Rodzice Dorotki zawiedli

„By przeżyć trzeba nam 4 uścisków dziennie.
By zachować zdrowie trzeba 8 uścisków dziennie.
By się rozwijać trzeba 12 uścisków dziennie. ”
V. Satir

Wchodzę do przedszkola. Jest cicho, jeszcze zbyt szaro, aby o tej porze roku blady wschód wpuścił swoje światło do sali i zarazem wystarczająco jasno, aby trzeba było zapalać sztuczne światło. W oko wpadają mi  rysunki Dorotki – jednej z moich wychowanek: drobnej, ładnie uczesanej, o figlarnym spojrzeniu i zadartym nosie. Dorotka ma 5 lat. Zbyt mało, aby od jej rysunków i wciąż roztrzęsionej koncentracji uwagi, oczekiwać większej skrupulatności. I bez tego prace graficzne Dorotki mają jeden przekaz: Czuję się zagubiona i zmęczona, nie pomagacie mi wcale uporać się z waszymi zmiennymi emocjami, czuję, że muszę dźwigać sama  bagaż tego wszystkiego, co podziało się w moim pięcioletnim życiu… Potworne, prawda? Nieprawdopodobne…

Ta sytuacja powtarza się. Coraz częściej, już niemal codziennie… Rytm? Dziecinny schemat postępowania, według  którego członkowie rodziny starają się przetrwać? W takim razie kto w całej tej sytuacji przyjmuje rolę dorosłego z całą odpowiedzialnością i rozmachem podejmowanych decyzji oraz przekonaniem, że jego wybory są słuszne? A kto pozostaje nadal… dzieckiem… Na te pytania odpowiada mi prószący za oknem śnieg. Niemalże słyszę jak opada na ziemię i zapewne jest jedyną radością małej dziewczynki tego poranka… Otwieram okno i wpuszczam do sali trochę mroźnej zimy. Pachną płatki śniegu swoim szczególnym zapachem. Myślę sobie, że każda pora roku pachnie inaczej, wyjątkowo. Uśmiecham się, zwalniam. Jestem nauczycielką przedszkola, mam 34 lata i jestem mamą. Lubię przychodzić do sali, zanim zapełnią ją dzieci. Siadam, wreszcie zwalniam… Poranek na biegu: pobudka, kakao, autobus, buziak… Moje dwa skarby rozbiegają się do swoich grup. Codzienność, rutyna. Kochana, dobra, słuszna rutyna – myślę i jestem wdzięczna za moją kłopotliwą poranną codzienność o tej porze roku…

Dzieci już się schodzą. Czy dziś będzie jeszcze trudniej? Zastanawiam się i czekam. Na Dorotkę. Jest, wchodzi jak zawsze pomalutku, a raczej skrada się i trzyma kurczowo mebli, jakby bała się, że zdmuchnie ją wiatr. Podchodzi do mnie, nie patrzy, dotyka biurka, mnie nie. Kto ją dziś przyprowadził, kto dał sobie prawo do takich pożegnań? Pożegnań, w których brakuje ciepła, wsparcia, zapewnienia o miłości małej pięcioletniej księżniczki? Rodzice Dorotki rozwodzą się, jedna sprawa sądowa za drugą… W nieskończoność… Nie potrafią rozstać się z klasą, bez sprawiania przykrości i zadawania ran swojej córeczce. Czynią to w sposób burzliwy, arogancki, brutalny dla tak małego, niepojmującego większości słów i powodów umysłu… To gra, w której oboje chcą udowodnić, kto zawinił. A sędzią uczynili małą 5-letnią śliczną i wrażliwą dziewczynkę, o której uczuciach nie mają pojęcia… Tak są zajęci niszczeniem tego, co budowali przez lata…

Odzywają się we mnie niemal automatycznie, są wszechobecne, i gotowe do pracy z dziećmi – uczucia. Dorotka jest w wieku mojej córeczki… Biorę Dorotkę na kolana, przytulam ją. Dzisiaj jest nam już o wiele łatwiej przytulać się do siebie nawzajem. Każdego dnia uścisk Dorotki ma inne zabarwienie. Dziś czuję, że jest silniejszy, trwamy tak przez dłuższą chwilę. Moje ramię jest mokre… I nagle słyszę swoje imię i stojącego w drzwiach tatę jednego z moich wychowanków. Chce porozmawiać, ma jakąś sprawę. Ale…

