Pozwól mi być sobą

Dobrze widzi się tylko sercem,
Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Antoine de Saint-Exupéry „Mały Książę”

W ułamku sekundy udaje mi się popatrzeć w oczy tej kobiety. Są duże, brązowe i surowe. A spojrzenie? Nie mogę odnaleźć w nim choćby odrobiny sympatii wymierzonej w kierunku kogokolwiek. Do Ali odnosi się szorstko i bezwzględnie. Do mnie obcesowo, chłodno i raczej roszczeniowo. Na pierwszy rzut oka widać, że to ona wyznacza zasady. Alicja wszystkie jej polecenia wykonuje pospiesznie i automatycznie. Jakby przywykła, że „mama taki ma styl” i nie należy wobec tego zachowywać się inaczej. A mieć swoje zdanie, to inaczej działać wbrew mamie. A działać w ten sposób, to jak wyruszyć na pole bitwy, nie mając wystarczającej broni. Z góry szanse na wygraną są znikome.

Jak funkcjonować u boku tak apodyktycznej matki? Zastanawiam się, gdy Alicja przekracza próg sali. Schludnie ubrana i starannie uczesana. Przy powitaniu jej rączki oplatają mi szyję tak mocno, że przez chwilę nie mogę oddychać. Na jej twarzy pojawia się promienny uśmiech, w oczach spokój i niezmienna pogoda jej rozsądnej duszy. Jest inna od mamy. Nie pasuje mi do układanki, którą tak sprawnie układa ta kobieta. A dziś ta dziewczynka o czarnych jak węgiel włoskach stoi u progu szkoły. Czeka ją nowy etap w pedantycznie poukładanym świecie. Poukładanym przez stojącą u szczytu zawodowej kariery, szefowej ogromnej korporacji handlowej. W perfekcyjnej codzienności tej kobiety zabrakło czasu na bycie mamą. Mamą zwyczajną, naturalną, codzienną, czasem zmęczoną, dużo częściej szczęśliwą, która wie o swoim dziecku dużo więcej niż nauczycielka przedszkola, do którego uczęszcza Alicja.

Czy ja wiem więcej?

Wiem tylko tyle, że „dusza” pięcioletniego dziecka jest jeszcze bardzo niedojrzała emocjonalnie, ambiwalentna w sferze uczuć i mocno niestabilna na drodze porozumienia z dorosłym. Proces wychowawczy to jak trzymający w napięciu intelektualnym i emocjonalnym, wymagający i dyskusyjny film. Pełno w nim nagłych zwrotów akcji, huśtawki nastrojów, niezdecydowania. Wreszcie wzruszeń i niebywałej jak na ten wiek dojrzałości. I to mi wystarczy, aby poznać pięcioletnią Alicję. I wiem też, że w życiu tej małej dziewczynki nie ma miejsca dla subtelnych i wyjątkowych marzeń. O czym? O byciu czarodziejką, która potrafi rozmrozić serce swojej mamy.

Już za drzwiami słyszę wzburzoną wymianę zdań. Dwa głosy: pierwszy delikatny, płaczliwy, roztrzęsiony. Drugi rozkazujący, bezdyskusyjny, decydujący. Widzę dwa cienie kręcące się w kółko. Zbliżają się do drzwi mojej sali. Większy cień w stanowczym geście oddaje coś w malutkie rączki splecione z tyłu, zaciśnięte i zamknięte na jakikolwiek  kompromis. Mały cień znika mi z oczu, to znów pojawia się, chyba biega, chce uciec? Nie mogę dłużej być świadkiem tej bezcelowej krzątaniny za drzwiami. Wychylam się i słyszę kilka zdań wypowiedzianych niemal natychmiast, szorstko i oszczędnie: Alicja ma ubrać na bal różowo-seledynową sukienkę, proszę uczesać ją w dwa „francuzy” i założyć koronę. Drugie zdanie brzmi jeszcze bardziej chłodno i zbyt poważnie: Tu są lakierki, szczotka do włosów i rajstopy. Sukienkę specjalnie przysłał wujek z Francji. Z domieszką triumfalnego tonu zakończyła swoją krótką listę poleceń, mama Ali. Widzę nie tylko jej dorosłe obojętne oczy. Dostrzegam niepokój w oczach Alicji. Automatycznie kucam przed dziewczynką tak, że jej wzrok znajduje się naprzeciw mojego. Biorę ją za rękę, szukam pomostu między nami, próbuję oswoić jej mądre myśli. I pytam: Alu, koleżanki są ciekawe, za kogo przebierzesz się na dzisiejszy bal? Czy masz ochotę ubrać swój strój, który przyniosłyście razem z mamą? Alicja odwraca się do mnie plecami, przecząco kręci głową, niezauważalnie. Gdy głaskam ją po rączce, czuję jak drży. Oczy ma czerwone od łez. Zdradzają, że płakała już dużo wcześniej w szatni, albo nawet już w domu. Kuli ramiona jakby chciała się w nich schować. Onieśmiela ją ta sytuacja. Wszystko, co przez cztery minuty zdążyła opowiedzieć sobą, jest dla mnie bardziej wymowne niż słowa.

