu Pani Dyrektor i ambiwalentnej w tym względzie, zakochanej w tym co robi – nauczycielki.

***
Sama przed sobą zdałam ważny egzamin: z obecności. Egzamin przed jakże dostojnym gremium serc. Na tych zajęciach byłam całą sobą z dziećmi. Moja dusza nie błąkała się pomiędzy wyjazdem służbowym męża, a niezapłaconym rachunkiem za telefon w minionym miesiącu. Odłożyłam kłopoty na wieczór, musiały poczekać. Moja dusza była obecna przy małych duszach. Wewnętrznie cieszyłam się z tych zajęć. Byłam dumna z moich sześciolatków, z ich potężnej wiedzy, wzorowego zachowania, dialogu ze swoją panią. Myślę, że dzieci odwzajemniły miłość, którą staram się dawać im za każdym razem, gdy wchodzę do sali…

Ale czy mi się to udaje?

Te zajęcia były świadectwem naszej codziennej pracy, wzajemnych umów, dowodem udanych relacji opartych na wzajemnym zrozumieniu i olbrzymiej empatii. Byliśmy jak dwie połówki pomarańczy: ja i one. Nauczycielka i dzieci. Staliśmy po dwóch stronach łagodnej rzeki, łączącej oba brzegi pomostem wyjątkowego zaangażowania i wyjątkowej miłości. Trzeba poczuć tę radość płynącą gdzieś z głębi, trzeba uczestniczyć w tym wydarzeniu pozytywnie bijących serc. Trzeba tu być wśród nich. Usiąść na dywanie i wsłuchać się w ich opowieść.

***
I tylko tyle? Nic więcej dzisiaj się nie wydarzyło?

Dyrekcja śledzi wzrokiem moje milczenie, które wciskam w krzesło, chcąc stać się niewidzialną. Brakuje mi w niej słońca, zrozumienia i wiosny. Rozmowa pohospitacyjna. Nie lubię tego. W zasadzie to monolog, bo cały czas mówi ona. Ja spuszczam głowę, moje emocje z kolorowych fajerwerków stały się bezbarwne i mało znaczące. W moim odczuciu stanęłam na wysokości zadania, w odczuciu Dyrekcji – na wysokości jej niezadowolenia. Ona nie widziała w tych zajęciach mojej wielkiej radości z pracy z dziećmi, nie dostrzegła ich ogromnych zalet, uroku słów, bogatych, zabawnych wypowiedzi. Nie odczuła na własnej skórze dreszczyku przyjemności z niebywałej ciszy, gdy odpowiadali koledzy i tak zaskakująco nie przerywali sobie. Poradzili sobie z moim ambitnym scenariuszem zajęć, zrealizowaliśmy wszystkie punkty. Zrealizowałam swoje marzenia o grupie skoncentrowanej, pracującej zadaniowo, fair play. Zaskoczyła mnie Lilka zwykle obojętna i nieobecna. Na zajęciach oddała mi wszystko to, nad czym pracowałyśmy razem od paru miesięcy: wodziła wzrokiem za moją sylwetką, zgłaszała się, zachłysnęła dyscypliną. A Staś? Chłopiec o czarnych długich rzęsach usiadł na dywanie i patrzył mi w oczy chyba po raz pierwszy odkąd się znamy. Był wzorem dla innych, choć tę jego nadpobudliwość kosztowało to zachowanie wiele wysiłku. I jeszcze delikatna Marysia, której wyrwało się na całe gardło: ale super fajnie!!! Moje sześciolatki podarowały mi spontaniczność z domieszką powagi, która w ich wydaniu na co dzień jest niebywale ambiwalentna. Podarowali mi coś więcej: wiedzieli, że to dla mnie ważne. Zrozumieli, bo znamy się jak dobrzy starzy przyjaciele.

