Razem możecie „przenosić góry”

Przeżycia nauczyciela są ubogie i niekompletne,
jeśli zabraknie w nich uśmiechu dziecka.

Budzą zaciekawienie pieszych i kierowców. Jedni przystają, inni odwracają za nami głowy. Patrzą uważnie, są wyraźnie zainteresowani. Małe dzieci swoim beztroskim wyglądem mobilizują dorosłych do uśmiechu. Głośne rozmowy przedszkolaków pozytywnie nastrajają samopoczucie przechodniów mimo szaroburego poranka. Gdy 24 krasnoludków w zielonych odblaskowych kamizelkach przekracza jezdnię, to już istna uczta dla oczu. W krajobrazie miasta, w pośpiechu przechodniów i aut, wynurza się scena codzienności. Na mokrym od deszczu wąskim chodniku występują przedszkolaki dla zmęczonych jesienną aurą dorosłych widzów. Zamiast braw otrzymujemy garść dobrych słów zmieszanych z uznaniem. Czuję się obserwowana, przyglądają mi się starsi i młodsi. To normalne – dodaję sobie odwagi godnej aktorki. Przecież w głowie im się nie mieści, kto mógł zabrać 24 przedszkolaków uzbrojonych w ciepłe kurtki, czapki i szaliki po same nosy. W dodatku tramwajem miejskim.
Ja zabrałam. Na przekór zimie, ciekawskim spojrzeniom, wszelkim wątpliwościom. Nie do wiary! – słyszę za plecami, Takie maluszki – no właśnie, jakie? Niecierpliwe, mądre, roszczeniowe, dzielne, nieposłuszne, posłuszne… Cieszą, złoszczą, zadziwiają, irytują, wzruszają. One kochają swoją panią. Tak, nie do wiary. Te dzieci są nadzwyczajne.

Wchodzimy do środka. Są zaniepokojone i widzę zaskoczenie na ich twarzach. Rozglądają się, zagapiają, są niespokojne. Przypominają mi młode źrebaki odłączone od matek, wypuszczone na wolne pastwisko: niezwykle czujne, wystraszone, skupione, gotowe do ucieczki. Na ile wystarcza mi rąk, obejmuję zadarte w górę małe główki, sięgam najwyżej do drugiej pary. Reszcie dzieci posyłam swoje troskliwe spojrzenie. Jestem trochę spięta, mnóstwo tu ludzi. Grupy starszych dzieci wychodzą, inne młodsze czekają w kolejce do szatni. Moje czterolatki wyglądają na najmłodszych gości Teatru. Znajduję wolne miejsce tuż przy szatni dla dorosłych. Liczę wszystkich. Jest 24. Staram się ogarnąć ich wzrokiem i tym samym proszę, aby skupili się jak najbliżej siebie. Znowu liczę. Tak będzie do momentu, aż nie wrócimy ze spektaklu do przedszkola. Będę liczyć ich w kółko.

Moi kochani. Tu jest bardzo dużo dzieci z różnych szkół i przedszkoli. Musimy uważać, aby nikt z nas się nie zgubił. Proszę, abyście pilnowali swojej koleżanki lub kolegi z pary. Jeśli się rozłączycie, proszę natychmiast powiedzieć o tym mnie albo pani Zosi. Teraz zdejmijcie proszę kamizelki, zbierzemy je od was.

To pierwsze wyjście moich podopiecznych.  Wyjście do „wielkiego Teatru”. Obserwuję panią Zofię. Jest nie mniej wystraszona niż dzieci. Słucha uważnie każdego mojego słowa, naśladuje moje gesty. Porusza się tylko w przód i w tył, tworząc jakby swego rodzaju zasłonę bezpieczeństwa oddzielającą dzieci od reszty świata. Uśmiecham się szczerze i nawet nie wiem, czy ona dostrzega ten uśmiech. Cieszę się, że pracujemy razem. To takie ważne, aby móc polegać na sobie. Gdy tworzy się pomost pomiędzy nauczycielem a pracownikiem obsługi, rozpoczyna się współpraca. Z dobrej współpracy korzystają przede wszystkim dzieci. Pani Zofia czuje się doceniona, gdy widzi, że jej pomoc jest potrzebna. Potrzebna jest dzieciom. A skoro dzieciom, to i mnie.

Co rodzi się w czteroletnich serduszkach, gdy salę wypełnia cisza i ciemność? Na parę sekund zostają zgaszone światła. Mimo to nie zamierzam przestać na nich patrzeć. Tli się blade światełko w głębi sceny. Jest niewielkie, ale pozwala mi dostrzec wszystkich. Skoro dali radę przyjechać tu tramwajem komunikacji miejskiej, pokonać tłum w korytarzu i sześćdziesiąt osiem schodów do sali widowni, dadzą radę i teraz. Razem damy radę. Julia spontanicznie chwyta mnie za rękę, siada na krawędzi fotelika, czeka.

