Okrągły rok w przedszkolu

Sierpień przywitałam w pracy. Jak co roku pracujemy jeden wakacyjny miesiąc. Całą energię, jaką złapałam w żagle w czasie lipcowego urlopu, zgromadziłam w głowie, strzegąc tego, co przeżyłam i pilnując, aby pamięć mnie nie zawiodła, serce nie zwalniało, a ciało nie przestawało być pełne życia. Piękno i świeżość, których doświadczyłam, ulokowałam w setkach zdjęć, które wiernie przywoływały wakacje raz jeszcze. Niecierpliwie czekałam na wytęsknione wolne od pracy. Drugi raz w życiu byłam na Mazurach, lecz tym razem było magicznie, bo z Piotrem. Odpoczywałam, dbałam o każdy dzień, uwielbiałam godzinami chłonąć to wszystko. Był czas, aby z Piotrkiem zaplanować naszą przyszłość w Krakowie i zaufać sobie, że w tym roku skończymy budowę domu. Zachwycona krajobrazem, nasycona przestrzenią i wypełniona ciszą – tak uzbrojona mogłam zacząć rok szkolny. Oddycham głębiej. Cieszę się ze szczegółów. Mój sen nie jest już krótki i szarpany, jak w czerwcu, gdy byłam już bardzo zmęczona całym rokiem w przedszkolu. Urlop to czas niezbędny, działa jak lek na wyczerpane pracą ciało i duszę. Nie wolno go nie wykorzystać. Dla siebie, dla zdrowia, dla duszy. I dla innych, którzy nas kochają.

***
– Proszę obserwować Szymka, to jego zdecydowanie gorszy dzień. Zwykle jest pogodny, nie sprawia kłopotów, aż miło patrzeć, z jakim zapałem kopie piłkę i chętnie zjada dokładki. A dzisiaj nic mu nie smakowało, narzekał, że boli go brzuszek, a potem, że jednak nie brzuszek, tylko noga i jeszcze głowa… – Dobrze ubrany mężczyzna słucha mnie, ale bez większego zainteresowania. Ojciec, rodzic, który przecież wie pierwszy, że coś dziecku dolega. Dlatego mnie za bardzo nie wierzy. Patrzy na mnie obojętnie, ani sympatycznie, ani wrogo, jakby jego wzrok przechodził przeze mnie na wylot, czyniąc mnie przy tym prawie przezroczystą.

– Paluszek i główka to szkolna wymówka – mężczyzna około czterdziestki brzdęka kluczykami od auta i tym samym daje mi do zrozumienia, że trochę się nudzi. Mówi z dziwnym wysiłkiem w głosie: – W domu nic nie zgłaszał. Na pewno nic mu nie jest. Marudny? To do niego niepodobne. Młody, coś tu kręcisz… No nic, lecimy.

– Do widzenia, Szymku. Jestem pewna, że jutro wróci twój dobry humor i następny mecz zagracie już w pełnym składzie – żegnam się z nimi, czując swego rodzaju niepokój, jaki pojawia się we mnie za każdym razem, gdy ma wydarzyć się coś niedobrego. Jeszcze nie umiem tego nazwać, ale przeczuwam, że coś jest nie tak. Szymek słucha, a może to tylko tak wygląda, bo myślami jest już gdzie indziej. Przecież go znam: pogodny, żwawy, bystry chłopak. Teraz przede mną milczy jak zaklęty i próbuje oszukać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Niewiarygodne, ile nienazwanych emocji mieści się w małym chłopcu, który w zaciśniętych piąstkach zamknął całą prawdę o tym, co myśli. Szymon na razie nie zagra z kolegami. Nie zrobił tego dzisiaj. Nie zrobi tego jutro. Nie pojutrze. Nie teraz.

Tato patrzy na Szymka, potem przenosi niepewny wzrok na mnie. Mierzy nas jeszcze przez chwilę, jakby podejrzewał, że knujemy przeciw niemu spisek. Mężczyzna posyła mi czujne spojrzenie i punktuje mój spokój i strategię działania, starając się cokolwiek wyczytać z mojej twarzy.