Dlaczego rodzice uważają, że są nieomylni?  Sądzą, że znają przepis na szczęśliwe chwile swoich dzieci, bez możliwości modyfikowania ilości i rodzaju składników. Postępują zgodnie z przypisaną sobie, przez nikogo niezweryfikowaną pewnością słowa i czynu. Osobliwa pewność siebie zakorzenia się w dorosłych niczym „kod rodzica” – nieomylnego, mającego „zawsze” rację. Dobrze, że są nauczyciele przedszkola. Dbają o samodzielność swoich wychowanków. Dla nich dzieci również potrafią być partnerami w wychowawczym dialogu. Wyłącznie dla nich.

Ta kobieta nie miała czasu, aby wsłuchać się w to, o czym opowiada jej córka. A opowieść małej dziewczynki była krótka, zwięzła, mało interesująca. Niosła jasny i wyraźny do odczytania przekaz: pozwól mi być sobą. Dla mnie Ala nie musiała mówić. Jej twarzyczka wyrażała więcej niż tysiące słów. Przemawiała przez nią kategoryczna odmowa założenia sztywnej, niezwykle okazałej, zdobionej brokatem i koralikami sukni. Wyglądała imponująco, nie mogę zaprzeczyć. Z pewnością zwracała uwagę innych dzieci, ale była niewygodna i krępowała ruchy poprzez sztywność materiału, z którego była uszyta. To moja diagnoza, nauczycielki i mamy. A o co chodziło Ali? To jednoznaczne: nie każ mi się wyróżniać, bo tego nie lubię, bo nie chcę i obawiam się, że wszyscy zwrócą na mnie uwagę, a to mi nie pasuje. I budzi we mnie lęk.

Dla dorosłych, którzy wciąż się spieszą, dziecięce lęki są wyolbrzymione, bywają irytujące, czasem denerwują, są meczące, obce. Dorośli automatycznie zapominają o empatii, gdy stają oko w oko z dzieckiem, od którego wymagają spełnienia skrytych niespełnionych marzeń ze swojego dzieciństwa.

Ale nie ja. Jestem nauczycielką przedszkola.

Stoję na straży 25 rozkołatanych dusz, które tęsknią za swoimi zabawkami, swoim łóżeczkiem pachnącym mamą i całym światem, który został w domu. Kłócą się w nich dwa jednakowo silne uczucia: obawa związana z rozstaniem z mamą i radość płynąca z przebywania z innymi. Ja wprowadzam harmonię, towarzyszę dzieciom na emocjonalnej huśtawce. Dla mnie nie ma znaczenia strój, w który przebierze się Alicja. Dla mnie ważniejszy jest jej uśmiech. Dziś akceptuję jej bunt. W tej sytuacji stoję bezwzględnie po tej samej stronie co Ala.

Fochy stroi od samego rana, tłumaczę jej, że każde dziecko przebiera się na bal, poza tym jak będzie wyglądała na zdjęciu nieprzebrana? Cała rodzina ją będzie oglądać.

Zaraz, zaraz. Bo czegoś tu nie rozumiem. Ala ma „dobrze wyglądać na zdjęciu”, bo jej mama chce się nią pochwalić rodzinie. W przeciwnym razie, gdy nie założy różowej, niewygodnej sukienki – zawiedzie całą rodzinę… Nie, zawiedzie mamę. A skąd ona wie, że każde dziecko przebiera się na bal? Ja wiem, że nie każde. Nie wymagam, aby Alicja lub każde inne dziecko przebierało się w strój, jeśli tego nie chce. Jestem też mamą i z tej perspektywy tym bardziej wydaje mi się to zrozumiałe i niemniej ważne.

Przestań się mazać, niech pani coś z nią zrobi, no patrz jak wyglądasz! – Złote Imperium krzyku, na jego szczycie stoi szefowa ogromnej firmy. Mająca pełnię władzy absolutnej.

