W piaskownicy

Dziecko może nauczyć dorosłych trzech rzeczy:
cieszyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym
i domagać się ze wszystkich sił, tego czego się pragnie.

Paulo Coelho

***
Pawełku, przyszła mama!

Czy to chłodniejszy wiatr rozwiał unoszące się w ogrodzie dobre samopoczucie? Czy wygląd brudnego i szczęśliwego Pawła wywołał poczucie winy w zagubionym pięcioletnim sercu? W beztroską przestrzeń małego dziecka wdarł się niepokój i nieuzasadniony gniew. Ta kobieta stojąca naprzeciw mnie to jego mama. Ona zaniedbała zaufanie, które ja budowałam całą zimę. Jego dziecięce, pełne blasku spojrzenie, teraz wcisnął w najdalszy kąt niezrozumienia. Był zbyt mały, aby mógł pojąć sens całego zdarzenia. To nieoczekiwane zachmurzenie tamtego popołudnia kompletnie nas zaskoczyło.

A może to był jeden ze sposobów na życie, którego nie znałam i na który nie byłam przygotowana?

***
Paweł wyniósł z piaskownicy przynajmniej połowę moich wspomnień z dzieciństwa, kiedy godzinami potrafiliśmy siedzieć „zasypani” marzeniami o prawdziwej plaży, ogłuszeni melodią miasta, którą zamienialiśmy w myślach na szum morza i gwarne mewy… Nas otaczał ciepły letni wiatr i ledwie dochodzący szum z autostrady, po której mknęły samochody, pewnie na wakacje… To były czasy! Najwspanialsze. Nasze wakacje zawsze były tutaj. Tu, gdzie byli koledzy z przedszkola, gdzie zakopywaliśmy skarby na „swoim” terenie – na placu zabaw.

Paweł, mama przyszła!

Wyglądał na architekta projektującego własne szczęście. Był zachwycony. Miał pełne kieszenie piasku i brudne kolana. Jego rumiane policzki były różowo-szare, a uśmiech figlarny. W twarzy Pawła urzekał mnie jego zadarty nos, który zdradzał skrywaną w dużych niebieskich oczach pogodę ducha. Byłam pewna, że w życiu tego pięcioletniego chłopca na co dzień gości słońce. Jego pociągający wiecznie nos i triumfalne: a psik!, sprowokowane tańczącymi w nosie ziarenkami piasku, były znamienne dla ujmującej urody chłopca.

Tamtego słonecznego popołudnia, kiedy czas rozleniwił się do granic możliwości i odbijał w blasku letnich promieni, usiadłam na murku piaskownicy. Zgrabne tunele i zamki powstawały w mgnieniu oka pod okiem specjalistów tj. Pawła i jego „załogi” złożonej z kumpli, którzy całkiem mu zaufali, podporządkowali się. Byli zafascynowani tym, co robi „ich szef”, bo tak się do niego zwracali, wzorowali się na nim. Jestem pewna, że ani raz tego nie zauważył i nie wykorzystywał, nie zależało mu na tym. Był zbyt pochłonięty, miał pasję. Przyjrzałam się twarzy i dłoniom chłopca. Były wciąż tak samo zajęte, bardzo niecierpliwe i zaskakująco sprytne. Tato Pawła nie miał wątpliwości, że syn powinien bawić się w piaskownicy i ani raz nie sprzeciwił się tej miłej dla oka radości, która udzielała się nam wszystkim. Dla chłopca zabawa w piasku była chwilą, na którą czekał od samego rana, ubrany i gotowy do wyjścia bez żadnego ociągania się. Tata, za namową Pawła, nie przychodził przed podwieczorkiem, wtedy ominęłoby chłopca popołudniowe wyjście do ogrodu. A na to się nie umawiali.

Jednak z supełków wątpliwości swoją elegancką sukienkę uszyła pewna kobieta. Bywała w przedszkolu bardzo rzadko, ale te parę razy wystarczyło, aby zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Trochę za wcześnie jest mama…To dziwne, zwykle tata przychodzi po Pawła po 15… – mówię do koleżanki, która oddana liczeniu udaje, że nie patrzy i śledzi wzrokiem Małgosię i Stasia szukających najlepszej kryjówki. Kompletnie nie zwraca uwagi na moje zakłopotanie…

Uśmiechaj się, uśmiechaj, uśmiechaj… – powtarzam sobie w myślach, przeczuwając coś i szukając nazwy, określenia dla swoich fruwających w brzuchu uczuć, no sama nie wiem…