***
– Mierzyłam Szymkowi temperaturę, bo narzekał na główkę, że „boli, jest bardzo ciężka i chyba spadnie na ziemię”. Mierzyłam dwa razy, ale temperatury nie było. Dzisiaj chłopiec jest jeszcze bardziej przygnębiony niż wczoraj. Nie miał ochoty nawet na podwieczorek – opisuję ojcu, jak minął kolejny dzień jego syna w przedszkolu. To miejsce w ostatnim czasie zdaje się być dla Szymka raczej przykrą koniecznością niż przyjemnością.

– Młody, co z tobą? Dlaczego nie kopiesz w bramę jak Maks i Karol? Przecież lubisz chłopaków z przedszkola! Patrz, jak tu masz fajnie, boisko do „nogi”, huśtawki, no i cień… A w mieście upał nie do zniesienia… Młody, nie przeginaj, gdzie ci będzie lepiej niż tu?! – jest w tym ojcu jakiś żal, o który posądzałabym wyłącznie kobiety, i do którego on jeszcze woli się nie przyznawać. Jest dobrze zbudowanym mężczyzną, a jego wysoki wzrost i tubalny głos, zwracają uwagę obecnych w szatni rodziców. Mógłby przestraszyć wieczorem na ulicy, ale rano, w holu przedszkola na tle małych ławeczek i jesiennej dekoracji, to on opuszcza głowę i garbi bezradnie ramiona. Jakby przyznawał się do winy. Bezsłownie kalkuluje, co Szymek jadł wczoraj na kolację, jak zniósł drogę z przedszkola do domu i jak zwykle zamknął się w swoim pokoju wieczorem. Nic nie wskazywało na to, aby coś go bolało. Ojciec jest szefem dużej spółki, na co dzień podejmuje kilkunastu gości z różnych miast a nawet krajów, potrafi porozumieć się w kilku językach, przewiduje, jakie będą skutki podejmowanych inwestycji. Jedynie w tej korporacji emocji z tak nieprzewidywalnym i młodszym o trzydzieści cztery lata synem, nie potrafi podjąć dialogu w żadnym ze znanych mu języków. Opiera teczkę o nogę, pochyla kark i nie odrywa oczu od identycznie jak on, zgarbionego pięciolatka. Stoją tak obaj, jak dwa nieszczęścia, nie mogąc zrozumieć siebie nawzajem, z rozsadzającym serca bólem i gorzką świadomością, że za parę minut będą musieli się rozstać. I znowu dzień będzie się dłużył, będzie trwał nie tak i nie w tym miejscu, w jakim oboje by chcieli, aby trwał.

– Wie pani, wieczorem wszystko było w porządku. Bawił się na górze, ani razu do nas nie przyszedł, nie mówił, że coś go boli, czy ma jakiś problem. Zupełnie nie umiem wytłumaczyć, co się dzieje. Ma pani jakiś pomysł? – pyta. Jego głos brzmi ciszej, a klucze chowa do kieszeni zdziwiony, że w ogóle miał je w ręce. W dalszym ciągu jeszcze nie pojmuje. Albo nie chce. Bo wtedy, zatrzęsłaby się w posadach jego perfekcyjnie zorganizowana ziemia obiecana, przynosząca pieniądze, dochody i układy. Od lat jest jej nienagannym organizatorem i szefem. Od szóstej rano do osiemnastej, od sześciu lat, zawodowy świat tego mężczyzny funkcjonuje bez zastrzeżeń i problemów. Żona ma prywatną firmę projektancką i wielką miłość do kolorów i materiałów. Mają pięcioletniego syna.

Nie chcą nic zmieniać.

***
– Proszę pana, Szymuś odmówił dzisiaj obiadu. Nie zjadł nic. Na podwieczorek był deser, niestety też odmówił. Bartosz miał urodziny i częstował dzieci ciasteczkami. Jako jedyny z całej grupy, pana syn nawet nie skosztował. Martwię się o Szymka. Zastanawiał mnie już od pierwszego dnia, kiedy odmówił gry w piłkę. Przecież uwielbia grać i to zwykle on wyciągał kolegów na boisko.