Nie chcę, aby pani spóźniła się do pracy, proszę być spokojną, Ala zaraz się uspokoi.

Mam taką nadzieję – brzmi surowo i wychodzi.

Na policzku czuć powiew zimnego wiatru, który wpuściła przez otwarte okno pani Zosia. Już po wszystkim. Mam około siedmiu godzin na zatrzymanie rozpędzonej emocjonalnej karuzeli, na której siedzi Alicja i bardzo się boi, że wszystko wokół niej tak szybko się kręci.

***
Usiądźcie na dywanie, moi kochani. Chcę Wam opowiedzieć pewną historię:
„W pewnej indiańskiej wiosce żył sobie mały Indianin. Jego rodzinę oraz ludzi żyjących we wiosce nazywano plemieniem. Mały Indianin był taki sam jak inni chłopcy we wiosce: lubił gromadzić znalezione skarby: kawałek sznurka, korę drzewa, błyszczące kamyki. Potrafił tez wiele sztuczek np. wystrugać łódkę z kory drzewa, usłyszeć szum morza w niezamieszkałych muszlach ślimaków. Chłopiec był przyjazny i uśmiechnięty. Słuchał swoich rodziców i dzielił się z kolegami swoimi znaleziskami, uczył ich też swoich sztuczek. Miał na imię Eryk. Ale było coś, co odróżniało chłopca od jego kolegów. Mały Indianin nie nosił pióropusza na głowie i nie był wymalowany na twarzy w symbole swojego plemienia. Ludzie żyjący we wiosce przyzwyczaili się do odmiennego wyglądu chłopca, a sam Eryk nie zwracał uwagi na to, że coś go wyróżnia. Rodzice Eryka przestali nalegać, aby wkładał pióropusz, nie kazali mu nawet malować na policzkach typowych dla plemienia barw. Nadszedł wielki dzień.

To Święto naszej indiańskiej wioski – powiedział ojciec do swojego syna. W tym dniu wszyscy mieszkańcy wioski urządzają wielkie przyjęcie, każda rodzina przynosi jedzenie, całą noc odbywają się tańce i śpiewy. To dzień wielkiej radości. Mały Eryk był bardzo podekscytowany przygotowaniami do „Dnia wioski”. Tato Eryka poprosił go, aby na ten jeden dzień ubrał się w strój indiański. Chłopiec, mimo próśb ojca, nie zmienił zdania. Ojcu było wstyd i posmutniał, gdy rozpoczęło się święto w blasku księżyca. Mały Eryk wspiął się na wysoki pagórek i poprosił grajków o ciszę. Wszyscy zamilkli i zwrócili wzrok ku niemu.

Posłuchajcie – zaczął mówić chłopiec. – Mam 7 lat i bardzo kocham swoją mamę i tatę. I dobrze wiem, że oni również bardzo kochają mnie. Wiem też, że dziś ich zawiodłem. Nie chciałem ubrać pióropusza i wymalować na twarzy waszych znaków. Ale chcę was zapewnić, że mój wygląd nie świadczy o tym, że mniej was lubię. Jesteście wyjątkowi, bo pozwalacie mi być szczęśliwym. Jestem jednym z was. Jestem Indianinem i czuję się jak Indianin. Postępuję według tego, czego mnie uczycie. We wiosce mam wielu przyjaciół, którzy bawią się ze mną i nie zwracają uwagi na inne rzeczy, do których wy, dorośli, przywiązujecie ogromną wagę. Mamo, Tato nie bądźcie smutni. Proszę was o to dzisiejszego dnia i każdego następnego, kiedy będziecie zastanawiać się, czy różnię się od innych dzieci we wiosce. Nie jestem gorszy dlatego, że nie jestem pomalowany. Chcę być z wami i cieszyć się tak jak wy. A przez wszystkie kolejne dni chcę pozostać nadal waszym przyjacielem i ukochanym synem.

Moi drodzy – zaczynam łagodnie i lekko się uśmiecham, bo lubię, gdy jestem sama z grupą, gdy wreszcie nikt nie zakłóca naszej „bliskości”, która w szczególny sposób łączy nauczycielkę i wychowanków. Tak wiele zależy ode mnie. Ten zawód inspiruje do stawania się coraz lepszym człowiekiem.

