Ola i jej nauczycielka. Drugie dziecko na świecie

Dziecko nie wie, że doświadcza zazdrości, ono tęskni.
Pozwól, by przy Tobie oswoiło się z tym samopoczuciem.
Ale stań na wysokości zadania, kiedy zacznie tęsknić jeszcze mocniej.

***
Spróbujcie wyobrazić sobie, że straciłyście coś bardzo cennego. Łatwiej wyobrazić sobie, że tracimy coś materialnego. Znacznie trudniej zrozumieć stratę bezgranicznego uznania, które do tej pory przychodziło tak łatwo i którym do tej pory obdarzano nas za nic. Utrata tej emocjonalnej wygody uruchamia w ludzkiej duszy mechanizm trudnych do zinterpretowania uczuć. Pierwszeństwo w hierarchii rodzeństwa daje nadzieję, że ten błogi stan zostanie już na zawsze, a przynajmniej nikt go nie zakłóci. No właśnie, nikt. A już tym bardziej nie taki Staś!

Taki, czyli jaki?

Maleńki, różowy, domagający się bliskości mamy. Bez przerwy. Mama jest na jego wyłączność. Z trudnością dźwiga główkę, aby popatrzeć na swoją siostrę i kompletnie sobie z tą ciekawością nie radzi. Ona też nie poradzi sobie z nowym rodzajem emocji, z którymi przyjdzie jej się mierzyć każdego dnia. Jest zbyt mała, aby pomieścić w sobie tę nową jakość. Staś urzeczywistnił plany i rozmowy, które odbywały się w domu Oli, zanim pojawił się w jej uporządkowanym czteroletnim świecie. Niepokój o swoją pozycję w rodzinie panoszył się w jej małym ciałku już od jakiegoś czasu, od kiedy wszyscy zaczęli oczekiwać. I kiedy przyjście na świat jej brata stało się faktem. Ten fakt nie zaskoczył jej. Była mądrą i bystrą dziewczynką. Przygotowała się. Musiała zrobić to sama, bo rodzice nie przygotowali jej na emocjonalną katastrofę, która miała nastąpić w niewyobrażalnie szybkim tempie. Za szybko.

To mój brat wtargnął w moje dotychczasowe beztroskie idealne życie. Nigdy się z tym nie pogodzę. – tłumacząc to zdanie z języka dorosłego na język czteroipółletniej dziewczynki, brzmiałoby tak:

Zabrał mi mamę. To złodziej. Ukradł uwagę taty. Przestałam już być dla nich ważna.

Ola nie witała brata z entuzjazmem i wypiekami na gładkiej, pucułowatej buzi.

Co teraz będzie? – pytała mnie codziennie swoimi dużymi brązowymi oczami, mimiką, twarzyczką wykrzywioną w nieuzasadnionym bólu, któremu nie potrafiła nadać miejsca ani nazwy. Staś naruszył całą jej przestrzeń, w której mała dziewczynka siedziała na tronie z brylantowych słów mamy i perłowego zainteresowania taty. Zaburzył wszystko, co do tej pory udało się jej w wieku czterech lat zbudować. Jej świat. Świat małej dziewczynki, która została w tym momencie pominięta przez najbliższych jej sercu.

Ola siada obok mnie, gdy przeglądam materiały do zajęć. Staram się nie zmieniać swojego zachowania, ale podświadomie prostuję plecy i nachylam się w jej kierunku. Uczuć nie da się oszukać:

Wie pani, że nie byłam wczoraj na balecie? Mama pilnowała Stasia, a tata pojechał po kropelki dla Stasia, bo bolał go brzuch. A mnie kazali oglądać bajki. Ciągle te same, już mi się nudziły. Płakałam za moim baletem, ale mama okrzyczała mnie, że obudzę Stasia, bo wreszcie zasnął. Wie pani, że ja tego Stasia nie lubię? Jak on płacze, mama zaraz go przytula i całuje mu brzuszek. Ja też płakałam, ale mama kazała mi iść do swojego pokoju. Ze złości porysowałam ścianę. I tata dał mi klapsa. Nie lubię taty.

Czy to wiek predysponuje do miłości? Z wiekiem przestajemy lubić kolor różowy. Z wiekiem przestajemy być uroczymi maluchami z wydętymi brzuszkami i zaróżowionymi policzkami, przestajemy śmiać się bez powodu. Ale nadal kochamy. Tak samo! A może nawet i mocniej…

Ja to rozumiem. Ty to rozumiesz. Jesteśmy nauczycielkami przedszkola.

***
Trochę definicji: emocjonalna katastrofa w języku nauczycielki Izabeli Milewskiej to złość pomieszana z rozłożeniem rąk. Czyli bezradność?

Nie chciałam mówić tego na głos.

