Ta lepsza część nas

Ta lepsza część nas odzywa się zawsze we właściwym momencie,
gdy tracimy grunt, gdy za rogiem serca czai się zwątpienie
i pytanie o sens zaangażowania rozmiarów bezkresnych oceanów…

***
Zbiegam po dwa schodki. Przy przedostatnim ziemia usuwa mi się spod nóg i ląduję na twardej, zimnej posadzce, z której pani Zosia co parę dni ściąga szafirowy dywanik w celu poddawania go rutynowej kontroli czystości. Robi mi się gorąco i mdło, a ból w lewym kolanie rwie moje samopoczucie na strzępy.

***
W swojej obowiązkowości i pedantyczności pani Zosia nie miała sobie równych, ale też nie należało nadużywać jej zamiłowania do porządku. Wedle jej złotej zasady „spiesz się powoli”, potrafiła w długim monologu oddać całe swoje zmęczenie zmieszane z poświęceniem, wobec którego nie można było znaleźć sensownych argumentów. W roli partnera do rozmowy była równie przekonywująca jak w swoim zawodzie. To ona mówiła, że szatnia jest „wizytówką naszego przedszkola”. Miała rację. W holu szatni rozgrywały się każdego dnia sceny rozstań, trudnych pożegnań, nadziei, euforii i szczęścia. To stąd wszyscy rozchodzili się na cztery strony świata i po całym dniu żeglowania po morzach zawiłości, po prostu wracali do siebie. To tutaj rodziców i dzieci witały zabawne rysunki, zapach drożdżowego ciasta i czas, na który nie mogli pozwolić sobie w ciągu dnia. Sala była dopiero kolejnym aktem w teatralnej hierarchii rodzinnych wydarzeń. Pani Zosia uważała, że szatnia powinna być schludna i zadbana, bo w takim otoczeniu łatwiej pożegnać się kochającym się ludziom. Lubiłam tę starszą panią, nadzwyczaj elegancką i nietradycyjną. Jej styl bycia adekwatny do wieku znakomicie mi odpowiadał, chociaż wiele razy zastanawiałam się, dlaczego.

***
Nie będę spierać się, czy lepiej, aby szafir dywaniku odbijał się teraz w moich oczach, ratując moje kolano przed potężnym stłuczeniem, czy powinien leniuchować w ciepłym słońcu na werandzie kuchni… Nie będę polemizować z panią Zosią. Nie wygram.

***
– Pani Izabelo, pan Rachowicz przyszedł!!! – głos pani Zosi usłyszałabym nawet na końcu świata, nie ruszając się przy tym z miejsca. Swoją złotą zasadę wdrażała w życie niezależnie od sytuacji, toteż stojąc jedną nogą w progu sali, niecierpliwię się, nasłuchując odgłosów unikatowych pomarańczowych drewniaków.

– Jestem, pani Izo, podlewałam jeszcze kwiaty na półpiętrze, wie pani, nikt już nawet o kwiaty nie ma czasu zadbać… Leć pani do tego Rachowicza, bo on w miejscu ustać już nie może, a dopiero przyszedł, tak się ludziom dzisiaj spieszy…

Pani Zosia miała dar obserwowania ludzi.

– Wiem, wiem, pani Zosiu, znam pana Rachowicza, on nigdy nie ma czasu… – dodaję, ale raczej do siebie i pod nosem, bo wypadam z sali jakbym miała przed sobą jakąś misję do spełnienia. Biegnę, a raczej lecę, bo umówić się z panem Rachowiczem graniczy z cudem.

***
Zmieszana i  oblana rumieńcem, staram się ukryć zażenowanie i odnaleźć długopis, który wystrzelił z mojej ręki jak fajerwerki obiecujące dobry rok…

– Proszę, to chyba należy do pani…

– Dziękuję, dzień dobry panu – odpowiadam i z trudem zdobywam się na lekkie dygnięcie w stronę starszego mężczyzny, u którego brak reakcji zmieszany ze współczuciem zaskoczył zupełnie nas oboje.

Mobilizuję się i próbuję przypomnieć sobie wszystkie przyjemne chwile, które zdarzyły się w ostatnich trzech dniach mojego życia, podobno to pomaga, taka pozytywna afirmacja. Pomaga, ale tylko na chwilę, bo stłuczone kolano daje znać o sobie z coraz większą siłą.
Ruchem ręki próbuję zagrać jak świeża aktorka gest lekceważenia, dając mu do zrozumienia, że czuję się świetnie, a ten incydent z długopisem absolutnie mnie nie dotyczył. Nie ma czasu na diagnozowanie rozmiarów mojego nieszczęścia, sądzę, że zeszłoby nam do północy. Do sedna, Iza, nie czas i nie okoliczności na sentymenty.

