Runął mur dzielący nas

„Komunikowanie się jest nieodwracalne”.

Poniedziałek.

Do sali wchodzą oboje. On pierwszy, nie puszcza jej przez drzwi. Ubolewam nad duchem naszych czasów. Jest mało uprzejmy wobec kobiet, raczej automatyczny i zaprogramowany na opcję „ja”. Podoba mi się, gdy kobieta ma pierwszeństwo w drzwiach. Staroświeckie, niemodne, banalne. Kto dzisiaj ma czas, aby zwracać uwagę na tak mało istotne rzeczy? – usłyszałam. No właśnie, kto? A ja uczę swoich wychowanków, że dziewczynki siadają pierwsze do stolików. Szczegół wychowawczy? Ale warto poświęcić mu więcej uwagi. Zbyt mało życzliwości jest wśród młodych ludzi, którzy nie ustępują miejsca mamie z dwójką dzieci w zatłoczonym autobusie. Dlatego uczę od najmłodszych lat, że dziewczynki są delikatniejsze, fizykalnie słabsze i kruche w swojej konstrukcji. Potem stają się matkami. I z samej racji bycia mamą powinny mieć pierwszeństwo w drzwiach, przy stole i w autobusie. Drobnostka. Ale jaka potężna w przekazie.

Widzę przed sobą dwoje młodych, modnie ubranych, smutnych dorosłych ludzi. Oboje są po trzydziestce. On nie pomaga zdjąć jej płaszcza, siada na krześle. Ona przysuwa sobie swoje, siada ciut za nim. Nie patrzą na siebie. Odnoszę wrażenie, że nie wiedzą o swojej wzajemnej obecności.

Ona. Małgorzata Markiewicz. Zaplata ręce i trzyma je przy sobie, kładzie torebkę na kolanach i płaszcz przewiesza przez oparcie krzesła. Gotowa do ucieczki, nie chciała tu przychodzić, nie chce konfrontacji. Kobiety mają przecież świetną intuicję, nie jest jej tu dobrze.

Mam 3 minuty, aby to zmienić.

Pozwoli Pani, że położę płaszcz na stoliku, będzie można wygodnie się oprzeć – podchodzę i kładę rękę na płaszczu. Ten gest jest identyczny jak wtedy, gdy rankiem zapraszam dzieci do sali. Intuicyjnie zapraszam tę kobietę na „spotkanie” ze mną. Patrzę na nią i w ułamku sekundy udaje mi się nawiązać kontakt wzrokowy z jej zmęczoną, pozbawioną uśmiechu twarzą. Oddaje mi płaszcz obojętnie, nie zmieniając pozycji zaplecionych rąk.

On. Rafał Markiewicz. Oficjalny. Siada na wprost mnie, odchyla się do tyłu na krześle, rozgląda po sali. Trzyma w rękach klucze, które potem przerywać będą uporczywe, niezależne ode mnie milczenie.

Oni już wiedzą. Może nie wiedzą, jak „to” nazwać, co się z „tym” robi i czy „to” się naprawia. Ale wiedzą, że coś w zachowaniu ich dziecka jest „nie tak”. Wiedzieli to już od dawna, ona wiedziała. Ale on nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Chciał, aby jego syn, pierworodny, jego następca, jego jedyny ukochany syn, był silnym ojcem, takim jak on. Nie, nie taki jak on, ale taki jak każdy ambitny ojciec by chciał, aby był jego syn. To on miał go wykreować, uporządkować, „ulepszyć” na tyle, aby aż tak się nie wyróżniał wśród innych chłopaków. Miał sobie znaleźć dziewczynę, miał zrobić prawo jazdy, miał brylować na boisku… Ojciec miał go wylansować na „super bohatera”, bo ojcu nie udało się zrealizować tego wszystkiego co sobie zaplanował. A jego synowi nie miało prawa nie udać się tego osiągnąć. Stąd taki wewnętrzny sprzeciw i brak zgody na zaakceptowanie tego, że jest i być może będzie inaczej.

