Zatrzymaj się

Widzę go tylko w połowie, bo drugą połowę zasłaniają mi szafki w szatni, która jak tymczasowy azyl chroni przed konsekwencjami słów brzmiących ostro i nieprzyjemnie. Przylatują do mnie jedne po drugich, odbijają się od ciszy i chcąc czy nie chcąc – drażnią. Kobiecy głos „stawia na nogi” leniwy poranek i ma się wrażenie, jakby senna choinka zatrzepotała ramionami. Poza kobietą ubraną bardzo elegancko, bardziej jak na wytworną kolację niż na poniedziałkowe zderzenie z rzeczywistością, nikt się nie odzywa. Jej wyniosłe spojrzenie i surowy uśmiech nie dopuszczają do głosu pięciolatka ocierającego oczy. Woli zatrzymać dla siebie to, z czym przyszedł dzisiaj do przedszkola, ten bagaż osłabienia i bólu w klatce piersiowej.

Iza lubiła poniedziałki w przedszkolu. Były tak ciche, że mogła usłyszeć jak wstają ptaki, a skojarzenia z ich śpiewem koncentrowały się daleko w górach, gdzie zostawiła najpiękniejsze wspomnienia związane z Piotrem. Otworzyła okno i podzieliła się kanapką z gołębiami i słowikami. Przywykły do ich wspólnych śniadań. Pierwszy łyk malinowej herbaty wabił izabelową radość i wyciągał ją z dna serca, zaspaną jeszcze i delikatną.

Serce Izy ulokowane w górskiej chacie powoli wracało do przedszkola, w którym zapach słodkich malin szumiał jej w głowie szeptem lasu i ciszą wieczorów w otoczeniu samotnych gór. Z miłego towarzystwa wspomnień, wyrwał ją kaszel brzydki, krtaniowy, zakończony dławionym szlochaniem. W przedszkolu było tak cicho, że można by usłyszeć muchę bijącą skrzydłami o szyby okien: niby widzi przed sobą lepszy świat, ale nie umie przedostać się do niego. Ironia losu, życie, jakie to metaforyczne, jakie bliskie nam, nauczycielom…

– Pamiętasz, co mówiłam ci przed wyjściem z domu? – kobieta w sztruksowych rękawiczkach i skórzanej czapce w kształcie toczka, patrzy prosto w oczy potakującego malca, a on stara się być dla niej dzielny. Matka. Mama. Dorosła kobieta. Oszustka.

***
Bartek siada przy stoliku, biorąc po drodze pierwszą lepszą układankę, automatycznie wyjmuje z niej elementy, milczy. Na mnie nie patrzy. W ogóle. Cicho, tak cicho jakby części układanki przenosił w powietrzu swoim spojrzeniem, uzupełnia puste pola. Po czym wstaje i bez słowa przenosi swoje milczenie do kącika klocków. Wysypuje z pudełka drobne lego, jakby chciał zagłuszyć tę niewygodną dla niego ciszę, trzydziestosekundowym szmerem. Co jakiś czas odwraca się do okna i pociera nos. Z klocków nie powstaje nic, a on sam nie wychodzi poza ułożony z nich twórczy bałagan, w którym czuje się nietykalny. Nie naruszam tej jego samodzielnie wyimaginowanej oazy, nie przedzieram się przez mgłę, która zawiesiła między nami swoje gęsto tkane milczenie. Tak jakby uwiesić w pajęczej sieci tysiąc zmartwień mieszczących się w sercu małego chłopca. Nie ma ochoty na popisywanie się przede mną swoją siłą, której dzisiaj kompletnie nie ma. Bartek jest chory. Jego przezroczyste oczy zdradzają całą prawdę, o której boi się opowiadać, bo wierny jest swojej mamie. Bo jej obiecał, że będzie pamiętać, o czym ona mówiła mu przed wyjściem z domu. A mówiła mu o tym, że trzeba dotrzymywać słowa. I że trzeba wierzyć rodzicom.

***
Kraków rozłożył swoje ramiona po przebudzeniu w czwartkowy poranek. Izabela pędziła do pracy przez Rynek, na którym gołębie gromadziły się przed kramami rozkładanymi przez sklepikarzy modlących się o dobry utarg. Było przed Świętami, zimowo i nastrojowo. Mimo minus pięciu na termometrze, Iza z rumieńcami na twarzy złapała tramwaj pod Bagatelą. Jeszcze tylko cztery dni i przyjedzie Piotrek. Kupią anioła na szczęście w jednym z kramów, w których sprzedają swoje historie różni ludzie. Są częścią Świąt, ich kramiki dodają animuszu wieczornym spacerom po Krakowskim Rynku.