– Bardzo proszę o podpisy tu i tu. Chodzi o pana zgodę na uczestnictwo syna w warsztatach plastycznych, które odbywać się będą w styczniu na terenie naszego przedszkola.
Dziękuję, to jedna sprawa. Potrzebuję jeszcze potwierdzenia pana w formie podpisu, o tu, pod moim nazwiskiem, na udział Konrada w konkursie recytatorskim, który odbędzie się poza naszą placówką. Jedziemy w przyszłym tygodniu. Prosiłabym o dwa ulgowe bilety i kurtkę przeciwdeszczową dla Konradka. Zapowiadają przelotne opady, sprawdzałam prognozy.

– Biurokracja… Po to mnie pani z pracy ściągała?  – rzuca mimochodem, nie biorę tego do siebie. Bije mi serce, gdy mówię o konkursie, martwię się o Konrada, aby nie zjadła go trema, aby zechciał pokazać swoje umiejętności, które odkryłam u niego całkiem niedawno. Ojciec nawet się nie ucieszył.

– Dzień dobry, pani Izo! Tak się cieszę, że panią widzę! – starsza pani, urocza babcia w kapeluszu z pięknym rondem wpada we mnie z całą siłą swojej serdeczności i ściska, nie przestając mówić:

– Nie zdążyłam jeszcze podziękować pani osobiście za przepiękne przedstawienie! Widzi pani, naszemu pokoleniu obce jest współczesne nauczanie, pewne rzeczy stają się niezrozumiałe, innych nie chcemy przyjąć. Ale patrząc na panią, jak świetnie organizuje sobie pani grupę i jak dzieci chętnie z panią współpracują, razem z mężem nie mamy wątpliwości, że nasza Rozalka lepiej nie mogła trafić!

Ojciec Konrada wreszcie się uśmiechnął, jednak trwał ten uśmiech zaledwie ułamek sekundy. Jego zniecierpliwienie zdiagnozowałam tym razem po pospiesznym pstrykaniu końcówką długopisa, którym nieczytelnie zaakceptował regulamin. Skinieniem głowy poinformował mnie, że skończył studiować trzystronicowy arkusz jakieś dwie minuty temu i na który…

– …jak im nie szkoda papieru? – mam ochotę coś krzyknąć, ale tylko się uśmiecham, odbierając podpisane kartki. W tym samym momencie widzę, jak z sali naprzeciwko pędzi prosto na mnie mała Julka w jednym bucie, ale za to z gumowym czubkiem, który uderza z całą siłą w moją bolącą kostkę. Jej cieplutki policzek koi drażniący prąd, który przeszył moje ciało z góry na dół. Julcia otula mnie lepkimi rączkami z dżemu, a jej serduszko niemal odbija się od mego nerwowego oddechu i zaczyna współgrać tak muzykalnie i wcale nie cicho. Dzieci, ta druga, lepsza strona tego zawodu…

– Julcia! Przecież twój pingwin jest w szufladzie, wracaj prędko do swojego leżaczka! – rozbawienie Magdy mówiące o chęci wymiany ze mną paru zdań, spotyka się z bezsłownym gestem zakazu otwierania ust w moim kierunku pod rygorem wybuchu emocjonalnej wojny. Magda wycofuje się taktownie, pokazując Julce palec na ustach. Ja z trudem schylam się po rozrzucone papiery.

– Pani Iza!! – rozlega się ponownie na całą szatnię radosne piśnięcie Julii, której najwyraźniej bieganie w jednym bucie sprawia przyjemność. Mijają cenne cztery minuty, w których przypadkowa sytuacja wyprowadza nieco z równowagi pana Rachowicza i mnie, ale mnie na razie do towarzystwa.

– Mam tu jeszcze aneks do umowy, o której pan rozmawiał z Dyrekcją w zeszłym tygodniu… Udało się zmienić godziny pobytu Konrada w przedszkolu, proszę tylko podpisać, że akceptuje pan warunki umowy i wpisać dzisiejszą datę… Bardzo proszę przeanalizować, sprawdzić dane…

– A tak przy okazji, od przyszłego miesiąca zmienia nam się opiekunka, miałem do pani nawet dzwonić w tej sprawie… Proszę zapisać sobie jej imię i nazwisko.