Chcę się z Państwem podzielić moimi spostrzeżeniami, które dotyczą zachowania Krzysia w grupie rówieśniczej – zaczynam, bo nie ma sensu mierzyć się ze zbyt dosłowną ciszą i ich zniecierpliwieniem:
Jestem zdumiona umiejętnościami Krzysia, mam na myśli sprawne czytanie i zadziwiającą znajomość cyfr. Rówieśnicy z jego grupy są na etapie poznawania liter, Państwa syn świetnie zna zasady pisowni. Często proszę go, aby czytał dzieciom podczas relaksacji. Spełnia moją prośbę, ale nie widzę, aby to go cieszyło. Niepokoję się o relacje Krzysia z rówieśnikami. Relacje te cechuje dość duży dystans wobec nawiązywania kontaktów oraz nadmierne skupienie na szczegółowej analizie części samochodów. Wiedza z tego zakresu absorbuje go do tego stopnia, że opowiada nie będąc o to poproszonym i niezależnie od tego, czy rozmowa akurat wymaga aż tak specjalistycznej wiedzy. Mam tu na myśli chłopców, którzy chętnie mówią o autach, o naprawach – to znamienne dla chłopaków w tym wieku. Lecz w relacjach Krzysia brakuje dialogu, jest to dość chaotyczne przekazywanie faktów, oczywiście zgodnych z rzeczywistością, lecz nieadekwatnych do wieku i poziomu wiedzy rówieśników. Chłopiec zaczepia dzieci w sposób, który im nie pasuje: ściska ich zbyt mocno, poszturchuje, chce rządzić. I pozostaje wobec tego obojętny. Działa według ustalonych przez siebie schematów, rytuałów. Wymaga, aby poranki wyglądały w ten sam sposób. Niemal nagminnie przerywa nauczycielowi, to on dyktuje scenariusz codziennego funkcjonowania swojego i otoczenia. To staje się męczące dla wszystkich. Poprosiłam Państwa o to spotkanie, abyśmy zgodnie uznali, że problem jest i Państwo również go dostrzegacie. Ale ponieważ wszyscy tu we troje chcemy dobra Krzysia, zastanówmy się wspólnie od czego możemy zacząć, aby się z tym problemem zmierzyć.

Milczenie. Tak potrzebne, dobre, kochane milczenie. Konieczne na oddech, na szybkie uporządkowanie myśli, na relaks roztrzęsionej duszy, na szum samochodów za oknem…

To wszystko o czym pani mówi, o czym może świadczyć? – Małgosia odzywa się jako pierwsza.

Czyli ona chce współpracy – odczytuję jej intencje. Czuję, że zrobiłam coś dobrego.

Zachowanie i relacje chłopca w grupie rówieśniczej obserwowała również pani Anna, psycholog. To znakomity specjalista, zaprasza Państwa na spotkanie. Wyjaśni i odpowie na wszystkie pytania.


Wtorek.

Czytam intrygującą książkę Kathy Hoopmann pt.  „Wszystkie koty mają zespół Aspergera” . Wyrwane zdanie: „Chodzą własnymi drogami i podejmują ryzyko, nie myśląc o jego konsekwencjach.” Ale koty spadają na cztery łapy – odpowiadam do siebie półgłosem. Nad dzieckiem z ZA musimy czuwać szczególnie. Koty są nieprzewidywalne, drapią, odwracają się, mruczą swoją bajkę. Dzieci z ZA chcą mieć przyjaciół, ale nie umieją ich zdobywać. Narzucają im swój sposób przeżywania świata, zamykają się szczelnie w świecie swoich zainteresowań. Trzeba im pomóc wyjść poza ten ich świat, trzeba „nauczyć uczuć”, które są odpowiedzialne za relacje z innymi. Mówić prosto, precyzyjnie, uczyć reguł rządzących otoczeniem i oswajać z emocjami innych. Trudne…


Środa.

On wstaje.