Przedstawienie zaczyna się. Salę wypełnia jasne światło i zwrócone w moim kierunku pytające oczy dzieci. Odpowiadam skinieniem głowy. W moim uśmiechu odnajdują spokój. Wiedzą, że jestem przy nich i będę. I że wszystko toczy się zgodnie z planem. Dzieci odrywają ode mnie wzrok i pospiesznie kierują go w stronę sceny. Ufają mi. Mimo że przygotowałam ich na spotkanie z Teatrem, zachowują się szalenie spontanicznie. Kontrolują mnie, czy nadal jestem w tym samym miejscu i czy mój wyraz twarzy nie zdradza czegoś, na co się nie umawialiśmy. Dźwięki narastającej muzyki chwytają za serce, na scenie pojawiają się pierwsi aktorzy. Potem kolejni. Dzieci prostują się, prawie wstają z miejsc. Muszę cichutko przypominać im o konieczności siedzenia na swoich miejscach, gdyż inaczej zasłaniają widok innym widzom. Pierwsze emocje dzieci są wciąż jeszcze bardzo niezależne: głośno się śmieją, huśtają na fotelach, odpowiadają aktorom zbyt głośno. To naturalne zachowanie. Jestem z nimi na co dzień, rozumiem to. Niesamowite jak przeżywają sztukę całą swoją osobą: lekko kołyszą się w rytm muzyki, kulą w fotelu, albo nieświadomie wstają. Ich wrażliwość jest większa niż przypuszczałam. Martwią się losami bohaterów, marszczą brwi, otwierają buzie. W oczach Julii tłoczą się nieproszone łzy, odbijają się od świateł sceny i przez to wyglądają jak srebrzące się krople rosy. To zaszczyt podglądać ich naturalny, wyjątkowy dla najmłodszych sposób obcowania ze sztuką.

Czuję się odpowiedzialna za ich emocje. Jestem przygotowana na  niepokój Julii, która w nowym miejscu tęskni za mamą bardziej niż zwykle. Będę tłumaczyć, dlaczego gasną światła i łagodzić żywy temperament Kacpra. Jestem nauczycielką przedszkola. Ten zawód wymaga wewnętrznej siły trzech mężczyzn, psychicznej równowagi dorosłego, odpowiedzialności rodzica.

Kameralna sala, w której odbywa się spektakl, dodaje smaku całemu wydarzeniu. Wreszcie mogę usiąść i oprzeć plecy. Już nie uwiera mnie obłęd liczenia, nie uciska ból głowy wywołany porannym płaczem Julii, nie kołatają myśli, jak zaprowadzić 24 dzieci do łazienki. Odkładam na bok torebkę, którą do tej pory kurczowo ściskałam na kolanach. Mój „niezbędnik”, w którym noszę zawsze mokre chusteczki, plastry, bandaż, naklejanki-pocieszanki i notes z numerami tel. do wszystkich rodziców swoich podopiecznych. Razem z torebką odkładam na bok wątpliwości, z jakimi pożegnały mnie koleżanki, gdy wychodziliśmy z przedszkola. Zaczynam się cieszyć z tego, że tu jestem. Jestem z „moimi” dziećmi, z ekipą dzielnych, fantastycznych czterolatków.

Zamykam na moment oczy. Dochodzą do mnie dźwięki, otaczają zapachy, słyszę bicie chyba swojego serca. Rozkołatane. Tak już jest i będzie w tym zawodzie.

Aktorzy poruszają się pomiędzy dziećmi. Niektóre uchylają się, jakby chciały schować się w fotelach, inne aż wyciągają rączki, aby dotknąć ich błyszczących, barwnych strojów. Nagle słyszę, jak delikatnie chichoczą, dostrzegam szeroko otwarte oczy, rumiane policzki. Ich emocje pozostają nieprzewidywalne, w przedszkolnym tłumaczeniu: naturalne, dla nas, dorosłych, niedostępne. Co tak naprawdę ich cieszy i skąd czerpią ogromne zapasy tak pozytywnej energii? Dlaczego upierają się przy swoich racjach i nie pozostawiają miejsca na kompromis z dorosłym? Rąbka tajemnicy swoich dziecięcych sekretów serca uchylają jedynie swoim nauczycielom. Mam ogromne szczęście. Widzę ich w sytuacjach całkiem dla nich nowych, jak dziś w Teatrze. To jak być świadkiem pierwszych kroczków swojego synka. To budzi ogromne emocje!

Świat dorosłych kompletnie nie pasuje mi do tej chwili. Dzieci są absolutnie szczęśliwe.

