Jesteśmy zwyczajne

Spójrz na nią. To nauczycielka dziecka.
Spójrz, jaka jest szczęśliwa.
I przekonaj się, jak dziecko przy swojej nauczycielce
także staje się szczęśliwe!

***
– Zwariowałaś?! Proszę, nie pakuj się w kłopoty… Pomyśl, dopuść rozsądek do tej niemożliwej afery serca, w którą cię wplątał!

– W nic mnie nie wplątał, sama tego chcę. Iza, jestem dorosła! Daj mi wreszcie spokój!

– Nie dam ci spokoju, dopóki nie zechcesz mnie wysłuchać.

– Przecież od jakiejś dobrej godziny prowadzisz monolog. Słyszę cię, kochana…

– No właśnie. Słyszysz mnie, ale nie słuchasz!!!

– Izulku, wiem że się martwisz, ale czy ty nie widzisz, że jestem szczęśliwa?

– Jesteś szczęśliwa teraz, a co potem?! Czy myślałaś o tym, co może wydarzyć się za parę miesięcy?

– A po co mam się zastanawiać, może będzie koniec świata…

– Zbywasz mnie… i świetnie ci to wychodzi! Zastanów się jeszcze raz, proszę cię. Magda, jesteś dla mnie jak siostra.

– Wiem, Iza, i naprawdę cię nie lekceważę. Dociera do mnie każde twoje słowo, liczę się z tobą, dobrze o tym wiesz. Ale w tej sytuacji pozwól, że będę decydować sama…

***
To, co zobaczyłam tamtego poranka, zmieniło moje patrzenie na świat i wdarło się w hierarchię miłości, rozpychając się łokciami i ignorując wszelkie zasady, które zostały we mnie zasiane jeszcze gdy byłam nastolatką. To był czas, w którym nie pozwalałam, aby rządziły mną demony okoliczności, w których bym się znalazła. Czas studenckich beztroskich zwycięstw z własnymi słabościami minął bezpowrotnie, ustępując miejsca dojrzałej miłości, która ewaluowała jak każda nowa jakość w moim życiu i wreszcie znalazła swoje miejsce. Przy Piotrku. Martwiłam się tylko o Magdę. Jeszcze parę miesięcy temu pielęgnowała swoje wielkie uczucie, a dzisiaj znalazłam w jej mieszkaniu sporych rozmiarów wątpliwości i rozpaczliwe próby zapełnienia owej pustki, która zaczęła doskwierać Magdzie od momentu, kiedy Paweł zniknął bez śladu.

***
Magda przytula się do Marka, który czule patrzy jej w oczy i obiecuje przyjechać po nią o 17. Pójdą coś zjeść, a potem pewnie do niego. Marek jest wysoki i Magda mieści się jakby cała w jego szerokiej kurtce. Wydaje mi się zagubiona w ogromie szarości jego ubrania. Laptop, którego miał niedbale zarzuconego na ramię, osuwa się na ziemię i przez pół minuty zastanawiam się, czy Marek nie będzie zły. Przeciwnie. Nawet nie zwraca na to uwagi. Jest zapatrzony w Magdę, to ona interesuje go ponad wszystko i o wiele bardziej niż leżący obok nich laptop, w porządnej drogiej torbie ze skóry. Pomiędzy tych dwoje wciska się coś nieprawdopodobnie ładnego, małego i niewypowiadającego jeszcze wszystkich głosek. Ubrane jest w uroczo kraciastą sukienkę z kieszonką na środku. Na głowie ma niezgrabnie zebrane włoski w dwa kucyki. Więcej włosków jest poza kitkami, pewnie tata nie chciał zbyt mocno ściskać cienkich kosmyków pierwszych loczków. Nie omieszka to małe podeptać tacie laptopa, ale solidna skórzana torba na szczęście amortyzuje małe stópki w rozmiarze chyba jeszcze mniejszym niż mojego Adasia. Tych dwoje nie odrywa się od siebie, dopóty ten śliczny anioł nie uwiesi się za kurtkę taty znakomicie wdrapując się jak mała zwinna małpka po jego ubraniu, by znaleźć się jak najbliżej zasięgu jego wzroku. Cieszy się ta mała dziewczynka całą pyzatą buzią, jest z siebie przecież taka dumna. Wdrapała się na najwyższe drzewo w parku jej trzyipółletniego życia. To najwyższe i najmocniejsze drzewo chroni ją, jest gwarantem bezpieczeństwa. Zawsze otwarte ramiona niczym gałęzie, na których mała małpka może się huśtać do woli, rekompensują brak mamy, której małe trzyletnie serce nie zdążyło zapamiętać. Chłodne powietrze, które wpuszczam do sali za każdym razem, jeszcze bardziej zbliża do siebie całą trójkę.