Alicja przyniosła strój na dzisiejszy bal, ale nie ma ochoty go założyć. Woli pozostać sobą. Nie chce się przebierać, co nie znaczy, że nie podobają się jej wasze przebrania. Ala nie musi się przebierać, jeśli ma się źle czuć w swoim stroju. Na balu najważniejsze jest, abyście byli zadowoleni i swobodnie się czuli. Strój jest ważny, ale ważniejszy jest wasz dobry humor. Czy teraz rozumiecie Alicję?

Pani Izo, przecież Ala może być Alicją w Krainie Czarów! Samo jej imię jest bajkowe… – Ines doskonale rozumie, co to znaczy różnić się…  Dziewczynki otaczają Alicję i chichoczą cicho. Po chwili słyszę również śmiech Ali. Za oknem rozjaśnia się. Będzie ładny dzień.

Bal. Wyczekiwany, witany okrzykami zachwytu, wyrazami uznania rodziców. W ustrojonej sali pełnej kolorowych serpentyn i balonów. Święto? Moim zdaniem to zdecydowanie Święto dzieci.

***
Proszę pani, pytała pani Alicję, czy jest zadowolona z balu? Czy jej się podobało? – uśmiecham się najłagodniej jak tylko potrafię i staram się uprzedzić wybuch pulsującego wulkanu.

Tak, ale na żadnym zdjęciu nie jest w przebraniu… Co za nieposłuszna dziewczyna.

Proszę zobaczyć, jak roześmiana i szczęśliwa jest Alicja na tych zdjęciach. Wygrała konkurs i dostała nagrodę – ołówek i cukierka. Była bardzo dumna. Uważam, że jest wiele powodów do zadowolenia z dzisiejszego dnia. Córeczka uspokoiła się i bawiła razem z koleżankami, jest przez nie bardzo lubiana. Są dzieci, które nie chcą przebierać się na bal karnawałowy. Wolą pozostać sobą z przyczyn nam, dorosłym, nieznanym. Czy są to swego rodzaju obawy, sposoby zwrócenia uwagi czy zwykłe grymasy… Myślę, że nie jest tu ważne dochodzenie: dlaczego? Ale ważniejsze są uśmiech i iskierki w oczach przedszkolaków. To w końcu ich Dzień. To dzień Alicji. Proszę pozwolić jej cieszyć się tą chwilą. Tak niewiele ich jest w jej dziecięcym życiu.

Mama Ali schyla głowę i przez chwilę milczy. Nie lubię chwil, które wydają się trwać w nieskończoność. Ale decyduję, że stosowniej będzie nie zabierać teraz głosu. Bez słowa wstaję i przywołuje Alę ruchem ręki. Dziewczynka podchodzi z rumieńcami na twarzy, pokazuje wygrany ołówek i cukierka, jest szczęśliwa. Już zapomniała o tym, że mama chciała inaczej. (Fenomenem jest dla mnie niesamowita zdolność przystosowawcza dzieci nawet do ekstremalnych warunków, w jakich przychodzi im dorastać). Ta chwila należy do niej. Ta chwila nareszcie należy do nich. Po raz pierwszy widzę, jak mama Ali długo przytula ją do siebie i gratuluje wygranej w konkursie. Mówi cicho, jakby chciała te chwile zatrzymać tylko dla siebie i córeczki. Czy coś ją poruszyło? Nie odpowiem na to pytanie, bo w objęciach wpatrzone w siebie, znikają za drzwiami. Mają sobie tyle do powiedzenia!

Oddycham z ulgą i czuję się szczęśliwa. Ten zawód jest niezwykły, zmienia ludzi, zmienia ich życie – myślę i wracam do dzieci, by dzielić z nimi wrażenia z balu. Odkładam na potem dokumentację. To może poczekać. Ale dzieci nie chcą czekać. Są chwile, kiedy nie powinny tego robić. Chwile przeznaczone wyłącznie dla nich. Okrążyły mnie wkoło i jedno przez drugie opowiadają o konkursach, piosenkach, powtarzają tańce, tak bardzo przeżyły ten dzień. Dzieci w wyjątkowy sposób odbierają świat. Nauczyciel przedszkola towarzyszy im w rozpędzonym, hałaśliwym i niespokojnym pociągu codzienności, którym podróżują wraz ze swoimi rodzicami. Nauczyciel mocno trzyma w ramionach lęki, radości, niepokoje i sukcesy swoich podopiecznych. Z tym ogromnym, nieraz bardzo ciężkim bagażem, konsekwentnie i cierpliwie podąża za każdym dzieckiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.