Kiedy przyznajesz się do tego, że jesteś bezradna, tracisz coś ze swoich kompetencji. Czy tylko kierunek studiów i stosowne dokumenty potwierdzające fakt, że możesz wykonywać ten zawód, czynią Cię kompetentnym? Nie, to praktyka.

Poczekajmy jeszcze chwilę. Wkrótce dowiemy się o co chodzi –  mówię dość zniecierpliwiona do pani Zosi, która chciałaby przychylić mi nieba, ale ja jestem zwolenniczką liczenia do dziesięciu w sytuacjach napiętych okoliczności.

Tak przynajmniej było do tej pory. Otulał mnie spokój. Jednak to tylko pozory… Wyobraźcie sobie, że było to opanowanie o zabarwieniu krwistej purpury, albo dojrzałego pomidora. Straszne. Moja twarz zdradzała zawsze to, czego nie wypowiedziały usta. Zbyt łagodnie napisane, że też niewidzialna ręka nie złapała mnie za nos i nie dała solidnego pstryczka! Jeszcze raz: moja twarz zdradzała zawsze to, czego nie wykrzyczały zaciśnięte usta. Lepiej, chociaż nie do końca…

Moje dłonie wybijają teraz rytm zniecierpliwienia. Odgłos stukania palcami o sosnowy stolik brzmi równomiernie i dość głośno. Staram się uporządkować rozproszone myśli, odnaleźć swoje miejsce pomiędzy obowiązkiem a zniechęceniem. Miejsce nauczyciela w tej sali. Zaraz mnie trafi strzała nie Amora, ale przeklętej złości, zmieszanej ze współczuciem dla tej chichoczącej się od 15 minut małej główki, pełnej króciutkich czarnych loków. Śmieje się tak już z kwadrans, przekraczając granicę mojej i tak przedłużonej już słono cierpliwości. Prosiłam o ciszę jakieś 18 razy, 124 próbowałam rozpocząć zajęcia. Albo na odwrót. Wreszcie wykorzystuję kilkusekundową przerwę na złapanie tchu przez płonącą rumieńcem Olę.

Olu, nie pozwalasz nam rozpocząć zajęć! Proszę, usiądź na krzesełku. Muszę odsunąć cię od dzieci, ponieważ im przeszkadzasz. I mnie również.

Zostałam zesłana na peryferie uczuć, podejmując decyzję o tym, kto może zabrać głos w tej hierarchii. Czuję się jak na ringu, na którym toczy się walka o pierwsze miejsce, o władzę. Nie pozwala mi dojść do słowa, nuci te same powtarzające się sylaby, które brzmią momentami jak mantra. Wsłuchuję się w nią już piąty dzień. Może to efekt zmęczenia po całym tygodniu, może brak empatii, który złakomił się przyjemnym uczuciem odprężenia, jakie daje tylko poczucie piątku w kieszeni… Ona jest taka męcząca. Nie nadruchliwa, nie modnie „nadpobudliwa”, a wielka szkoda… diagnoza byłaby usprawiedliwieniem. Byłoby łatwiej. Byłoby prościej. Byłoby bardziej dostępnie.

Pani Izo, pozwoli pani, że zabiorę Olę do innej grupy, jak zostanie w sali, nic pani nie uda się zrobić! – Pani Zosia doskonale wyczuwa nastrój panujący w sali.

Nie, dziękuję za pomoc pani Zosiu. Spróbuję z nią jeszcze porozmawiać… – Pani Zosia popatrzyła na mnie spod oka, jednak na tę chwilę jej cynizm był jak najbardziej na miejscu. Ola i tak nie będzie słuchała tego, co mam do powiedzenia. Wyprowadzenie do innej grupy byłoby wygodą, rozwiązaniem, luksusem.

Wykluczeniem.

Aleksandra. Zamknięta w świecie gier i pozorów, zbuntowana, roszcząca prawa do bezwzględnej uwagi. Jest taka… nieadekwatna. Jest taka obca dla moich zmysłów, z których żaden nie chce podjąć konfrontacji z jej głodem zainteresowania, który ona z taką lubością manifestuje. Rozprasza mnie, płoszy moją empatię i zamyka na klucz dobre emocje, gotowe na każdą ewentualność. Nie na tę. Na drodze do naszej wzajemnej sympatii stanęły wątpliwości. Będąc w roli nauczyciela, nie przyznaję się do nich tak łatwo.

Czy jest pani pewna, że nie będzie pani potrzebowała mojej pomocy? Przecież ta dziewczyna panią wykończy!… – trywialne, ale dosłowne. Kochana pani Zosia zawsze trafia w samo sedno.

Tak, wiem. Ale mimo to chcę dać jej jeszcze jedną szansę – odpowiadam pospiesznie. Bo chcę zacząć inaczej. Bez świadków. Nie mam dużo czasu i nie będę tłumaczyć. Dlatego uśmiechem odprowadzam panią Zosię do drzwi.