Dzień dobry! Pawełek pochłonięty jest budową podziemnego miasta. Powinna pani to zobaczyć! To urodzony architekt! Ma niezwykłe pomysły i fach w ręku! Ręce możecie umyć w łazience. Paweł panią zaprowadzi. To te brązowe drzwi na końcu tarasu – mówię całkiem spokojnie, choć niby nic nie zapowiada zbliżającej się katastrofy…

Zdolności chłopca, jego zapał i zadowolenie udzieliły się również mnie i starałam się zarazić moją sympatią do tej chwili również tę piękną kobietę. Ubrana w jednej, jasnej tonacji: torebka zawsze dopasowana do butów, szpilki do kapelusza z dużym rondem, który dobrze chronił całą twarz przed słońcem. Patrzę na swoje rybaczki: jest na nich klej, żółta farba i nawet przyczepił się kawałek tęczowej bibuły. No tak, dzisiejsze zajęcia, wyklejaliśmy latawce. Aha i plama z kompotu, bo Ania próbując swoich sil w dyżurowaniu, wpadła we mnie niosąc swój kubeczek, w którym pływało „dziwne coś”. Anię nie przekonywały wyjaśnienia, że to truskawka… Więc w sumie to sama wyglądam jak ten latawiec… Przedszkolna codzienność. Znacie to?

Ona jest trochę jak z dawnych czasów, nie uważasz? – pytam koleżankę, ale w odpowiedzi słyszę tylko: dziewięćdziesiąt dziewięć, sto… szukam!!!

No tak… moja przyjaciółka. Zostawia mnie samą na poligonie sprzecznych interesów tych dwojga.

Dziecko! Jak Ty wyglądasz!!!? – mama Pawła była w jednej części niezadowolona, w jednej nieźle wkurzona, a w ostatniej części swojej mocno wyprostowanej sylwetki – chyba zrobiło jej się słabo, bo usiadła, a jej oddech był na tyle szybki i głośny, że zdołałam go usłyszeć stojąc parę dobrych metrów od niej.

Nie wtrącam się.

Mamo!!! Zobacz, jakie zbudowaliśmy z Michałem miasto! A psik! Dokopaliśmy się do ciemnego piasku! A psik! To jest mamo muł, a ten o ten, to piasek taki suchy, a ten jest do niczego, bo przekopały go maluchy i zmieszały trochę z ziemią no i wiesz, z niego już nie da się tak lepić kanałów…

Uczestnicząc na razie pośrednio w całym tym wydarzeniu, o nieco tragikomediowym zabarwieniu, próbowałam dokonać oceny sytuacji. W moim odczuciu: było fatalnie.

Paweł wyglądał jak potworek z bagien, tyle że piach na szczęście pozwalał się posłusznie strzepać z… zewsząd, bo chłopiec był niemal cały pokryty dość pokaźną warstwą suchego piasku. Wyglądał uroczo! Jego ręce zmieniły swój naturalny kolor, teraz miały nieokreślony szarobury odcień. Ale to nie przeszkadzało, aby chłopiec machał do mamy stojąc jeszcze w blokach startowych, w bezpiecznej dla niej odległości. Był uśmiechnięty.

Zachmurzyło się. Zapowiadali popołudniowe, przelotne burze. Prognozy sprawdziły się. Ale obawiam się, że zaniosło się na dłużej, pochmurne popołudnie dawało o sobie znać coraz chłodniejszym wiatrem. W rodzinie tego małego chłopca wojna charakterów, sprzeczności i różnorodność sposobów na życie tworzą istną śmietankę towarzyską, gdzie w ogólnym rozrachunku, rację ma zawsze mama. W środku nawałnicy siedzi mały chłopiec. Pięcioletni. Ma na imię Paweł.

Jego wyróżniające się manualne umiejętności, zmysł planowania, szeroka wspaniała wyobraźnia zasługują na większe zainteresowanie tematem niż tylko jak wyglądają dzisiaj jego paznokcie!

I musiało dojść do wielkiej katastrofy!

Paweł ze swoją charakterystyczną, dziecięcą, ogromną siłą optymizmu, rusza z miejsca i z wrodzoną sobie gracją pięcioletniego chłopca, wpada z impetem i wyjątkową radością w liliową sukienkę swojej mamy.