– W takim razie proszę o wypełnienie druku upoważnienia. Powinien pan wpisać imię i nazwisko opiekunki, numer dowodu i czy istnieje stopień pokrewieństwa pomiędzy synem a nianią. Na końcu proszę potwierdzić zgodność danych swoim nazwiskiem…

– Czy wyście powariowali z tą biurokracją? To jest przedszkole czy bank?! O co tu chodzi w tym wszystkim?!

– Wyłącznie o bezpieczeństwo, proszę pana.

Wznosząc oczy do nieba, mężczyzna w nienagannym stroju z granatową teczką i parasolem, spogląda na zegarek. Kręcąc znacząco głową i patrząc raczej nie z sympatią, może ciut z politowaniem, a może z niedowierzaniem, wyciąga notes z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Przez cały ten czas oboje stoimy, podpierając dziecięce szafki, proponuję więc, abyśmy usiedli, ale pan Rachowicz opuszcza lekko okulary, nie zdejmując ich jakby chciał mi powiedzieć, że nie zamierza spędzić tu więcej czasu…

Nagle jak grom z jasnego nieba i to właśnie wtedy, kiedy udało mi się złapać dwa spokojne oddechy, słyszę za moimi plecami:

– Pani Izabelo, proszę natychmiast podejść do Kancelarii. Dzwoni pani z Przedszkola nr 14, proponuje nam darmowy spektakl, gdyż dostali 50 dodatkowych biletów na wyjście w przyszłym tygodniu. Bilety są załatwione przez jednego z rodziców, więc wypadałoby przygotować jakąś formę podziękowań. Zlecam to pani i proszę, aby to pani objęła opiekę nad całym przedsięwzięciem, zresztą Małgosia z czternastki czeka przy telefonie, to przekaże pani wszystkie informacje.

– Dyrekcjo, bardzo przepraszam, ale czy może ta pani przedzwonić później, pan Rachowicz bardzo się spieszy, a ja mam jeszcze do niego dwie sprawy. Specjalnie zwolnił się z pracy, aby do nas przyjść i dopełnić formalności… Na co dzień jest nam bardzo trudno się spotkać.

– Pani Izo, to nie może czekać, zresztą ja za moment muszę pilnie wyjść, pan poczeka, to potrwa parę minut.

– Niech pani idzie… Tylko ostrożnie – dodaje, a jego oczy uśmiechają się i nie wiem już, czy tę jego troskę odebrać jako rękę na zgodę czy celną i złośliwą aluzję, a może jako test moich sił w sprostaniu absolutnie wszystkim obowiązkom nauczycielki przedszkola?

Wracam z Kancelarii, mobilizując wszystkie swoje siły do walki z bólem nogi. W tym samym momencie babcia Rozalki otwiera usta, aby wdać się ze mną w dyskusję na temat współczesnej edukacji, ale widząc przynajmniej dwóch interesantów plus jednego za drzwiami, dzwoniącego domofonem na całe gardło, taktownie się wycofuje.

– Zaraz, zaraz, mówiła mi pani o tym konkursie we wtorek? I jak pani to zorganizuje? – Dyrekcja zwraca się do mnie, nie patrząc w moim kierunku, jest zajęta wystukiwaniem numeru na telefonie komórkowym.

– Zamieniłam się z koleżanką zmianami. Jadę rano na konkurs z Konradem, a potem będę w pracy na popołudnie – odpowiadam i jednocześnie studiuję poprawność upoważnienia pana Rachowicza.

– Świetnie się składa, pójdzie pani z grupą szóstą i czwartą na ten spektakl w takim razie w środę. Proszę tak samo przyjść rano, a po powrocie obejmie pani swoją grupę. To proszę o tym pamiętać i wypełnić kartę wyjścia. Zostawi mi pani rano do podbicia… No dobrze, już nie przeszkadzam, aha jeszcze jedno, wolałabym, aby obecny numer gazetki przedszkolnej przyniosła mi pani w poniedziałek, zdąży pani przez weekend, prawda? Musimy to przyspieszyć, bo w czwartek przychodzi pani z kuratorium i dobrze by wyglądało, gdyby ukazał się już numer na ten miesiąc. Da pani radę?

– Oczywiście Dyrekcjo, gazetka jest już prawie skończona – to fikcja.
Jest niezaczęta – to prawda. Tak jakby chce mi się płakać… trochę. W środę miałam umówioną wizytę Martynki na rehabilitację. Świetnie.

Ojciec Konrada zdejmuje okulary i przygląda mi się uważnie. Jestem nieco skrępowana tym filtrowaniem mojej osoby, udaję więc pochłoniętą sprawdzaniem podpisów.