Dzisiaj, teraz, inaczej. Gdzieś musi być schowany powód. Mój synek mówi, że w zielonej poduszce kryją się sny jego, mamy i taty. Na sny Martynki nie ma miejsca. W takim razie, w życiu tej dziewczynki dopala się ogień domowego ogniska, przy którym brakuje jednego członka rodziny: Staszka. Ogień gaśnie, a czteroletnie serce próbuje w rozpaczliwy sposób rozdmuchać go na nowo. Kiedyś Oleńka przychodziła do przedszkola z radosnymi iskierkami na twarzy. Płonęły w jej oczach i wyjątkowym blaskiem potrafiły mnie oczarować. Teraz ognisko dogasa przy niemym krzyku małego dziecka, które boi się, że już na zawsze pozostanie w cieniu Stasia. To, co rozświetlało jej życie, ona traci dzisiaj zbyt szybko i nagle wraz z przyjściem na świat jej brata.

Dziś przestała być księżniczką swoich rodziców.

***
Totalnie przewrócony do góry nogami. Świat czteroipółletniej Oli. Powinnam najpierw zmienić hierarchię uczuć ustalonych porządkiem rzeczy. Wtedy zazdrość spadłaby z piedestału królowej, wyniszczającej emocjonalnie i fizycznie. Otrzymałaby tytuł tej dobrej królewny Śnieżki po drugiej stronie lustra. Cóż, to fikcja literacka.

Rzeczywistość nauczycielska nie jest fikcją.

I to nie literacką, ale najprawdziwszą i najpiękniejszą ze wszystkich historii, jaką kiedykolwiek opowiadała mi moja babcia. Była wspaniałą nauczycielką. Kierowało nią powołanie, a wątpliwości cerowała duchem tamtych czasów. Kochała swój zawód, znała wszystkie jego tajemnice. Podarowała mi jedną: nie wolno Ci się odkochać. Nie w tym zawodzie!

***
Ja, arystokratka. Otrzymałam przepustkę od 25 rodziców do królewskich ogrodów, w których rosną najpiękniej pachnące kwiaty. Każdy absorbuje inaczej, każdy zachwyca intensywniej. Otrzymałam zgodę na pokochanie 25 serc. To klucz do miłości, to motywacja do czynienia dobra. Rodzice Oli wyrazili zgodę na wiele. Skoro to zrobili, muszą mnie wysłuchać!

***
Wydaje mi się, że słyszę krople rosy, jak uderzają o soczyście zieloną trawę w pobliżu rumieniących się piwonii. Okno mojej sali wychodzi na przedszkolny ogród. Bardzo lubię ten widok. A może to odgłos pracującego już od samego rana pana Ryszarda, który w naszym przedszkolu potrafi naprawić każdą zabawkę? Jest bardzo cicho. Umówiłam się z mamą Oli na rozmowę. Dostosowałam się do wybranej przez nią wczesnej pory, kiedy tata może przed pracą zaopiekować się Stasiem. Chodzę w kółko po sali i ciągle poprawiam wiszące na ścianach dekoracje.

 Iza, ślicznie dziś wyglądasz! – z zamyślenia wybija mnie ciepłe powitanie koleżanki z piątej grupy. – Co ty dziś tak wcześnie?

Dziękuję. A mam rozmowę z jedną mamą… Popatrz, no jak krzywo wiszą te plakaty!

Iza… Znam cię, cholernie się denerwujesz!

 Ja? Czym? No coś ty! To te dekoracje mnie denerwują!

 Nie zgrywaj się, chodzi o mamę Oli?

Skąd wiesz?

– Daj spokój, widzę jak ta mała jest za tobą! W szatni krzyczy, że nie pójdzie do domu i że kocha swoją panią Izę. Ona jest w tobie zakochana po czubek jej zadartego nosa! A na zajęciach daje w pióra, nie? Słyszałam od pani Zosi, jak potrafi wyprowadzić z równowagi. Ale ty przyciągasz do siebie takie dzieci…

 Jakie? – ale koleżanka znika za rogiem pokoju nauczycielskiego, włączając głośny czajnik. Że też ja tak nie umiem. Zwyczajnie sobie pójść. Od tej sprawy. Od innych spraw. Od trosk Oli. Wyjść z życia tej czwórki. Z pracy.

***
Ale zanim wyjdziesz, musisz najpierw coś zrobić. Musisz przemienić świat Oli i jej rodziców. Tylko Ty możesz tego dokonać. Bo jesteś nauczycielką przedszkola.

Jeden komentarz do “Ola i jej nauczycielka. Drugie dziecko na świecie”

Pozostaw odpowiedź Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.