– Zupełnie nie potrafię powiedzieć, dlaczego Szymon tak się zachowuje. Zawsze lubił chodzić do przedszkola i nigdy nie było problemu, aby wstał, miał apetyt i nie mieliśmy z nim żadnych problemów.

Był posłuszny. Zawsze wstawał. Nigdy nie było z nim problemów. Szymek funkcjonował na najwyższych obrotach, będąc w przedszkolu już o siódmej i wychodząc za pięć siedemnasta. Jego życie kręciło się jak w maszynie totolotka, w której wygrywał to, czego zapragnął. Wreszcie, gdy zdobył już wszystko, o czym marzy każdy chłopiec w jego wieku, stał się jakiś taki przygaszony. I wszyscy w koło się zdziwili. Pięciolatek był uczestnikiem życia ludzi dorosłych, którzy mieli prawo żyć zgodnie z własnym rytmem, chłopcu narzucano tempo dwa razy szybsze. Był jeszcze dzieckiem. Potrafił szybciej się regenerować. Chodził do przedszkola, nie musiał zarabiać, miał świat w zasięgu ręki. Miał wszystko, prócz prawa do bycia sobą.

Kobiety żyją zgodnie z cyklem natury, wybacza się im kapryśne, milczące, a nawet wybuchowe dni. I istnieje na to wytłumaczenie. Nie dyskutuje się z mężczyzną, gdy wychodzi zdenerwowany z pracy, pokłócił się z szefem lub zepsuło mu się auto. To też łatwo jest wyjaśnić: zły dzień, trudniejszy przetarg, napięcie. Rodzicom wybacza się stres, zmęczenie i rozdrażnienie, bo wychowanie nie jest przecież łatwym zadaniem. A dziecku? Nie odpuszcza się. Nie zezwala się na zbyt długie milczenie, przygnębienie bez podania przyczyny, zmęczenie, które nie ma uzasadnienia, gdy jest się zdrowym przedszkolakiem. Nie toleruje się dziecięcej złości, uniesionego tonu, pomyłek, tęsknoty, nie dostrzega się dziecka w dziecku. Na te zachowania i emocje, na to, co boli i powoduje dyskomfort, na to nie ma usprawiedliwienia. Niemal słyszę, jak przez cienką bluzeczkę bije małe serce, które zmieściło w sobie gorzką świadomość, że obecnej sytuacji nie da się zmienić. Jak wiele miejsca musi zajmować taka ciężka świadomość. Jak wypchany po brzegi plecak, którego nie można unieść. Ale trzeba.

– Jak spędziliście lipiec? Pogoda nie była łaskawa, udało wam się mimo to skorzystać z urlopu? – patrzy na mnie tak, jakby mnie nie lubił, do tego ma szkła kontaktowe, które powodują, że koncentruję na nich swój wzrok. Jego kruczoczarne oczy nie mrużą się w uśmiechu, ale są szeroko otwarte. Wygląda jakby chciał mnie pożreć za to, co powiedziałam. Poczuł się wywołany do odpowiedzi, z której zdawał sobie sprawę przez całą naszą rozmowę.

– Szymek w lipcu był w innym przedszkolu. Ja pracowałem, żona miała parę dni urlopu, to wyjechała na parę dni do Paryża, marzyła, by zobaczyć wernisaże i pokazy z „wyższej półki”. Czekaliśmy na sierpień, aż wreszcie syn przyjdzie do was. Nie ma to jak swoje przedszkole, dobrze mówię, młody? – ojciec mówi z takim przekonaniem w głosie, że jego słowa brzmią jak najsłodsza prawda.

„Nie ma to jak w domu” – mam ochotę sprostować, ale on wcale nie kryje zmieszania, że się pomylił. Przeciwnie, jest zadowolony i wyprostowany, pewny, że nigdzie na świecie jego syn nie spędził lepszych wakacji jak tu, w przedszkolu.

