Przełamując fale

Zaniedbanie godzi w duszę najdotkliwiej.
Zaniedbanie dziecka potrząsa sercem najboleśniej.

Czerwone szpilki niosły ją przez osiedle. Deptała liście oczekujące cierpliwie pana Marka, który porządkował tę samotnię codziennie i punktualnie. Lubiła tę jego powtarzalność. Witał ją zawsze tym samym, pełnym uśmiechu milczeniem, w cieniu jesiennej melancholii drzew. Zaskakiwał szacunkiem do tego, co robił. Liście gładził jak włosy jesieni, najdroższej przyjaciółki. Bywała zamyślona, idąc na przystanek autobusowy alejką zadumy. Tak ją nazywała: pustą i wąską uliczkę, którą o 5.30 nikt nie chodził. Uliczkę wypełniał złoty dywan kolorowych liści i przez chwilę jej zmarznięte policzki ogrzały piękne wspomnienia. Jakby w samym sercu Pragi jej dobre oczy otuliła złota uliczka. Z tą tylko różnicą, że wtedy o jednakowo zagubione serce kłóciły się dobre emocje.

Jak różnobarwna była wtedy paleta jej emocji!

A tego poranka szarpała się z nimi prosząc, by pozostały w ukryciu jej znakomitej gry pozorów. Osiedle otulone senną kołderką niepogaszonych jeszcze latarni, oddychało wiatrem w rytmicznym tempie jej obcasów. Była urzeczona tą wyjątkową ciszą, którą chłonęła wszystkimi zmysłami. Jej wrażliwość wyrywała się z uwięzi serca, które pod czujnym okiem rozsądku nie miało szans na ucieczkę. A chciała uciec całą sobą. Chciała wybiec z pracy i po raz pierwszy to pragnienie wypełniało każdy centymetr jej szczupłego i wzdrygającego się ciała na samą myśl, że znowu będzie musiała się z tym zmierzyć. Przyjechał autobus. Jak w zwolnionym filmie otworzyły się drzwi. Towarzyszył temu dziwny i nieprzyjemny świst, po czym przeszył ją zimny dreszcz. Stała przed otwartymi drzwiami, jak przed zaproszeniem od nieprzyjaciela. Kierowca już ją znał, każdego poranka spotykali się na tym samym przystanku. Zapytał: zamyśliła się pani? Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby nie wsiąść. Cały wszechświat nie dopuszczał. Była przecież taka obowiązkowa.

Nie chcę tam jechać – Iza płakała całą drogę do pracy. Łzy były chyba wielkości kasztanów, które ściskała w dłoniach, chcąc przełożyć na nie swój ból. Już nie pamięta, jak ktoś podał jej chusteczkę.

Czy coś się stało, proszę pani? – Z bezsilnego zadumania wybudził ją kobiecy głos dochodzący zza jej pleców.

Nie, nie…  Ja tylko…  Jaki to przystanek?    

Bracka, proszę pani. Czy mogłabym pani jakoś pomóc?

To deszcz… Pomyślała i na ustach zacisnęła pętlę przyrzeczenia, że jutro weźmie wolne…

Dziękuję, poradzę sobie. – To nie ja potrzebuję pomocy. Ale czteroletnia dziewczynka o imieniu Malinka. Przedstawiam Wam Malinkę zaniedbaną. Bohaterkę czterech tygodni, w trakcie których schudłam 4 kilo, a moje serce targnęło się na zwątpienie i tak dosłowną bezsilność, że o mały włos, a poczucie mojej wartości ległoby w gruzach sensu tego zawodu.

Malina – słodkie imię w gorzkiej oprawie dzieciństwa. To jak pistacjowe lody posypane piekącą solą.

Czy coś się stało? – Te słowa utkwiły w jej głowie jak babie lato wplątane we włosy. Uparte pytanie, które mimo usilnych prób wyparcia go z bezbronnej nieświadomości, cierpliwie domagało się odpowiedzi.

***
Gdzie jest Magda?

Pani Izabelo, pani zmienniczka ma dzisiaj wizytę u lekarza. Dzwoniła, że czeka w kolejce, przychodnia jest pełna. Proszę, aby pani objęła dzieci również po odpoczynku. Kto wie, czy w ogóle zdąży na 12…

Triumfalne i okazałe zlecenie nadgodzin. Zawsze się z nich cieszyłam, to dodatkowe pieniądze. Teraz, nieznośne teraz, chętnie podzielę się, oddam… Zrezygnuję z „teraz”. A czy zrezygnuję z dzielenia się miłością? Przecież nie mogę. Bo jestem tu po to, aby przemieniać świat…

***
Ja?! Cały dzień mam być dzisiaj w pracy?! Stoję i w milczeniu strofuję swój potulny charakter. Bolą mnie oczy od dotrzymywania towarzystwa kroplom mgły, podczas porannej jazdy autobusem.
Wchodzę do sali, rzucam torbę, za nią opadam na krzesło. Na zegarku 6.45. Mam jeszcze kwadrans, aby uspokoić swój wewnętrzny sprzeciw, który karci mnie za moją niezawodność. Mam 14 minut, aby przekonać swoje ciało do sympatii, na jaką do tej pory było mnie stać bez żadnych wątpliwości. Do tej pory i do czasu.