– …i ostatnia już rzecz to uzupełnienie peselu Konrada, o tu… W piątek będą robione zdjęcia dzieci do kalendarzy noworocznych, jeśli życzą sobie państwo, aby synek miał zdjęcie w eleganckim stroju, proszę przynieść w siateczce, a ja pomogę mu się przebrać na same zdjęcia…

– O! Świetnie, że pani mi przypomniała! – dyrekcja jakby tylko na to czekała. Mam wrażenie, że ona słyszy nawet przez zamknięte drzwi Kancelarii.

– Ustaliłam, że zdjęcia będą robione w pani sali, na frontowej ścianie. Bardzo proszę, aby pani zdjęła stamtąd dekorację i przygotowała salę pod tym kątem…

Nie potrafię stwierdzić, czy to kropla łzy upadła mało dyskretnie z mojego oka na jedną z kartek i rozbiła się o krawędź, o którą łatwo przeciąć sobie palca… Czy to pani Zosia podlała za mocno kwiaty i przy podmuchu ciężkiego powietrza, wylała się z talerzyka woda? Wczoraj zostałam specjalnie po pracy i ponad godzinę przypinałam prace plastyczne dzieci na poniedziałkowe zajęcia otwarte dla rodziców… Galeria jest przecież taka piękna, włożyłam w jej przygotowanie tyle serca i cennego czasu. Dzieci pomagały mi wykonać ramki do prac, teraz muszę ją zdjąć. Muszę też iść do lekarza z moim kolanem, nie mogę nie przyjść do pracy w przyszłym tygodniu.

Magda wychyla głowę zza drzwi i jednoznacznie mierzy mnie wzrokiem, w którym jest tylko jedno pytanie: jeszcze tu jesteś?!

Nie teraz, Magda, nie teraz, proszę… – odpowiadam bez użycia słów kręcąc przecząco głową. Magda doskonale wie, że kiedy przygryzam dolną wargę, jest mi źle…

***
Kiedy usłyszysz pewnego dnia, że przedszkolanki nic nie robią, tylko piją kawę, obejrzyj się za siebie, kto to powiedział. Popatrz mu w oczy i powiedz, że ma ubogą wiedzę o tym, co ważne i że nie ma pojęcia o najbardziej pracowitym zawodzie świata.

A jeśli spyta cię, dlaczego?

Odpowiedz i nie przestawaj patrzeć mu w oczy. Patrzenie w oczy jest gwarancją szczerości:

Bo oprócz umiejętności, wiedzy i zamiłowania, angażujemy dzielne serca i delikatne dusze, które mimo zmęczenia opowiadają dzieciom nadal najpiękniejsze baśnie. Tonąc w formalnościach, ulegając niezliczonym przeciwnościom i stając wobec niewygodnych konieczności, chwytamy się miłości, bo doskonale wiemy, że jej nie zdołamy się oprzeć. Kiedy się kocha, łatwiej jest się dostosować nawet wtedy, kiedy cały świat sprzeniewierzy się przeciwko tobie.

Po morzach publicznych i medialnych wątpliwości oraz powszechnych opinii, jakimi targany jest ten zawód na prawo i na lewo, nauczycielki przedszkola dryfują na łodziach z solidnego drzewa. To drzewo o połyskującej korze, rozłożystych gałęziach i mocnych korzeniach. Wyselekcjonowany gatunek, nie zatonie nawet podczas osobistych sztormów, przegranych euforii, silniejszych przypływów czy braku grawitacji na schodach. Nawet, jeśli łodzią zachwieje bardzo mocno i jeśli zaczniesz się zastanawiać: czy warto?, nie zatoniesz.

Bo gdy wszystko wypada nagle z rąk, zostaje w nich coś jeszcze: zostaje ciepło serca, przy którym dzieci ogrzewają dłonie jak przy rozgrzanym kominku w środku surowej zimy. Zostaje świadomość, że trzeba unieść się ponad to wszystko co niewygodne, ponad swoje słabości i gorszy splot okoliczności. Praca w tym zawodzie daje duże nadzieje na to, że świat ma szansę się zmienić. Zmienić dzięki nam, nauczycielkom przedszkola…

Jeden komentarz do “Ta lepsza część nas”

  1. wspaniały blog! Zainspirowane pracą w mądry sposób, ale pełen ciepła , zaangażowania opowiadają o swojej pracy , dziś to tak rzadkie, w czasach wyścigu szczurów, bezrobocia. … Przypominacie samego mistrza Korczaka

Pozostaw odpowiedź Katarzyna Wos Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.