– Dzień dobry pani Marysiu! – Iza przywitała się z panią kucharką, wtykając swój zmarznięty nos do kuchni wypełnionej wyjątkowym zapachem kakao. Tylko pani Marysia przyrządzała tak pyszne, prawdziwe kakao, które pachniało intensywnie i świątecznie. Spojrzała na zegarek. Była 6.25. Miała pięć minut do otwarcia przedszkola. Przed bramką nie było nikogo. Usiadła na swoim ulubionym dywanie, był przyjemny, puchaty i w jej ulubionym kolorze. Ten ostatni zakup cieszył ją jak dziecko, które dostało wymarzony prezent. Alarm w jej telefonie informował, że należy odblokować drzwi. Pierwszy przychodził zawsze Bartek. Biegł do Izy, ale tylko w swoich wymyślonych, dziecięcych niespełnieniach. W marzeniach, jakie się ma o ukochanej pani, kiedy się jest przedszkolakiem.

Kiedy się jest zdrowym, otwartym na życie, pełnym radości i wiary w ludzi i w świat dzieckiem. Ale kiedy trzeba chować się za mamę i powtarzać w ciszy obiecane jej przykazania, wtedy nie da się być pogodnym i szczerym, otwartym. Kiedy trzeba udawać – trzeba też oszukiwać. A to absolutnie nie w stylu przedszkolaków.

Podchodzę do nich, stoję o wiele za blisko. Wyciągam rękę, trzymam ją zbyt bezpośrednio.

– Zapraszam panią do środka – mówię za dużo…

– Czy pani była z Bartkiem u lekarza? – zaczynam oficjalnie i prostuję się w swoich ulubionych dżinsach i koszuli w kratkę.

– Nie widzę powodu, zresztą spieszę się… – odpowiada zmieszana nagłym spotkaniem z kimś, kto najprawdopodobniej wie trochę więcej niż się spodziewała.

– Wiem, że pani się spieszy, dlatego nie zajmę dużo czasu. Chodzi o to, że Bartek jest chory, a pani nie podejmuje żadnych kroków, aby mu ulżyć w tej sytuacji, chłopiec powinien porządnie wygrzać się w łóżku. Czy pani zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje ma nieleczony przewlekły kaszel u tak małego dziecka?

– W domu w ogóle nie kaszle.

– To bardzo możliwe. Zwłaszcza, że przyprowadza go pani o 6.30, a odbiera punkt 17. Wracacie do domu i po szybkiej kolacji Bartek kładzie się spać z gorączką, którą pani zbija syropem, budząc go na następny dzień, wpół przytomnego, chorego do przedszkola.

– Jest pani wobec mnie nieuprzejma!

– Nie sądzę, aby mój ton był nieuprzejmy, mówię do pani spokojnie i staję w obronie zdrowia pani syna. Nie chciałam pani zdenerwować, tylko naprawdę martwię się o Bartka.

– Mogę przynieść zaświadczenie od lekarza, że Bartek jest zdrowy, a kaszel to… alergia.

– Oczywiście, może pani przynieść zaświadczenie, ale przypuszczam, że dziwnym trafem będzie ono przedstawiało optymistyczną diagnozę stanu zdrowia Bartka. To jednak nie zmieni mojej decyzji: jeśli jutro Bartek będzie przyprowadzony do przedszkola w takim stanie jak w ostatnich trzech dniach, tym razem to ja zadzwonię po lekarza.

– Jak pani śmie! A co pani myśli, że ja z pracy mogę zrezygnować?!

– Nie każę pani rezygnować z pracy, tylko wziąć opiekę nad chorym dzieckiem, które teraz potrzebuje pani bardziej niż kogokolwiek na świecie. Bagatelizowanie jego stanu zdrowia może mieć poważne konsekwencje dla jego rozwoju, a nawet i życia. Czy pani chce, abyśmy musieli pewnego dnia wezwać pogotowie?! – rzadko okoliczności wyprowadzają mnie z równowagi. Poczułam, jakby ktoś mnie gonił, a ja ostatkiem sił dobiegałabym do przepaści.
– Proszę pani, jaka praca warta jest zdrowia pani syna? Czy to, co pani robi, warte jest poświęcenia dobrego samopoczucia Bartka? Czy mogłaby pani zapomnieć na chwilę, że jest pani pracownikiem, a skoncentrować się na tym, że jest pani mamą? Idą Święta, szkoda, abyście musieli spędzić je w szpitalu…

– Proszę pani… Ja nie mogę nie iść do pracy – mówi z pewnym niedowierzaniem. Jej policzki ani na moment się nie rumienią.