– Proszę pana, obawiam się, że Szymon jest zmęczony. To, co postawiłoby go na nogi, to parę dni wolnego od przedszkola, może wyjazd z rodzicami chociaż na weekend w góry lub nad jezioro, koniec sierpnia zapowiadają jeszcze ładny… – jest oburzony. Obrażony. Poruszony tym, co słyszy. Ich syn miałby ochotę „wyłamać się” z roli posłusznego, dzielnego, wszystkojedzącego, niekłopotliwego przedszkolaka? To wróży trzęsieniem ziemi! Naruszeniem status quo w firmie ojca. Wyjechać?? Na urlop?! Pracoholik nie zna słowa: urlop. Skoro ojcu do tej pory nie był potrzebny, to skąd taki pomysł, że potrzebuje urlopu jego syn?

Wyszedł na dwór. Wyciągnął telefon. Krzyczał:
– Czy ta kobieta ma po kolei w głowie?! Czy ona nie rozumie, że dzień beze mnie w firmie to jakby ten dzień w ogóle nie istniał? Przecież wystarczy jeden nieodebrany telefon i tracę szansę na zagraniczny kontrakt! Coś podobnego… zrobić sobie wolne! Jak ona śmie mącić w naszym tak świetnie zorganizowanym życiu! Ta nauczycielka jest niezrównoważona, nie ma pojęcia o zarabianiu pieniędzy, nie ma pojęcia o życiu…

Pomiędzy konarami drzew, wiatr nucił piosenkę miłosną dla swojej jesieni. Gorzkie słowa, których ten człowiek nie oszczędził, brzmiały niebywale szorstko i grubiańsko, czyniąc go bezwzględnym wobec kogoś, kto odebrał telefon i najwyraźniej przywykł do burzliwego tonu rozmówcy, skoro wysłuchał krzyków do końca. Cierpkie oskarżenia zamilkły i wsiąkły w ziemię wilgotną od deszczu. Drzwi, którymi trzasnął, zamknęły się z hukiem i zamilkły na jakiś czas. Życie toczyło się dalej, jesień stawała się mi coraz bliższa, skradła mi duszę i zadomowiła się na spółkę z melancholią. Po tym, co usłyszałam, czekałam aż obudzę się ze snu. Ale to nie był sen. Jesień dopiero się zaczynała.

W przedszkolu każdej jesieni wymaga się od dzieci pełnego zadowolenia, a od nas bezwzględnej akceptacji na jego brak. Dopuść do głosu okoliczności, w których żyją twoi podopieczni. A wtedy praca stanie się twoim powołaniem.


Karolina Turek – mama dwójki dzieci, nauczycielka przedszkola „zainspirowana” dzieckiem. Uwielbia pisać i tę pasję konsekwentnie łączy z zawodem, opisując swoje zawodowe doświadczenia zdobywane w pracy z dziećmi. Między wierszami Karoliny, spotyka się wrażliwość „o parę numerów za dużą” – jak sama o sobie mówi. Czasem jej to przeszkadza, a czasem pomaga w dostrzeganiu tego, co istotne w byciu nauczycielką. Stara się jak najwięcej mówić o empatii, stawiając ją za fundament w budowaniu swoich wartości. Autorka książeczki adaptacyjnej „Wkrótce będę przedszkolakiem. Książka wprowadzająca dziecko w świat przedszkola” i „Niekończąca się historia… Poradnik dla rodziców o tym, jak wprowadzić dziecko w świat przedszkola”, oraz książki „Nauczycielka przedszkola. Pomiędzy pasją a zagubieniem”. Pisząc bloga, konsekwentnie zadaje pytania o miejsce nauczycielki przedszkola w dzisiejszej edukacji, a także w zwykłej codzienności wielu rodzin. Blog traktuje jak wartościową przestrzeń, w której spotyka się coraz więcej nauczycieli przedszkola – świadomych swojego zawodu i otwartych na szczerą dyskusję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.