Chodzi w kółko po sali. Ma ręce zaplecione z tyłu, twarz skierowaną nie w moją stronę, chyba do okna. Pyta, czy może je otworzyć. Trochę złej, męczącej energii ucieka przez to otwarte okno. Pan Markiewicz wraca do swego chaotycznego tańca. Przypomina mi ćmę, która wpada co wieczór do mojej przestronnej kuchni i szamocze się, szarpie, jest jej za ciasno. Biedactwo. Ma do dyspozycji całą przestrzeń. Ja zajmuję tylko jedno miejsce przy stole, reszta należy do niej. Mimo to rzuca się do ucieczki i boleśnie bije skrzydłami w okno.  Rafał chodzi tak już od 13 minut. To zbyt mało, jeśli chce się podjąć szybką decyzję i jednocześnie wystarczająco dużo, aby wierzyć, że uda się nawiązać jakikolwiek kontakt. Z kimś, kto chodzi w kółko, raczej  nie jest to możliwe. Czekam. Od wodzenia za nim wzrokiem zaczyna kręcić mi się w głowie. Zostawiam go. Robię szybkie zmiany w scenariuszu spotkania, choć gdzieś z tyłu głowy zaczynam się obawiać, że i tak potoczy się ono własnym rytmem. Nazywam Pana Markiewicza –Rafałem. Spoufalam się z nim w swoich myślach, bo konfrontuję jego postać ze swoim wewnętrznym dorosłym (wg analizy transakcyjnej E. Berne tj. psychologicznej teorii stosunków międzyludzkich, w człowieku istnieją 3 wewnętrzne głosy: głos dziecka, głos rodzica, i głos wewnętrzny dorosłego. Więcej na ten temat czytelnik znajdzie w pozycji książkowej pt. „W co grają ludzie?” E. Berne). Nie mogę dopuścić, aby narastające napięcie emanujące z każdego centymetra mojej głowy zagłuszyło moje racjonalne przekonanie o tym, że zachowuję się właściwie. To moja postawa, opanowana, spokojna, wyważona, czyni mnie w ich oczach wiarygodną i kompetentną. Dopiero potem wiedza i moje słowa.

Jego zachowanie jest naturalne. Jego reakcja jest adekwatna dla całej poruszonej dzisiaj tu i teraz sprawy. To zdenerwowanie. To właśnie są emocje. Najprawdziwsze, wszechmocne, władcze. Biorę głęboki oddech, aby nie tracić czasu na drżenie głosu, który przerywa już wystarczające milczenie:

To bardzo ważne, że dzisiaj przyszliście Państwo razem. Wszystkie decyzje dotyczące Krzysia powinny być od dziś podejmowane wspólnie. Krzyś potrzebuje obojga rodziców, bo od każdego będzie uczył się innych rzeczy. Musicie działać razem, nierozerwalnie.

Obiecałam sobie, że będę unikała zwrotu: „musicie”. Dla mnie samej niesie ono negatywny przekaz. Jednak w tej sytuacji szukałam słowa, które brzmi przekonująco i jest silnie emocjonalne. W rozmowie z tymi ludźmi, będę podkreślała rangę, jaką przypisuje się rodzicom działającym w porozumieniu, tworzącym rodzinę mimo przeciwności. To nie ja wymyśliłam, ja jestem tylko pośrednikiem w przekazywaniu tego, co najwartościowsze.

Trzeba działać. Im wcześniej zaczniemy, tym lepiej dla Krzysia. Musimy znaleźć takie rozwiązanie, aby łączyło w sobie: wewnętrzny spokój mamy, akceptację taty,  że teraz będzie inaczej i najważniejsze – dobro Krzysia. Takim rozwiązaniem jest terapia.


Czwartek.

Znają już nazwę. Wiedzą też, że objawy Zespołu Aspergera niemal pokrywają się z obrazem funkcjonowania Krzysia w przedszkolu i w domu. Otrzymali wskazówki, jak postępować. Zobowiązali się, zdecydowali, że będą działać. Mimo to nadal nie potrafią: zaakceptować. Boją się.