Nie, nie teraz – mówię wyraźnie. Proszę przyjść popołudniu, w tej chwili mam ważną sprawę do wyjaśnienia. Widzę ślady zaskoczenia na twarzy ojca, który zdaje się nie dostrzegać wtulonej we mnie Dorotki. Inne sprawy mogą poczekać. A Dorotka czekać nie może, nie chce, nie ma już sił. Ona wciąż czeka. Każdego dnia. Ciało Dorotki jest całe napięte, niemal bolesne przy każdej próbie rozluźnienia jej drżącego ciałka – kurczy się jeszcze bardziej. Próbuję okrężnymi ruchami wykonać masażyk relaksacyjny na jej plecach, cicho wypowiadam słowa rymowanki:

Była sobie myszka mała – rysuję sylwetę myszki na plecach Dorotki
Co nosek czarny jak węgielek miała – na środku plecków stawiam kropeczkę
Uszka sterczące – lekko szczypię raz jedno ramię, raz drugie
I serduszko ogromne – przytulam mocno dziewczynkę
Serek co dzień i okruszki zbierała – przykładam swoje ręce do pleców małej
Ogonkiem okruszki w kuchni wybierała – wykonuję spiralę „zygzak” na plecach Dorotki, która wreszcie uśmiecha się radośnie.

Nawet nie wiem, kiedy dzieci otoczyły nas i teraz lgną wszystkie przepychając się nawzajem w szalonej walce o moje kolana. Uwolniona z objęć Dorotki, zapraszam dzieci na dywan. Proszę, aby usiadły w kręgu jeden za drugim i wypowiadam jeszcze raz słowa rymowanki, którą uspokajałam Dorotkę. Siadam wraz z dziećmi i dostrzegam, jak bardzo relaksuje ich taka forma wzajemnego kontaktu, koncentracja na właściwym ułożeniu dłoni wycisza ich, dodatkowo rymowane i proste słowa same się zapamiętują i są zabawne. Uczucia, które ujawniają się podczas „masażyków relaksacyjnych” są pozytywne, integrują i sprawiają, że nikt w grupie nie czuje się odrzucony. Dzieci rozbiegają się do zabaw na dywanie i przy stolikach. Dorotka zostaje, nie wybiera… Nie podchodzę, nie ingeruję w tę jej ciszę, w to zamyślenie, porządkowanie faktów.. Odwracam się. Lecz czuję za sobą ciche łkanie, połykanie łez jakby ze wstydu, z bezradności. Płacz nasila się, dzieci zwracają uwagę, patrzą na mnie, a ich oczy proszą: „zrób coś z naszą koleżanką, martwimy się o nią. Ty zrobisz to najlepiej”.  Dorotka zaczyna szlochać bez opamiętania, zalewa łzami całą łódź ratunkową, w którą wyposażyli ją rodzice. Nie wzięli tylko pod uwagę, że każdego dnia przyczyniają się do tonięcia łodzi, napełniając ją kroplami nienawiści do siebie nawzajem. Wzajemną niechęcią okazywaną wyłącznie sobie, ale okazywaną zbyt dosłownie w towarzystwie swojej nieprzygotowanej na zatonięcie córki. Rodzice Dorotki zawiedli. Nie zdali egzaminu z dojrzałości, z bycia uważnym i rozsądnym rodzicem.
Wiesz, mama powiedziała, że tata ma się wyprowadzić. Ale on nie chce. I dziś w nocy obudziłam się, oni bardzo się kłócili – Dorotka zaczyna przeraźliwie krzyczeć, rozumiem, emocje są w tym momencie tak silne, że żadne słowa nie są w stanie wyrazić jak ogromny ładunek emocjonalny wypełnia teraz tę małą istotkę od stóp do głów…

Ale…

Co tu się dzieje?! Kto tak krzyczy? Co tu się dzieje pani Izabelo? To „znowu” Dorota. Słychać Cię na drugim końcu Krakowa, muszę porozmawiać z Twoimi rodzicami, nie da się pracować w takich warunkach! Czy pani aby nie przesadza z tym pozwalaniem sobie na wiele, pani Izo?


Milczę.