…w serdecznym uścisku…

zamierają bez ruchu. Kapelusz, już nie tak dopasowany do kształtu twarzy i kąta nachylenia słońca, zsuwa się po prawym policzku eleganckiej pięknej damy. Na jej plecach dostrzegam dwie małe odbite czarne łapki – dowód bezgranicznej miłości, jaką obdarzają dzieci tylko swoje mamy.

Chwila milczenia. Nie wtrącam się. Przecież nie wolno wtrącać się w tak osobistą i czułą chwilę mamy i dziecka. Jak z obrazka… Tylko tak trochę nie mieszczą się oboje na tym obrazku idealnym.

Co ty robisz!!!? Co ty robisz?? – w zasadzie te dwie pytające wypowiedzi nie różniły się natężeniem uczuć, z jakimi ta kobieta wypowiadała każde słowo, ale różniły się wyraźnie siłą rażenia, gdyż drugie pytanie zadane było z o wiele większym niedowierzaniem dla całej powagi tego mrożącego krew w żyłach wydarzenia.

Cieszę się, że przyszłaś!!! Tak rzadko po mnie przychodzisz! Zawsze jest tata, a dziś ty możesz zobaczyć moje podziemne miasto! I kanały! Widziałaś moje kanały!? – ten mały chłopczyk był naprawdę dumny. Dumny z siebie, z mamy, że po niego wreszcie przyszła i z otaczającego świata, że pomógł mu stworzyć takie wspaniałe dzieło, i że w ogóle jest tak super, że ach i och!

Jakie kanały na miłość boską! – mama z rozpaczliwym spojrzeniem spoglądała na swoje różowe szpilki zmieszane z czarną ziemią i świeżym piaskiem mieniącym się w resztkach słońca… W zasadzie trudno znaleźć na stopie warstwę czystej skóry, gdyż Paweł zmuszony koniecznością hamowania, nie wyrobił się przed metą i wpadł w nią ze znamiennym dla mistrzów poczuciem pewnej wygranej.

…no mamo kanały, takie, którymi będzie płynąć woda – Pawełek najwyraźniej nadal wciąż nieświadomy całej sytuacji, brnął dalej na niekorzyść dla całej swojej i tak już przegranej walki o swoje zwycięstwo tj. o prawo do bycia pięciolatkiem.

Jaka woda? To wy tu macie wodę w piaskownicy!?? – nie trzeba być specjalistą, aby odczytać sens tego, o czym myślała na tę chwilę ta już nie tak elegancka pani. Komunikowała sobą tak wyraźnie, że zaczynałam się czuć coraz bardziej niezręcznie.

Oj mamo, ty nic nie rozumiesz! Tak na niby, no chodź, zobaczysz, wszystko ci wytłumaczę!

Mama wstaje z nieudolną chęcią pozostania jeszcze elegancką, ale już wie, że będzie to raczej niemożliwe. Obie wiemy. Chwyta Pawła za ramię i nachylając się w jego stronę, głośno krzyczy… zdecydowanie za głośno:

Posłuchaj mnie. Masz od dzisiaj zakaz zabawy w piaskownicy! Jak się dowiem, że znowu bawiłeś się w tym brudnym, pełnym zarazków piachu, będziesz miał karę! Teraz wniesiesz mi to do salonu, przecież ja nie dopiorę tych ubrań! – ta kobieta jest tak stanowcza, że jej cała uroda ginie wraz z jej pełnym gniewu charakterem, który teraz wychodzi na jaw w pełnej swojej odsłonie.

Ale mamo! Tato mi pozwala!! Co ja takiego zrobiłem?! – Paweł jest bliski płaczu. W zasadzie to już płacze. Jest rozżalony, a mnie jest przykro. No właśnie. Co zrobił?

Wtrącam się. Ale nie dlatego, że to dobry moment. Ale dlatego, że powinnam:
Dzień dobry, jestem nauczycielką Pawełka. Nazywam się Izabela Milewska – podaję jej rękę, ale w odpowiedzi otrzymuję tylko niechętne spojrzenie. Cóż, ja jestem w pracy – nie! Nie jestem w pracy. Jestem z dziećmi. Brzmi lepiej, prawda?

Proszę pani, muszę wziąć Pawełka w obronę. Proszę się na niego nie gniewać, on naprawdę nie chciał sprawić pani przykrości. Jestem pewna, że nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, w jaki sposób pani postrzega całą tę sytuację. Paweł jest moim podopiecznym, jestem z niego bardzo dumna. Mamy niewiele okazji, aby porozmawiać o osiągnięciach pani synka. A jest o czym opowiadać. – patrzę jej głęboko w oczy, nie opuszcza mnie uśmiech. To ja jestem tu górą. Na mnie krzyczeć nie będzie.