Wyglądają jakby byli fajną, szczęśliwą rodziną. Ale nie są. Marek jest prezesem banku, Magda nauczycielką przedszkola. On ma córkę, ona zranione serce.

***
– Dlaczego Ola siedzi przy stoliku?

– Bo biega po sali.

– Moni, daj mi ją na trochę, pobawi się u mnie, ty odpoczniesz… Zgadzasz się?

– Ok, ale lepiej, żeby cię dyrekcja z tą małą nie widziała.

– Sugerujesz, straszysz, czy wiesz, ale mi nie powiesz?

– Sugeruję, wiem, ale nie powiem…

– Masz rację, nie mów. Jeszcze będę się przejmować. Lepiej nie wiedzieć. Jak się wie za dużo, to nie zawsze wychodzi na korzyść. Zabieram Olę na pół godziny.

– Pozwalasz jej na wszystko, a potem daje czadu w grupie. Co na to jej tatuś? – Monika godzi w prywatność Magdy, chce ją zirytować, dokuczyć jej.

– Moni… Byłaś kiedyś szczęśliwa? Tak szczęśliwa, że wydawało ci się, że odlecisz w kosmos?!

– Skoro jeszcze nie odleciałam to chyba oznacza, że aż tak nie byłam… Wiesz co? Bierz tę Olę i idź już sobie, proszę cię. W sumie to może przepisz ją do swoich starszaków. Pan Marek się ucieszy, przecież ona taka wygadana… Poza tym córeczka szefa banku przeskoczyłaby trzy grupy! Ty, to jest myśl! Tak na marginesie, czy pani dyrektor już wie, że tatuś upoważnił cię do odbioru jego córeczki? – z przekąsem afiszuje o tym Monika, jakby chciała, aby właśnie teraz dowiedział się o tym cały świat.

– Moniś, ty nie lubisz Oli, prawda? – Monika patrzy na rozpromienioną i zaróżowioną Magdę. W tym spojrzeniu jest łatwa do odczytania odpowiedź: nie lubię ciebie.

– Powiedzmy, że Ola mi nie przeszkadza. Jak sama wiesz, w naszym zawodzie wszystkie dzieci nasze są. W przeciwieństwie do ciebie, moja droga, ty rozpieszczasz Olkę i wyróżniasz ją trochę posuwając się za daleko. Przecież ciągle zabierasz ją na górę.

– Wiedziałam, że się zgodzisz – Monika Magdy nie lubi. Nie przepadają za sobą, może tak brzmi bardziej elegancko. Ale Magda ma motyle w brzuchu, które nie pozwalają się jej gniewać. Dlatego wychodzi z sali z pięknym hollywoodzkim uśmiechem. Nie przejęła się tą gadką. Monika odpowiada jej niemal identycznie, z tą tylko różnicą, że w jej twarzy można z łatwością doszukać się sztuczności.

Woła Olę, która w podskokach z triumfalnym spojrzeniem mija Monikę i odprowadza ją wzrokiem mniej więcej w stylu: rozchmurz się, bo nie jest ci ładnie z tą naburmuszoną miną!

***
– Pani Izabelo, czy mogę panią prosić na momencik? – Dyrekcja wzywa mnie przez domofon w środku dnia, więc zbiegam po schodach, zastanawiając się o co chodzi…

– Proszę usiąść. Mam do pani bardzo dyskretną sprawę. – Kiedy pani Dyrektor siada na swoim obrotowym krześle i zamyka drzwi do kancelarii, jestem prawie pewna, że to nie wróży nic dobrego. I dlaczego tak podświadomie i głęboko gdzieś w brzuchu czuję, że ta opowieść będzie o Magdzie.

– Chodzi o pani przyjaciółkę. – A nie mówiłam?!!

– Znam panią długo, ogromnie doceniam jako zaradną matkę, wspaniałego pracownika i wrażliwego człowieka. Mam w pani wieku córkę. Może dlatego tak łatwo nawiązujemy kontakt. W różnych sprawach już nieraz zwracałam się do pani, wierząc, że mnie pani zrozumie. Zanim podejmę jakąś decyzję, chciałabym poznać pani zdanie. Do tej pory ani raz się na pani nie zawiodłam. – No wstęp super, tylko do czego?

– Mam wątpliwości co do nowej znajomości… zażyłej znajomości pani Magdaleny i pana Marka, ojca Oli z grupy I. Nie to, abym miała coś przeciwko, tylko rozumie pani…

Niezupełnie.

– Pani Izo, to jest ojciec dziecka z naszego przedszkola. To jest rodzic! Sama pani wie, że w większości po dzieci z naszego przedszkola przychodzą osoby starsze, dziadkowie, przyjaciele rodzin… Zna nas cała dzielnica, nasza placówka ma bardzo dobrą opinię wśród dyrektorów innych przedszkoli oraz wśród rodziców. To przedszkole w centrum miasta!