I dlatego tym razem to oni proszą mnie o spotkanie. Zgadzam się na dzisiejsze popołudnie. Tym razem do tej rozmowy podchodzę bardzo naturalnie, oswoiłam się z tym tematem, poczułam do tych ludzi wyjątkową sympatię. Staram się odnaleźć w sobie trudne emocje, które pojawiają się, gdy nie godzę się na to, na co wpływu nie mam. Gdy uświadomię sobie, że ja też doświadczam tak silnych, burzliwych i skrajnych emocji, łatwiej będzie mi zrozumieć tych dwojga ludzi.
Na początku jeszcze raz przywołuję nazwę, opisuję charakterystykę, utrwalam sposoby postępowania, podkreślam wartość płynącą z terapii. Ale oni już to wiedzą, usłyszeli, przeczytali, konsultowali… Oni przyszli do mnie po coś innego. Dobrze odczytuję ich wewnętrzny niepokój. Nie mają mi za złe, że zwracam się do nich już nieoficjalnie. Czuję, że runął mur dzielący nas na pierwszym spotkaniu. Potrzebują zawrzeć pakt o wzajemnym szacunku do swoich słabości. Chcą wyraźnie powiedzieć, że potrzebują teraz wsparcia bardziej niż kiedykolwiek i przede wszystkim chcą razem podejmować decyzje i o nich rozmawiać.  Zaczynam już zupełnie spontanicznie, bez przygotowania, jakbym zwracała się do przyjaciół:

Najpierw musicie odnaleźć kierunek do siebie nawzajem. Może zdarzyć się tak, że spotkacie się w połowie drogi. Pamiętajcie, że teraz nie możecie się minąć. Powinniście zacząć towarzyszyć sobie nawzajem w tej trudnej dla was podróży, w którą musicie wybrać się razem już teraz, już dziś. Krzyś rośnie i rozwija się, powinniście więc działać szybko. Nie zastanawiajcie się na ten moment, czy warto i kto ma zrobić pierwszy krok. Zróbcie go razem i nie obwiniajcie się. Wasza codzienność zmieni się. Stanie się wymagająca. Ale wniesie dużo dobrego, już wniosła. Jestem po waszej stronie. Będę Was wspierać i już trzymam kciuki. Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby pomóc Krzysiowi jak najlepiej przygotować się do nowej roli.


Piątek, po upływie tygodnia od pierwszego spotkania

Wchodzą na górę, Małgosia wchodzi pierwsza. Za nią Rafał, który wyciąga przepiękny bukiet tulipanów.  – To był najtrudniejszy dla nas tydzień. Ale dzięki Pani zaczęliśmy działać. Zapisaliśmy Krzysia na terapię, byliśmy już na pierwszym spotkaniu. Sami również skorzystaliśmy z porad specjalistów. Jest pani wspaniałym pedagogiem. Mamy ogromne szczęście, że Krzyś znalazł się w pani grupie. Słowo „dziękujemy” to za mało – Małgosia przytula mnie jakby uzurpowała sobie prawo do mojej przyjaźni. Rafał całuje w rękę, stojąc na straży starych obyczajów. W jej wzruszeniu odczytuję zmęczenie zmieszane ze zgodą na to, co się już zadziało. Przez niego przemawia świadomość, że nie może tego zmienić, przy jednoczesnej chęci i gotowości na zmianę. Wreszcie odnajduję w nich radość z bycia razem, z bycia rodziną.

Oddycham, otwieram okno. Ale nie ma już upartej i duszącej ciszy. Jest świeża i motywująca energia! Szukam Krzysia, odnajduję go, rysuje kolejną część z silnika samochodu taty. Uśmiecham się. Jestem dumna z Krzysia i z jego rodziców. Ale najbardziej jestem dumna z zawodu nauczyciela. To on wie pierwszy. To jego zaczyna coś niepokoić. To on „zagląda w duszę  dziecka” i widzi w niej zagubionych rodziców. Wyzwaniem nauczyciela jest wejść w życie rodziny, nie będąc zaproszonym. Jeszcze większym sukcesem jest pozostać w ich domu, który zaczynają budować dzięki nauczycielowi ich dziecka.

Nie jestem terapeutą. Działam spontanicznie, próbując nie angażować się w rzeczywistość swoich podopiecznych. Ale i tak mi nie wychodzi, bo moja nieokiełznana empatia wybiega przed szereg… Uśmiecham się. Jestem nauczycielką przedszkola. Nie umiem inaczej. W moim zawodzie nie da się nie angażować. A tulipany są potwierdzeniem, że jestem na właściwym miejscu. Jestem gotowa, aby ruszyć w kolejną drogę. W tym zawodzie codziennie trzeba robić coś dobrego. Chociaż jedną małą rzecz. To jest wpisane w miesięczny plan.