Mam ochotę zabrać Bartka ze sobą do domu. Do swojej pediatry, która w diagnozowaniu Martynki od noworodka po dzień dzisiejszy nigdy mnie nie zawiodła. Mam ochotę rozliczyć się z dzisiejszym życiem. Spersonifikować je. Stanąć na mównicy i wysunąć swoje argumenty, sprzeciwić się mu, zabrać głos. Krzyczeć mu w twarz. Nadać mu imię łotra. Skoro mydli oczy ułudą pieniądza, za które można kupić nawet zdrowie własnego dziecka, nie zasługuje na miano przyszłości.

– Była pani na Rynku w ostatnim czasie? – kilkusekundowe zawieszenie broni jednak przerywa ona.

– Tak, byłam dzisiaj rano, codziennie przechodzę przez Rynek na tramwaj do pracy – poczułam się niepewnie, spłoszona tym nagłym pytaniem… jakby ktoś obserwował mnie w drodze do pracy.

– Proszę jutro zatrzymać się przy kramie numer osiem od strony zachodniej. Handluję aniołami na krakowskim rynku. Każdy z nich wykonany jest ręcznie.

***
Czwartego dnia Bartek nie przyszedł do przedszkola. Nie dostałam informacji, czy mamie udało się zapewnić mu opiekę kogoś z zewnątrz czy sama nie poszła tego dnia handlować i postawiła zdrowie własnego syna ponad wszystko inne.

Wiem jedno, że gdy będę kupować anioła przy kramie numer osiem, przyniosę go do przedszkola i zawieszę na drzwiach. Aby chronił zamiary rodziców przed popłynięciem w dal, daleko od swoich dzieci, za czymś co wydaje im się decyzją ostateczną, czymś najwyższym w hierarchii, jakimś schematem postępowania, który jeśli zostanie zerwany, zmieniony, przerejestrowany – następnym razem nie zadziała. Rozumiem konieczność zarobku, utrzymania rodziny, znam potęgę pieniądza. Ale życie, medal, zwycięstwo lub przegrana – wszystko na co spojrzę, ma swoje dwie strony. Jeśli nie będzie pomiędzy nimi równowagi, harmonii, jeśli nie będą się równoważyć – wtedy nie zadziała coś w naszym życiu, wtedy może zabraknąć Świąt, zabraknąć energii, wtedy zgasną światła na choince. Nie ignorujmy banałów, szczegółów, tego co przychodzi nam tak łatwo, za darmo i bez wysiłku: zdrowie nie jest na sprzedaż. Jest dopóki jest. Coraz częściej przedszkola zamieniają się w małe szpitale, w których zamiast śmiechu i piosenek, słychać kaszel i łzy z powodu złego samopoczucia, nieraz bólu przedszkolaków – małych pacjentów.

Zatrzymajmy w drodze pędzące anioły. Niech swoją pracę na Ziemi zaczną nie od prezentów, ale od nas samych – od tego co najważniejsze, a najskromniej daje o sobie znać. Od zmiany w ludzkim spojrzeniu na Święta. Niech będą skromne, ale w komplecie. W harmonii wartości najważniejszych. Zwolnijmy. Porozmawiajmy z bliskimi, z lekarzem, z nauczycielką przedszkola. Ona jest z dziećmi całe dnie, ona tuli, bierze na kolana i opowiada niesamowite historie. Ona obserwuje, dostrzega. To ona wie pierwsza, że dziecko ma gorączkę. Nie lekarz, nie Ty. Ale ona. Zaufaj jej, zatrzymaj się w progu, posłuchaj i przestań pędzić. To żaden wstyd, że nie radzisz sobie z nadmiarem. Jesteś przejedzony rzeczywistością, bo ona wyciąga z Ciebie wciąż więcej, jeśli się na to godzisz i dajesz jej z siebie wciąż i jeszcze. Wejdź do sali i zobacz, jak nauczycielka martwi się o Twój skarb. Nauczycielka trzyma stronę Twojego dziecka. Jest też po Twojej stronie. Jeśli informuje cię o Twoim dziecku, zrób wszystko, aby usłyszeć, co ma Ci do powiedzenia. Bo gdy wyjdziesz poza przedszkole, stracisz szansę, aby dostrzec to, co naprawdę ważne.


Przeczytaj również książkę tej Autorki: zobacz więcej

nauczycielka_blog

2 komentarze do “Zatrzymaj się”

Pozostaw odpowiedź lubliniaczek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.