A jak, k…a, nie wpiszesz, to ci dop….olą!

W używaniu przekleństw, brzydkich słów lub słów powszechnie uznawanych za obraźliwe podobno nie ma nic złego dopóty, dopóki nie obrażają drugiego człowieka. Tak gdzieś wyczytałem. Któż z nas sobie nie przeklnie od czasu do czasu? Zdawać by się mogło, że „rzucanie mięsem” stało się chlebem powszednim w codziennym życiu, w prasie, w telewizji (gdzie nie wszystkie przekleństwa są już nawet „wypikane”). Zdawać by się mogło, że już nie potrafimy normalnie rozmawiać, pisać, myśleć…

Kiedy któregoś dnia zaprowadzałem swoich synów do przedszkola, usłyszałem rozmowę dwóch tatusiów prowadzących ożywioną dyskusję (i prowadzących swoich synów do przedszkola też) na temat pracy jednego z nich. Okazało się, że musiał on wpisywać jakieś informacje do zeszytu, ponieważ gdyby tego nie zrobił – patrz tytuł felietonu.

No i dobra! Niech sobie rozmawiają – przy piwie, na ławce. Ale po odprowadzeniu chłopców. Gdziekolwiek i kiedykolwiek. Ale nie, k….a, przy dzieciach! Czy zareagowałem? Oczywiście, że nie. Po co? Jest tak wcześnie – ledwie siódma minęła… I niby jak mu to powiedzieć? I tak nie ma sensu edukować dorosłych. Pan był tak przekonany o swoich problemach, że pewnie by nie „załapał” o co chodzi. Że przeklina? Że niby przy dzieciach?

To oczywiście sarkazm. Nie odezwałem się, bo po prostu tak mi było wygodnie. Brakło mi też odwagi… Brutalna prawda. Ale wchodząc w drzwi przedszkola mężczyźni natknęli się na Panią Dyrektor, która nawiązując najwyraźniej do ostatnio wypowiedzianych przez jednego z panów słów (patrz tytuł felietonu) rzuciła tylko do mężczyzny z gromiącym go uśmiechem (oksymoron chyba mi wyszedł!): – „Noooo, tatusiu! Nie wstyd tak tatusiowi?”.

Sześć prostych słów. Tatuś spłonął (chyba) rumieńcem (ja zresztą też). Zamilkł natychmiast i rzucił: – „O, przepraszam! Zapomniałem się…”
Prawdziwa edukacja zachodzi w niespodziewanych miejscach. Każdy z uczestników (bardziej lub mniej świadomych) tego zdarzenia czegoś się nauczył. Każdy. I każdy odczytał to zdarzenie na swój sposób. Ja – zawstydzony przez Panią Dyrektor, która z gracją i taką łatwością, potrafiła zwrócić uwagę panu – dostałem kolejną lekcję nie tylko obywatelskiej postawy. Klnący Pan pewnie też – już w szatni, tuż po otrzymaniu dyrektorskiej reprymendy, rzucił do kolegi – „O k…a, ale wstyd!”. I interesujące słowo poznał, nie kryjący z tego powodu satysfakcji, jeden z moich synów: przebierając buty, powiedział zmrużywszy oczy – „Tatusiu, ten pan powiedział k…a”.