Wykorzystuję jej lekkie zdumienie, jakby dopiero teraz zorientowała się, że ktoś obserwował całe zajście i krzyk, jakim przywitała swojego syna.

Wie pani, chłopcy uwielbiają zabawę w piasku, tworzą niesamowite budowle, sama jestem zaskoczona i cieszę się, że mają swoje zainteresowania. Paweł wyróżnia się spośród nich, dowodzi im, a oni bardzo go lubią. Czy pani chodzi czasem z Pawłem na place zabaw?

Wie Pani, ja dużo pracuję… Nie mam czasu… Z Pawełkiem najwięcej czasu spędza opiekunka, albo tata, bo tymczasowo ma przerwę w delegacjach…

Dam pani radę. Proszę w nadchodzącą sobotę dać się skusić na wyjście z całą rodziną na plac zabaw i zaobserwować, do jakiego miejsca na placyku od razu biegnie Paweł. Niech pani zrobi ten jedyny wyjątek i przyjrzy się, z jaką precyzją, skupieniem i radością tworzy. A potem przygotujcie pudełeczko plasteliny, modeliny lub zwyczajnie ciasto np. na ciasteczka. I resztę inicjatywy proszę pozostawić Pawełkowi. Niech pani usiądzie obok i czeka. Proszę posłuchać, jak wspaniale opowiada o tym, co robi. Zaskoczy panią. I proszę tylko patrzeć, ile serca i zaangażowania wkłada ten mały zdolny chłopiec w swoją pracę i ile radości sprawi mu fakt, że jesteście razem. On bardzo za panią tęskni. Paweł to bardzo mądry i uzdolniony chłopiec, proszę nie zaniedbać jego zainteresowań. Tym, którzy idą przez życie z pasją u boku, z szerokim wachlarzem mądrze wypracowanych umiejętności, jest łatwiej, bo mają cel, koncentrują na nim swoją uwagę i brną do przodu. To bardzo ważne, gdy pani syn będzie dorastał. Proszę przemyśleć moje słowa. Pawełek idzie od września do pierwszej klasy. Niech pani teraz nie hamuje jego kreatywności, ale spróbuje się nią cieszyć. Może pani być dumna ze swojego syna! On dzisiaj nie zawinił. Cieszył się ogromnie, że pani po niego dzisiaj przyszła. Proszę to wykorzystać i spędzić z synem więcej czasu. A zobaczy pani, jak pięknie rośnie i rozwija skrzydła. Pani syn je ma i już na nich leci… I poleci jeszcze wyżej i dalej, ale jeśli pani mu na to pozwoli. I jeśli mama i tata będą mu towarzyszyć i dopingować już na starcie.

***
Możemy być dumne. To my, nauczycielki przedszkola, jako pierwsze „to” zauważamy. Co takiego? Jak nasze najpierw maluszki, potem średniaki i wreszcie starszaki odbijają się i wznoszą do lotu. To dzieje się z chwilą, gdy po raz pierwszy małe dziecko patrzy najpierw na nas, a potem na mamę, gdy nadchodzi jego kolej podczas uroczystości. Kolej na… wierszyk, piosenkę, taniec. To niewiarygodne, ile emocji kłębi się w małym sercu, kiedy stoi przed tyloma rodzicami i wypowiada pierwsze słowa swojego wierszyka. Ufa nam, że będzie dobrze, że sobie poradzi. Popatrzcie! To przy nas dzieci rozwijają skrzydła i nie boją się, bo mają nas: nauczycielki przedszkola. To ogromna przyjemność być świadkiem rodzącej się odwagi, pasji, zainteresowań, i pokonywania słabości. Zwracajmy rodzicom uwagę nie tylko na to, co się już zadziało, ale również na to, co zaczyna się dziać w rozwoju ich dzieci, naszych wychowanków. Otwierajmy rodzicom oczy na to, co ważne. Niech dzieci czują się przy nas bezpieczne w osiąganiu kolejnych progów odkrywanej w przedszkolu samodzielności. Dbajmy o tę ogromną porcję zaufania, jakim nas obdarzają w pokonywaniu swoich niepokojów, braków i lęków. To obdarzanie zaufaniem zobowiązuje. Nie możemy ich zawieść. To nie tylko zawód. To więź.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.