Narasta we mnie napięcie, bunt, złość. Tylko nie krzyczmy na Dorotę! Nie obwiniajmy jej za uczucia, których doświadcza nie z racji swojego sensytywnego temperamentu, czy nieposłuszeństwa wobec mojej osoby. Zachowanie Dorotki jest znakiem tego, że coraz lepiej rozumie, co się wokół niej dzieje i odpowiada na to w sposób, w jaki potrafi. Gdybym mogła w jednej minucie jednym tchem wytłumaczyć… Nie mogłam. Ochroniłabym ją i jej dziecięce uczucia.

„Stajesz się odpowiedzialny, nie tylko za uczucie, które wzbudziłeś,
Ale także za te, które oswoiłeś.”

Nie będę i nie chcę dyskutować. I tak nie wygram z racją osoby, która już tylko obserwuje dryfującą tonącą łódź. Dorotka wystraszona trzyma się biurka, zwykle przyjmuje taką postawę, gdy się czegoś obawia. Dzieci umilkły, wpatrzone to w Dorotę, to we mnie, to na drzwi, za którymi z głośnym rozmachem zniknęła wzburzona Pani Dyrektor.

Biorę dzieci do koła i proszę, aby usiadły na dywanie. Robią to bez zbędnego proszenia, jakby tego na tę chwilę najbardziej potrzebowały. Posłuchajcie…

Była sobie raz mała kropelka deszczu. Mieszkała w niebie na wielkiej chmurze i marzyła o tym, aby spaść na ziemię. Wszystkie jej siostry dawno już spadły na ziemię, radośnie wirując z wiatrem… Kropelka była jednak wciąż jeszcze za mała na tak długą podróż. Każdego dnia wyobrażała sobie, że właśnie nadeszła wyjątkowa chwila, kiedy będzie mogła opuścić niebo… Jednak chmura cały czas uważała, że kropelka jest jeszcze zbyt mała i nie poradzi sobie na ziemi, na której panuje mroźna zima. Kropelka stawała się coraz bardziej nieszczęśliwa, coraz rzadziej uśmiechała się, już nie śpiewała tak pięknie i nie rozbawiała nieba swoimi wesołymi opowieściami. Pewnego dnia kropelka obudziła się wcześniej, miała sen, że właśnie bawi się razem ze swoimi siostrami na ziemi… Wiedząc, że to był tylko sen, zaczęła płakać. Jej łzy były maleńkie, ale było ich tak dużo, że całe niebo niemal tonęło we łzach małej kropelki.  Wielkiej chmurze zrobiło się żal kropelki i zgodziła się, aby najmłodsza córeczka wybrała się w tę wyczekiwaną i wymarzoną podróż. Poprosiła wiatr, by zdmuchnął ją na ziemię. Wiatr bez wahania spełnił prośbę chmury i kropelka poczuła, że spełnia się jej największe marzenie. Niesiona wiatrem nie czuła zmęczenia, była szczęśliwa i radosna. Nocą spała w ciepłych piórach lecących ptaków, za dnia odpoczywała na zagubionych jesiennych liściach.  

Nagle poczuła, że jest jej bardzo bardzo zimno, trzęsła się z zimna i gdy leciała tak całkiem samotna, łezki zaczęły lecieć z jej małych oczek. Ale dobry wiatr w ukryciu towarzyszył małej kropelce przez całą podróż i nie pozwolił, aby zmarzła. Poprosiła go o to chmura, aby troszczył się o jej najukochańszą i najmniejszą córeczkę. Wiatr owinął kropelkę i jej łezki kłębuszkami mięciutkiej białej waty i posłał na ziemię jako płatki śniegu…

Na ziemi panowała piękna, ale mroźna zima. Kropelka czekała tak długo na ten wyjątkowy wieczór, i wiedziała, że piękniejszej chwili nie mogła sobie wymarzyć.

Dorotko, wejdź proszę do środka. A my zróbmy ciasne koło i otoczmy Dorotkę w taki sposób, aby każdy z was był na tyle blisko, abyście mogli podać jej rękę. Dorotko – będziesz płatkiem śniegu, a wam rozdam bawełniane białe chusteczki. Włączam muzykę, która jest spokojna i cicha.

Dotykamy i głaskamy nasz płatek śniegu delikatnie chusteczką, przykrywamy chusteczkami siedzącą w kole Dorotkę. Zakrywa się naturalnie rękoma, to nic, mówię dzieciom, niech zachowuje się zgodnie z tym, co czuje.