***
Czuję jak mocne bicie serca wygrywa z somatyką ciała i zaczyna mi być z tym strasznie niewygodnie. Liczę freski na nowym dywanie w pokoju Kancelarii. Moje zajęcia nie były ważne w hierarchii czasu, wobec której stoję teraz bez żadnych szans. Werdykt jest jednoznaczny i zbyt bezpośrednio trafia w moją nadszarpniętą wrażliwość. Znowu ten charakter, to dziecko we mnie, które nie potrafi się bronić! A może gdyby go we mnie nie było… nie byłoby i mnie na tym wyjątkowym stanowisku miłości, na tym krześle potwornie twardym i źle wyprofilowanym. Werdykt jest jeden: za długo, przeciągnęłam, zbyt rozciągnięte zajęcia w czasie, istniało ryzyko zniecierpliwienia dzieci… Nieumiejętnie, nieprofesjonalnie, niedobrze… „Istniało ryzyko”, ale go przecież nie było! Ryzyko nie wynurzyło nosa! Czy prognoza potencjalnie bezśnieżnej zimy jest na miejscu w obliczu przyjemności otrzymywania prezentów na Gwiazdkę?

Dyrektor jak wyrocznia z bajki mojej córeczki. Elfy przylatywały do niej każdego ranka, zaniepokojone zmieniającą się pogodą w obawie o małe pąki nowych kwiatów. Każdego dnia pytały wyrocznię, jaką zaplanowała pogodę na dzień następny, bo wspaniale rozwinięte kwiaty wymagały szczególnej troski i słońca. Wyrocznia była najważniejsza. Ona otulała elfy przyjemną obietnicą pięknej pogody, ale i zsyłała błyskawice i granatem zasnuwała niebo. Może robiła to po to, aby nauczyć kwiaty, jak przetrwać? Ale to już moja interpretacja bajki.

***
Jak zakończyła się ta historia? Było mi przykro. I to tak bardzo naturalnie. Gdy czujesz, że dajesz z siebie wszystko, napawasz swoje serce dumą, że stać Cię na takie przedsięwzięcie. Gdy inwestujesz w siebie jeszcze przed godziną zero, długo, konsekwentnie i wytrwale, tym bardziej ogarnia Cię smutek o charakterze osobistym. W oceanie emocji punktowałam siebie i swoich podopiecznych. Wygraliśmy sporo. Wygrałam autorefleksję. Potrafiłam nareszcie ocenić siebie na celujący! A że nie spotkałam się z brawami? Potraktujmy milczenie jak złoto. Brakowało dyskusji, która budzi motywację jak gwiazdy nocą. Nie było dialogu, który rozjaśnia granatowe chmury na niebie wątpliwości. W końcu dla kogo powinnyśmy przygotowywać zajęcia? I kto bezapelacyjnie powinien czerpać z nich zadowolenie o smaku najsłodszych truskawek? No kto?

Oczywiście, że dziecko.

Wróciłam do domu i nie otwierałam tego wieczoru kalendarza. Niech czas biegnie, niech cisza otuli i zaopiekuje się mną. Zasługuję na osobiste podium. Zasługuję na coś więcej.

A co jest tym „więcej” dla nauczycielki przedszkola?

Zaciśnięte rączki Dorotki na mojej szyi owiniętej miękkim szalikiem z cienkiej satyny. Całusy Wiktora zakochanego w swojej pani po sam czubek zarozumiałego noska… Uśmiech Natalki, która już się nie boi. I tysiące prostych, drobnych i delikatnych rzeczy jak moja natura, mój sposób pracy, mój sposób na miłość. „Więcej” to każdy dzień, w którym zdobywamy nowe umiejętności i jesteśmy z nich dumni. To chwile, w których oczy dzieci błyszczą. To moment, w którym one zaczynają kochać swoją nauczycielkę przedszkola. Nie mogę się doczekać, kiedy jutro znów tego doświadczę…

Jeden komentarz do “Jesteś tam jeszcze? Nauczycielko przedszkola?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.