– Ale jaki to ma związek z…

– Pani Izo kochana! Niech pani pomyśli! Jaką opinię wystawią nam zainteresowani, widząc nauczycielkę, która…

– …pokochała mężczyznę, który jest ojcem? Nie widzę w tym nic złego, dyrekcjo. I nie sądzę, aby szczęśliwa i mająca mnóstwo pozytywnej energii, sił i zapału do pracy nauczycielka, zaważyła na opinii naszej placówki. A taką postawę reprezentuje obecnie pani Magdalena. Myślę, że w byciu szczęśliwym nie ma nic wstydliwego. – Muszę stanąć w obronie mojej przyjaciółki. O przyjaźni się nie dyskutuje. Tak samo jak o miłości.

– Proszę nie zrozumieć mnie źle, pani Izabelo. Wolałabym, aby pani Magda mniej obnosiła się ze swoimi uczuciami do pana Marka. Jestem dyrektorem tej placówki i muszę dbać o jej wizerunek. Poza tym… pan Marek ma córkę, ale ten temat do rozważenia pozostawiam już pani Magdzie. – No tak… różnica pokoleń.

– Pani dyrektor, spróbuję porozmawiać  z Magdą. Ale proszę być dobrej myśli, nasze przedszkole cieszy się znakomitą opinią w środowisku i nie tylko wśród rodziców. To dzięki pani, dzieci tutaj tak dobrze się czują, a rodzice idą spokojnie do pracy. – Muszę łagodzić to napięcie, które wdziera się pospiesznie przez szpary w oknach. Ale robię to chyba skutecznie, bo dyrekcja uśmiecha się delikatnie.

– To zasługa wszystkich pracowników placówki. Proszę wracać do grupy. Dziękuję za tę rozmowę i mam nadzieję, że pozostanie ona między nami trzema.

– Oczywiście, pani dyrektor.

***
– Magda… Słuchaj, musimy pogadać…

– Oszczędź sobie, miałam już starcie z Moniką. Wiem, że wszyscy gadają… Dzwoniłam do Marka, żeby na mnie nie czekał. Zaczął szaleć, zapytał, czy tu rzeczywiście pracują osoby dorosłe i że przyjedzie tu i porozmawia z kim trzeba. Ubłagałam go, aby mi oszczędził kłopotów. Będzie czekał w naszej cukierni, do której chodziłyśmy razem po pracy… – tu jej głos załamał się, jakby dokończenie tego zdania stanowiło dla niego ogromny wysiłek…

– Kiedy jeszcze był Paweł… Odzywał się?

– A jak myślisz?

– Głupie pytanie, przepraszam. – W sumie to chyba nie mam Magdy co przekonywać, jej serce samo dyktuje warunki, a z sercem polemizować się nie da. Zwłaszcza z sercem urażonym.

I nagle Magda otwiera się przede mną. Nie robi tego tak często jak ja, w zasadzie w ogóle tego nie robi. Jesteśmy splotem przeciwieństw, potrzebujemy zupełnie czego innego w tej przyjaźni, a jednak ona trwa i zacieśnia się mam wrażenie coraz mocniej w pajęczynę wzajemności i porozumienia, o którym nie musimy rozmawiać.

– …dlaczego mam rezygnować z własnego szczęścia?! Bo jestem nauczycielką przedszkola? I dlatego nie mam prawa do miłości? Iza, czy ten świat już całkiem zwariował?! Czy to zawód ma decydować o tym, kogo możemy pokochać? Czego ci wszyscy ludzie ode mnie chcą? Niech się zajmą swoim życiem, a nie czyimś… Tak wszystkim nie pasuje to, że on ma dziecko. I co z tego?! Rany boskie!! Co z tego? Czyli ani on już nigdy nie będzie mógł związać się z żadną kobietą, bo ma dziecko, a ja, nauczycielka przedszkola powinnam spotykać się z moim mężczyzną wyłącznie w cukierni i to najlepiej w kapturze na głowie, żeby czasem nikt mnie nie zobaczył? Paranoja jakaś! – odkąd ją poznałam, dziwiła mnie jej skromność w dzieleniu się uczuciami, zastanawiałam się, jak w takim razie sobie z nimi radzi. Kiedy zaczynała mówić, zawsze pozostawał we mnie jakiś niedosyt. Że nie powiedziała wszystkiego.

– Magda, nie denerwuj się… Nie zapominaj, jaką rolę tu pełnisz, jesteś nauczycielką… Zna cię przynajmniej 320 dorosłych, nie wliczając następnego pokolenia i znajomych. To spora liczba, jedna trzecia z nich z pewnością jest ciekawa, gdzie i jak mieszkasz, i jakiego koloru zasłony masz w salonie.

– Nie mam salonu, mam kawalerkę.