***
Pani Izo, proszę coś zjeść… Zniknie nam pani pewnego dnia… – patrzę smutnymi oczami na małe dziecko. W tle ciepłe słowa pani Zosi. Poranek zasnuty mgłą. Ile czasu potrzeba na umycie małej buzi? 2 minuty. Ile kosztuje pachnące mydełko z Biedronki? 98 groszy. Ile czasu potrzeba, aby pralka wyprała 5 par rajstopek i 5 par bluzeczek? 1 godzinę. Ile to jest godzina w ciągu 12 godzin całego dnia, w którym nic się nie dzieje? Ile potrzeba nienawiści, aby pojąć sposób na życie rodziców tego dziecka? Nieskończenie.

***
Pani Zosia miała zawsze telefon, gdy nadchodziła pora poobiedniej ciszy. Nikt mnie nie odwiedzał, aby czasem nie dać mi szansy wyjścia i zrzucenia trzyminutowej odpowiedzialności za zranioną Malinową duszę. Malinki nikt nie chciał przebierać w piżamkę. Malinka bardzo różniła się od rówieśników. Była szczęśliwa w przedszkolu i nieładnie pachniała. Jej rajstopki na małych stópkach były czarne i od dwóch tygodni wciąż konsekwentnie wychodził duży palec przez powiększającą się dziurę w naszych obu duszach. Na bluzeczce majestatyczna dziewczynka prezentowała tygodniowy jadłospis tego, co jadła prawdopodobnie w domu i na pewno w przedszkolu. Włosy, które związywałam dziewczynkom w trosce o ich poprawny wzrok, były nieświeże, nieumyte i potargane. Pozlepiane kosmyki resztkami jedzenia i śladami brudnej rzeczywistości, w której żyła, przyprawiały mnie o mdłości. Ta mała dziewczynka o słodkim imieniu nie miała koleżanek. Wiedzione instynktem odsuwały się od niej, widząc w niej kogoś, kto różni się wyglądem. Nie umiały tego nazwać, ale umiały okazać. Boleśnie. Ciałko Malinki było jak z plasteliny, przylegało tak dosłownie do nóg dorosłego, że trudno było się oswobodzić ze szczelnego uścisku jej małych, lepkich rączek. Malinka przywykła do świata szarości, w którym żyła. Uznała tę codzienność za normę, nie dbała o siebie, bo nikt jej tego nie uczył. Na zgięciach łokci, pod kolanami i za uszkami dostrzegałam ślady rodzącej się alergii, do której nikt nie przywiązywał większej uwagi. Gdy wychodziłam z grupą na dwór, plecki Maliny były zawsze odsłonięte, bo czteroletnia dziewczynka rosła ku braku zainteresowania jej rodziców. Malisia nieustannie drapała się w różnych miejscach, swędziało ją całe ciało, piekło z rozpaczy serce. Tylko ona nie wiedziała, że to, co boli i odbiera jej prawa do dziecięcej radości, nazywa się rozpaczą. Nazywała to niezadowoleniem, bardzo delikatnie. Kiedy Malinka przytulała się do mnie, natychmiast pojawiały się u mnie pierwotne kobiece instynkty. Nie chciałam tych uścisków, bo były nieprzyjemne. Broniłam się przed nimi wewnętrznie, mimo to przełamywałam się i oddawałam jej sercu siebie. Ona dziękowała mi szczerym, skromnym uśmiechem i błyszczącymi zielonymi oczami. Wiedziałam, że w jej wywróconym do góry nogami świecie, nikt jej tego nie da. Dorze wiedziałam, że w środku ta umiejąca kochać i tęsknić dziewczynka jest strasznie głodna miłości. Miłości, jaką może dać tylko nauczycielka przedszkola, gdy zawiodą najbliżsi.

***
Gdy wracałam z pracy, musiałam od razu iść pod prysznic. Przesiąkałam bólem małej Malinki. I musiałam ten ból i tę niesprawiedliwość z siebie zmyć, aby móc dalej normalnie żyć. Zaniedbanie godzi w duszę najdotkliwiej. A zaniedbanie dziecka potrząsa sercem najboleśniej. W ciepłym miękkim kocyku, z nosem przyklejonym do jaskrawych stron ukochanych bajek moich dzieci, tuliłam długo mojego synka. Swoje bladoróżowe policzki wtuliłam w jego jasną puszystą czuprynkę. Pachniał oryginalnie, nietuzinkowo, cudownie. Pachniał dzieckiem. To była przyjemność, to było zadowolenie, to był kontrast. Świat jest pełen kontrastów, w których odbija się światło nauczycielki przedszkola.

