To będzie wtedy mój sukces

Wchodzę do swojej sali. Zapalam światła, uchylam okna. Sprawdzam, czy szafki mają sprawne zabezpieczenie. Czy pinezki nie są wbite w tablicę zbyt nisko, czy szafa z nożyczkami i plasteliną jest zamknięta na klucz. Kiedy przybywa moja trójka dzieci, nie witają się ze mną uśmiechem. Nie krzyczą od drzwi: „Pani, kocham cię”, nie gładzą moich włosów. Kacper od razu biegnie do pudła z klockami i wyrzuca je wszystkie na siebie, po czym rozkopuje je po całym pomieszczeniu. Tola przez chwilę kręci się w kółko wymachując rączkami, a Grześ od razu siada w swoim ulubionym kącie i obserwuje z niego nas wszystkich, bucząc. Jestem nauczycielką przedszkola. Siadamy więc gromadnie do śniadania. Muszę dać je wszystkim jednocześnie, inaczej rozpocznie się histeria trudna do opanowania nawet przez godzinę. Grzesia i Tolę trzeba karmić; dobrze, że mam pomoc. Ja zabieram się za Grzesia, koleżanka za Tolę, na zmianę pomagając Kacprowi i biegając za nim po sali, bo często zdarza mu się uciekać od stołu. Za chwilkę idziemy do łazienki na poranną toaletę: zmieniamy pieluchy, próbujemy przekonać dzieci, aby pozwoliły nam włożyć szczoteczkę z pastą do ust. Teraz pójdziemy na spacer, oczywiście o ile Kacper nie zacznie rzucać się po podłodze. Ciężko utrzymać mu wtedy głowę, żeby sobie nic nie zrobił, a samemu też można zdrowo oberwać. Zresztą Grześ też nie jest pod tym względem lepszy, gryzie i szczypie tak samo mocno. Nauczyłyśmy się już, że nie warto zakładać do pracy kolczyków, bransoletek, spinek ani okularów, a ubrania po jednym dniu lądują w pralce. Po spacerku prowadzę zajęcia. Szkoda, że nie mogę zrobić tego dla wszystkich dzieci jednocześnie. Indywidualnie z każdym dzieckiem wyklejam, lepię z plasteliny (najniebezpieczniejsze, najczęściej ląduje w buzi), maluję. Nagradzam każdy nawiązany kontakt wzrokowy, każde spojrzenie w stronę wykonywanej pracy, każde dotknięcie kredki czy pędzelka. Dzieła wykonane, można zawiesić na tablicy. Byle nie za nisko, bo Grześ podejdzie i zerwie. Co chwilę sprzątam salę, choć co chwilę wygląda, jakby przeszło w niej tornado. Tola jest bardzo nieskoordynowana ruchowo, może się potknąć i upaść na buzię. Zaraz zaczną się terapie, trzeba przygotować dzieci i zagospodarować czas tym, które w tej chwili zostają ze mną. Przynoszę świecące piłeczki i różdżki; to był strzał w dziesiątkę, zainteresowali się. Po obiadku odpoczywamy, choć najczęściej próbujemy to robić. Kacper się denerwuje, biega po sali. Trzeba go mocno trzymać, i wtedy bardzo krzyczy. Ale pozostała dwójka chciałaby zasnąć. W końcu Kacper też zasypia. Mam chwilę na wypełnienie dziennika. Zaraz zaczną się kolejne terapie, więc nie ma zbyt wiele czasu. Kacper wychodzi, zostaję z Grzesiem i Tolą. Choć mam tylko dwójkę dzieci, nie możemy zrobić kółka: trzymam za jedną rączkę Grzesia, a za drugą Tolę, ale oni się nawzajem nie złapią. Trudno, można potańczyć i poobracać się również tak.

Dzień pracy się kończy. Po siedmiu godzinach jestem obolała (szczególnie ręce, bo to tu obrywamy najczęściej, i jeszcze resztki włosów na głowie), zmęczona fizycznie i emocjonalnie. Dlaczego te dzieci nie mają normalnego dzieciństwa, nie cieszą ich zabawki, którymi nie umieją się bawić, nie są zainteresowane ludźmi i zajęciami? Żadne moje dziecko nie potrafi mówić – choć gdyby mogło, na pewno wiele by powiedziało… Wiem, że one wcale nie chcą mnie krzywdzić. Wiem też, że jakąś cząstką siebie, po swojemu, czują się przy mnie bezpiecznie i mnie kochają: czasem przecież przytulają się do mnie, a gdy czegoś się boją to chowają się za mną… Na pewno muszą mi ufać. Wiem też i głęboko w to wierzę, że w jakiś sposób odczuwają radość z tego, co im ofiarowuję każdego dnia: czas, uwagę, miły gest, doświadczanie świata.

Moje dzieci być może nigdy nie powiedzą żadnego słowa. Nie nauczą się, jak prawidłowo myć ręce, oraz że wychodząc na zewnątrz w zimie należy założyć buty. Na ich sukcesy muszę czekać bardzo długo, i wtedy pojawiają się: Grześ coraz dłużej nawiązuje kontakt wzrokowy, Kacper nauczył się segregować klocki kolorami, a Tola nabierać zupę łyżką. Jestem szczęśliwa.

Ja, nauczycielka w Przedszkolu Specjalnym dla dzieci z autyzmem i innymi dysfunkcjami, długo musiałam uczyć się, jak czerpać satysfakcję ze swojej pracy. Każdy dzień jest bardzo trudny, ale też każdy uczy mnie czegoś nowego. Choć jestem nauczycielką bardzo młodą stażem i wiekiem, to widziałam już wiele cierpienia. Dlatego staram się nie poddawać i cieszyć z każdego dnia, cenić zdrowie i wspierać moich przedszkolaków w osiąganiu jak największej sprawności, samodzielności, a tym samym uciechy ich rodziców i spojrzenia przez nich w przyszłość swoich dzieci z chociażby odrobinę mniejszym strachem i niepewnością…
To będzie wtedy mój sukces.

Indianka

***
Tekst został nadesłany na konkurs:

opowiedzswojahistorie_baner

Dowiedz się więcej o konkursie:
www.blizejprzedszkola.pl/przemieniamswiat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.