Po trwającej parę minut zabawie, która kończy się dynamiczną i głośną muzyką, wszystkie chustki lecą w górę i opadają na Dorotkę. Wywołuje to u niej nareszcie rozluźnienie, śmiech; podejmuje rozmowy z dziećmi, dzieli się wrażeniami. Zostawiam ich, nie wtrącam się… Nauczyłam się, pracując wiele lat z dziećmi w różnym wieku, że są chwile zarezerwowane wyłącznie dla nich – i nawet nauczycielowi nie wypada wtedy ich przerywać, ani tym bardziej w nie ingerować.

Każdy z nas potrzebuje równowagi psychicznej i emocjonalnej, aby się rozwijać i funkcjonować. Dziecko potrzebuje tego w jeszcze większym stopniu. Równowaga, w jakiej może rozwijać się dziecko gwarantuje mu poczucie bezpieczeństwa.

Kochani moi, każdy z nas potrzebuje jeść i pić, aby móc rosnąć, uczyć się, bawić i rozwijać. Gdy jest nam smutno, chcemy aby ktoś przy nas był. Tak samo jest w naszej grupie. Dorotka bardzo mnie teraz potrzebuje. Dlatego poświęcam jej dużo czasu. Ale wy nie musicie wcale płakać, być smutnymi i krzyczeć, abym też was zauważyła. Jesteście dla mnie jednakowo ważni i bardzo ważni. Wszystkich was bardzo lubię tak samo, nikogo mniej, ani więcej. I macie prawo również chcieć ode mnie mojego towarzystwa, bliskości, rozmowy. Jestem panią dla was wszystkich i dla każdego z osobna. I to się nie zmieni, dopóki będę panią w waszej grupie. Jestem dumna z was, że tak ładnie przyjmujecie Dorotkę do zabawy. Ona bardzo potrzebuje również was i waszej przyjaźni. Jeśli pomożecie mi wspierać Dorotkę, i włączać we wspólne zabawy, będę z was bardzo dumna, a Dorotka będzie coraz radośniejsza i częściej będzie się uśmiechać.

***
Muszę być krok za nimi, aby ich ratować, gdy zaczną tonąć w morzu zapomnienia o najważniejszym: że mają cudowną, mądrą i zdolną córkę, która ma 5 lat i nadal bardzo ich kocha. I krok przed nimi, aby ich poprowadzić krętą, ale właściwą drogą… Wiem, że nie wrócę wzajemnego zrozumienia tych dwojga Rodziców, nie odbuduję więzi na tyle, na ile potrzebowałaby Dorotka. Ale może chociaż zwrócę uwagę na to, co niedługo zniknie im z oczu, za czym będą tęsknić… Za dzieciństwem ich córeczki…

***
Jak przygotować się do niełatwej rozmowy z będącymi w trakcie rozwodu rodzicami?

Znajdź miejsce, w którym nikt nie zakłóci Wam rozmowy. Zadbaj o wysokie krzesło, na małych krzesełkach Rodzice mogą czuć się skrępowani. Twoi goście muszą czuć się swobodnie. Nie siadaj za biurkiem, stolikiem, niech nic was nie dzieli. Najlepiej, gdy będziesz siedziała w odległości, która jest dla ciebie wygodna i na tyle wystarczająca, aby nie zaburzała charakteru osobistej rozmowy. Odłóż obowiązki na jutro, też jesteś matką, twoja lista spraw do załatwienia się nie kończy… Ale nie dziś… Postaraj się na chwilkę przed rozmową wyjść na zewnątrz (o ile jest taka możliwość), oddychaj, pomyśl o miłych rzeczach, nastrój się pozytywnie. Zadbaj o wewnętrzny spokój. Jeśli będziesz roztargniona, dasz poznać po sobie, że się boisz, zostaniesz odebrana jako osoba niekompetentna… Pomaluj się ulubionymi cieniami do powiek, wybierz jasne, pastelowe kolory, ubierz taki strój, aby zapewnił Ci komfort i dobre samopoczucie podczas rozmowy. Znakomicie w rozmowach z rodzicami sprawdzają się metody Gordonowskie „aktywnego słuchania”. Rozmowę z mamą lub tatą rozpocznij od tego, „że wiesz, że jest im trudno…”. Pojawi się reakcja obronna, jeśli niewypowiedziana to z pewnością w głowie: skąd ona wie?! Przecież to jej nie dotyczy! …Obroń się:

Ale wiem, co przeżywa Pańska córka…