***
Pani Magdy nie będzie cały tydzień. Nie ukrywam, że wolałabym, aby to pani objęła zastępstwa do końca tego tygodnia. Ufam pani, że da sobie pani radę. Mam rację? – nie sprzeciwiałam się Dyrekcji. Zaciskałam w pięściach jakieś 3 procent żalu, może ciut więcej. Nie chciałam.

Czy to wina małej Malinki, że jest zaniedbana? Dzieci są przecież zwolnione z obowiązku „pamiętania za dorosłych”. Na tym polega dzieciństwo. Na zaufaniu dorosłym, na tymczasowym usprawiedliwionym braku odpowiedzialności. Malina ma dopiero 4 lata, jest jeszcze sporo czasu, aby nauczyć ją norm i reguł rządzących światem, aby nauczyć ją dbania o samą siebie.

Przełamywałam swoją niechęć i zamieniałam jej odcień na bardziej naturalny. Rozwadniałam tę bezbarwną przestrzeń dziewczynki jasnymi kolorami dzieciństwa, jakie znałam z opowiadań swoich dzieci. Kupiłam grzebień. W autobusie spierałam się sama ze sobą, że to nie do mnie należy. Ale jakaś cząstka mnie, jakiś mały odłamek tej potwornej niechęci, odpadł wreszcie od wielkiej konstrukcji rozsądku i subtelnego wychowania w tonie znakomitych manier i wyszukanej kultury. W torebce wiozłam starannie poskładaną sukienkę Martynki, z której moja córeczka już wyrosła, i na której spośród całej plejady cekinów, został tylko jeden. Może ten nieszczęsny brak zrekompensuje ładny zapach ciepłego wiatru, na którym suszyłam różową sukienkę i ten róż? To nie twoja sprawa, Iza… – to głosy, dla których nie wystarczyło już miejsca w głowie, dlatego przeniosły się do serca. Tu znalazły o wiele więcej zrozumienia i siły, aby usprawiedliwić moją zawodową etykę, którą naruszyłam bez pytania o konsekwencje.

***
Rozczesałam bałagan na głowie i z każdym kosmykiem Malinowych włosów dostrzegałam, że są w dotyku miękkie i mają ciepły, złoty odcień. Zaplotłam dwa długie warkocze i zawiązałam na końcach dwie różowe błyszczące kokardy. Umyłam policzki i wydobyłam z nich rumiane pragnienie posiadania mnie na wyłączność. Odnalazłam to, czego szukałam: łagodność skrywaną w rysach małej dziewczynki, odrobinę smutku w o wiele za dużym rozmiarze i uznanie dla swojego nowego „ja” w lusterku. Kiedyś będzie kobietą – oby tylko zdążyła odkryć tę należącą się jej prawdę. Oby nie minął jej czas na tę osobistą przyjaźń ze swoim wdziękiem, urodą i harmonią. Nie miała szansy na znalezienie przyjaciół, nie dostała od swojej mamy szansy na ułożenie sobie życia według wzoru miłości do samej siebie. Bo to miłość jest napędem do życia!

Jeśli nie pokochamy najpierw siebie, nie zaakceptujemy w pełni swoich wzlotów i upadków – nie będziemy szczęśliwe i nie sprostamy, aby dać szczęście innym. O tym najlepiej wiedzą kobiety, o tym pamiętają nauczycielki przedszkola.

Po tygodniu przełamywania lodów Malinka patrzyła na mnie inaczej. Chyba odnalazłam w jej oczach zbyt dorosłą elegancję i spór, jaki prowadziła z samą sobą. Wahała się, czy przyjąć sukienkę i kokardy. Zdradziła tym wahaniem apodyktyczny charakter swojej mamy, jej sprzeciw wobec chęci pomocy i kruche przekonanie, w które sama nigdy nie wierzyła: że obie z mamą sobie poradzą.

***
Kobieta we mnie ubrała Malinkę w różową sukienkę. Z największą troską mama we mnie wplotła błyszczące kokardy w kasztanowe kosmyki marzeń o byciu choć raz królewną. Ja, nauczycielka, usłyszałam, jak śmieje się do mnie mała Malinka. W jej różowym jak maliny uśmiechu słychać było najpiękniejsze słowa, jakie człowiek może podarować drugiemu człowiekowi: kocham cię. Nawet najmniejszy największemu. Każda z tych trzech kobiet szeptała mi w sercu to samo:

nie zapomnij, dlaczego tu jesteś.

Jeśli nie zmienię czegoś w świecie dzieci, nikt tego za mnie nie zrobi. Jestem nauczycielką przedszkola. Mam jeszcze sporo do zrobienia. To szlachetny i godny pozazdroszczenia cel: przemieniać świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.