***
Dzieci potrafią szczerze wyrażać swoje zadowolenie. Nie umieją udawać. Kocham panią! – to małe rączki Adrianny oplatają mnie niezdarnie. Dołączają się pozostałe dzieci. Czuję, że nie utrzymam równowagi i zaraz wszyscy się przewrócimy! Zabawę przerywa znane, dość stanowcze, z nutką słońca w wyrazie: Dzień dobry! i jednocześnie ratuje nas przed wielką katastrofą na dywanie. Odwracam się, odpowiadam: Dzień dobry, Dyrekcjo. Chcę przeprosić za hałas w sali, który zapewne przyciągnął uwagę pani dyrektor, ale zanim zdołam zebrać odpowiednie słowa, słyszę:

Chciałam pochwalić dzielne i odważne czterolatki, które odbyły swoją pierwszą wycieczkę w tak wyjątkowe miejsce, jakim jest Teatr. Słyszałam od waszej pani, że sprawowaliście się wzorowo i z nikim pani Izabela nie miała kłopotu. Myślę, że w tej sytuacji zasłużyliście na nagrodę. Niech będzie to dla was zachęta na dobre zachowanie podczas kolejnych wycieczek. Cieszę się pani Izo, że bezpiecznie, w tak wesołej i pogodnej atmosferze wróciliście. Gratuluję. Musze przyznać, że miałam pewne wątpliwości, ale przekonała mnie pani w stu procentach. Zostawiam pani na biurku informację o planowanym spektaklu muzycznym w Domu Kultury. Miałam objąć tym wydarzeniem tylko grupy starsze, ale myślę, że w tej sytuacji możecie również dołączyć i wy. Zostawiam pani notesiki z naklejkami dla dzieci. Proszę rozdać małym bohaterom dzisiejszego dnia. I proszę podziękować w moim imieniu również pani Zofii. Cieszę się, że tworzycie tak zgrany duet.

Drobne gesty, wielkie słowa innych sprawiają, że nasze zawodowe życie nabiera sensu i wyjątkowego blasku.

***
Dzieci potrafią być bardzo dzielne. Jeśli będziesz dla nich silnym autorytetem, nie zawiedziesz ich i będziesz ich wspierać w każdej sytuacji, będą Cię słuchać. Jeśli udowodnisz im, że jesteś empatycznym nauczycielem, cierpliwym i konkretnym, pomogą Ci w realizacji Twoich zawodowych planów. Nie wymagaj od nich, aby postępowali tak jak tylko Ty tego chcesz. Posłuchaj, co mają do powiedzenia, umiejętnie uznaj ich racje. Dzieci wiedzą, że zależy Ci na końcowym efekcie. Uwierz mi. Jeśli one pokochają w Tobie nauczyciela, otworzy się przed Tobą ogromna przestrzeń do pracy w towarzystwie największej satysfakcji. A jeśli dodatkowo dzieci odnajdą w Tobie przyjaciela, to razem możecie „przenosić góry” w tym zawodzie. Zadbaj o to już dziś. Bądź bliżej nich. Bliżej dziecka.

Wypełniając kartę wycieczki przed wyjściem z przedszkola ani raz nie wątpiłam w to, że sobie poradzimy. I  że czekają nas wspaniałe przeżycia.

***
Iza, zejdź prędko na dół! Czeka na Ciebie „tłum” rodziców.

? – pytająco unoszę ramiona.

Nie wiem, naraziłaś się? – koleżanka mruga do mnie okiem.

Zbiegam po schodach. Mama Julii nie pozwala mi nawet powiedzieć dzień dobry:
Pani Izo, w imieniu rodziców chcieliśmy pani bardzo podziękować za wczorajszy dzień. Dzieci były zachwycone, a my razem z nimi. To dzięki pani nasze dzieci mają okazję wspaniale się rozwijać. Uczy ich pani samodzielności i zaszczepia pasje w sposób, na który my nie mamy czasu. Jesteśmy wdzięczni i pełni uznania dla pani sposobu pracy z naszymi dziećmi i fachowej umiejętności docierania do wszystkich wychowanków. Służymy pomocą i wsparciem dla pani wszelkich przedsięwzięć związanych z twórczym i kulturalnym rozwojem naszych pociech. Proszę nam tylko wyznaczyć kierunek, w którym mamy zacząć działać. Jeśli pani wskaże nam nowy cel ukulturalniania naszych maluchów, mówimy z pełną odpowiedzialnością, że wyrażamy zgodę. I chętnie pomożemy w jego realizacji.

To ja mam wskazać? Kierunek? Ja nie zastąpię 25 rodziców. Jestem „tylko” nauczycielką przedszkola. Jestem upartą nauczycielką przedszkola. I chociaż raz ta moja „upartość” znalazła sprzymierzeńców.

Udało mi się nie tylko wyjście do Teatru z grupą czterolatków w środku pochmurnego tygodnia. Udało mi się coś znacznie więcej: zdobyłam zaufanie rodziców moich podopiecznych. Przekonałam dorosłych do podejmowania wyzwań przez ich czteroletnie dzieci – bo warto, bo przez to się uczą, zdobywają moc doświadczeń. Przekonałam rodziców do siebie, bo bardzo zżyłam się z ich dziećmi. Jestem nauczycielką przedszkola. Muszę wierzyć w swoich wychowanków, inaczej moja praca straci sens. W tym zawodzie wzajemne zależności pomiędzy nauczycielem a jego uczniami wybiegają poza granice jakichkolwiek wyjaśnień, nawet literackich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.