– No widzisz. Więc niech sobie wyobrażają, że masz piękny salon z tarasem i widokiem na Tatry. Wiesz, co chcę powiedzieć? Magda, żyj! Przestań się martwić, powiedz: ok, rozumiem cię, ale żyj! Masz do tego prawo, a nasz zawód wcale nie zobowiązuje do zamknięcia się w czterech ścianach przewodnika metodycznego, z którego i tak nie dowiemy się jak żyć. Ty sama o tym dobrze wiesz i to czujesz. Jesteśmy niezwykłymi nauczycielkami, ale zwykłymi kobietami. Mamy takie same potrzeby, pragnienia i motywacje do tego, aby żyć według siebie, jak inne kobiety, które tu przychodzą i każdego dnia na nas patrzą. Zostaw to, co usłyszałaś dzisiaj, odstaw na najwyższą półkę i nie zastanawiaj się. To, że związałaś się z ojcem dziecka, które chodzi do przedszkola, w którym pracujesz, to jeszcze nie przestępstwo. To wybór, twój wybór. Przestań kierować się tym, co mówią inni, ale zacznij sama pisać swój scenariusz.

– I kto to mówi?! Przecież też na początku byłaś nam przeciwna.

– Byłam, ale przekonałaś mnie. W zasadzie otworzyły mi się oczy dopiero, gdy dyrekcja wezwała mnie do siebie…

– ??? Dlaczego nic nie mówiłaś?!

– Bo to bez sensu, zresztą sama powiedziałaś, że wszystko już wiesz. Nieważne. To już poza nami.

Magda dwa miesiące spotykała się z psychologiem, otarła się o bulimię, zaniedbała swoje życie i siebie. Nasza przyjaźń przetrwała. Brałam jej grupę wcześniej do swojej, przygotowywałam zajęcia za nią, tłumaczyłam, że ma kłopoty ze zdrowiem… Dochodziła do siebie w bólach, o jakich tym ludziom, którzy dzisiaj ją posądzili o nieodpowiednią dla niej miłość – nie mieli bladego pojęcia. Pojawił się Marek…

– Imponujesz mu, to widać.

– Szefowi banku?! No coś ty…– Magda mrugając do mnie, uśmiecha się delikatnie. A ja czuję ulgę. Tak, zaimponowała mu, bo ma świetny kontakt z Olą. Ta mała ją uwielbia. I nic dziwnego. W końcu jest nauczycielką przedszkola.

***
Gdy kończyłyśmy studia, nikt nie powiedział nam na pożegnanie jak mamy dalej żyć. Oprócz tytułu magistra nie otrzymałyśmy do rąk przewodnika po miłości. I nikt nie zapytał nas, gdy zdawałyśmy ostatni egzamin, czy mamy zamiar zakochać się? Jesteśmy nauczycielkami, ale też drzemią w nas zwyczajne kobiety. I poza pracą chcemy żyć, bawić się, realizować. Jesteśmy przecież świetne w tworzeniu scenariuszy, lecz tym razem całkowicie autorskich. Bez poprawek, bez ulepszeń, bez sugestii, że nie zdajemy sobie sprawy. Zdajemy i to bardziej odpowiedzialnie i świadomie niż się wszystkim wydaje. Pracujemy na co dzień z dziećmi. To wzięcie na siebie ogromnej odpowiedzialności. Żadna z nas nie ma pewności, kiedy zacznie się wiercić w niej serce i kiedy upomni się o swoje przywileje. Magdalena i Marek swoim uczuciem nie przeszkadzali nikomu. Przez tę ich sympatię, nikt nie stracił. Nie okradali żadnego serca. Nie oszukali. Stworzyli całkiem nowe i fajne uczucie. Dbali o nie najlepiej jak umieli. Starali się, aby nie gasło. To uczucie rozświetlało Magdę od samych stóp po czubek jej szalonych pomysłów. Oddawała to nowe zadowolenie w sporej ilości dzieciom, które miała w swoim przedszkolu. Komu brakowało ciepła, czerpał od Magdy jak z bijącego źródła szczęścia, którego nigdy nie udaje się zatrzymać na zapas.

Gdy nauczycielka przedszkola jest szczęśliwa, sala tętni życiem, motywującą budującą energią i wyjątkowym słonecznym blaskiem. Gdyby dało się to szczęście zmaterializować, wysypałyby się same korzyści. Po co w takim razie płynąć pod prąd? Czy jest sens omijać tę prawdę szerokim łukiem? Zapytajmy dzieci, czy chcą mieć szczęśliwą panią, która tańczy z nimi, śpiewa na całe gardło i obdarza uśmiechem i uwagą od samego rana? Oczywiście, że nie trzeba odpowiadać na to pytanie. Ale trzeba je stawiać, aby oswajać ludzi z dobrymi i mądrymi uczuciami, których coraz mniej jest poza furtką przedszkola…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.